Dziwactwa Rosji

Kuchnia polska

Wizyta prezydenta Putina w Polsce – bardzo, jak mi się zdaje, ważne wydarzenie – przypomina nam, że oto na wschód od nas, ale całkiem niedaleko, leży ogromne państwo, Rosja. Jesteśmy ostatnio tak zajęci wyścigiem na Zachód, że ten geograficzny szczegół zdaje się ulatywać nam z pamięci.
Z tej okazji „Gazeta Wyborcza” (11.01.2002 r.) poświęciła swoje kolumny kulturalne zdarzeniom artystycznym we współczesnej Rosji. Przyznaję, że czytałem te kolumny, przecierając oczy ze zdumienia. Zaskakiwało mnie na nich nie tylko bogactwo nowych nazwisk pisarzy, poetów, malarzy, aktorów i reżyserów teatralnych, o których w Polsce – gdzie wiemy wszystko o życiu intymnym każdej amerykańskiej gwiazdy filmu lub estrady – w ogóle się nie słyszy. Jeszcze większe wrażenie robiły jednak na mnie rzucane mimochodem takie na przykład wiadomości, że Moskwa jest miastem, w którym nie tylko nie zamyka się teatrów, ale wręcz buduje się nowe albo że w Rosji istnieją księgarnie, czynne przez całą dobę, umieszczone przeważnie obok tanich jadłodajni młodzieżowych, aby młodzi ludzie mogli sobie kupić coś do poczytania przed snem. Może to być zarówno Tołstoj, jak i współczesny poeta rosyjski albo amerykański bestseller. U nas, jak mówią mi księgarze, obrót w księgarniach wynosi w ostatnich miesiącach po kilkanaście sprzedanych książek tygodniowo i księgarnie istnieją jeszcze tylko dlatego, że są zamknięte w niedzielę.
Już słyszę, jak nasi obecni menedżerowie kultury mówią, że jest to oczywisty dowód zacofania Rosji, gdzie ludzie jeszcze czytają książki, zamiast śledzić je w Internecie, albo chodzą do teatru, zamiast korzystać z audio-wideo różnych typów. Ale ja też jestem zacofany, czytam książki, a nawet piszę listy, zamiast wysyłać sygnały e-mailem. Ciekawe, jak wyglądałyby „E-maile zebrane” Goethego z Schillerem albo Słowackiego z matką?
Aby rozwijała się kultura – co najwyraźniej dzieje się obecnie w Rosji – potrzebne są trzy warunki.
Po pierwsze – utwory artystyczne. Rosjanie mówią podobno, że przeżywają właśnie „brązowy okres” rozkwitu poezji, po „złotym” w czasach Puszkina i Lermontowa, a „srebrnym” w początku XX wieku. U nas utworów artystycznych nie ma, co powiedział oficjalnie jeden z głównych menedżerów kultury, prezes Kwiatkowski z TVP (o czym pisałem nie tak dawno w felietonie „Salon”), a minister kultury nazwał maniaków starających się tworzyć jakieś utwory artystyczne „sztukmistrzami”.
Drugim warunkiem istnienia kultury są odbiorcy. Rosja ma pięć razy więcej ludności niż Polska, a więc musi mieć także więcej amatorów odbierających kulturę, zwłaszcza że książka, jak podaje „Gazeta”, kosztuje tam 2-3 dolary, a więc 8-12 zł, a nie 10 dolarów jak u nas. Ale to też wynika z zacofania, co można stwierdzić u nas w teatrach, w kinach i na koncertach, gdzie siedzą bądź starcy, bądź nierozumna młodzież. Natomiast kwiat narodu, ludzie w wieku 30-50 lat, biega za pieniędzmi i stara się zrobić biznes, więc nie ma czasu na głupstwa. W Rosji widocznie owa prężna część narodu pogrążona jest w marazmie albo też – co byłoby dziwactwem – zarabia pieniądze po to, aby iść do filharmonii. Sam kiedyś widziałem w samolocie „nowo-Ruskiego”, nienagannie ubranego, mówiącego płynnie po angielsku młodego człowieka z żoną w norkach i córeczką z walkmanem, jak skracał sobie podróż czytaniem tomiku poezji.
Trzecim bowiem warunkiem istnienia kultury są pieniądze. Może je dawać państwo albo kapitał. Nie dowiedziałem się z „Gazety Wyborczej”, kto daje pieniądze na budowę nowych teatrów w Moskwie albo kto zainwestował na początek w te księgarnie, otwarte non stop. Może państwo, bo Rosja ma w tym roku pięciopunktowy wzrost PKB, a my zerowy, może też ci prywatni „nowo-Ruscy”.
My, jak wiadomo, postanowiliśmy teraz, po zwycięstwie lewicy, postawić na prywatnych (znów odsyłam do felietonu „Salon”), a więc tych, którym osobiście kultura i sztuka nie są do niczego potrzebne. Są tu oczywiście wyjątki i na przykład dyrektor Ruszczyc z Muzeum Narodowego powręczał właśnie nagrody ludziom i firmom, które pomogły muzeum finansowo. Ale te wyjątki potwierdzają regułę, a regułę ustala Ministerstwo Kultury.
Na przykład wobec pisma „Kino”. Nie będę tu recenzował pisma „Kino”, czy jest dobre, czy złe, ale na pewno jest kompetentne na wyższych piętrach wiedzy filmowej. Zajmuje się więc „sztukmistrzami” i ministerstwo postanowiło cofnąć mu dotację, czyli zamknąć. Pani wiceminister kultury alarmowana w tej sprawie, napisała list, że owszem, „Kino” jest bardzo piękne, ale powinno być bardziej popularne i zarabiać szmal. Gdyby było bardziej popularne i zajmowało się aferami łóżkowymi aktorów i aktorek, to nie potrzebowałoby ministerstwa i jego pieniędzy. Bo Ministerstwo Kultury, jeśli w ogóle ma istnieć, jest właśnie od tego, aby wspierać rzeczy mniej popularne, a mimo to potrzebne kulturze umysłowej i artystycznej. Pogląd ten jednak jest w obecnym ministerstwie raczej źle widziany. Pani wiceminister sugeruje więc rutynowo, że może „Kinu” pomoże biznes.
Jak jednak biznes pomaga kulturze i piśmiennictwu, widzimy właśnie na przykładzie pisma „Przekrój”. „Przekrój” jest czcigodnym tytułem prasy polskiej, od półwiecza wychodzi w Krakowie według formuły, którą wymyślił genialny Marian Eile i nawet Gałczyński przedstawiał się jako „arcykapłan cywilizacji „Przekroju””. Ale teraz „Przekrój” kupił nowy wydawca – właściciel „Vivy!”, nawiasem mówiąc – i postanowił: primo – przenieść „Przekrój” z Krakowa, gdzie jest instytucją miasta jak Brama Floriańska czy Wierzynek, do Warszawy; secundo – zmienić jego zespół, wśród którego pętają się jeszcze autorzy „Przekroju” z czasów jego świetności, jak Kern czy Hoff; tertio – zmienić formułę „Przekroju” i na przykład zamiast ostatniej strony, uroczo zaprojektowanej przez Eilego jako strona drobiazgów, ciekawostek i paradoksów, dawać reklamy. Jak wszędzie.
Biznesowi wolno wszystko, w biznesie nasza nadzieja. Ale po co do tego „Vivie!” i jej wydawcy „Przekrój” – nie mogę pojąć. Nie prościej założyć nowe pismo – „Wykrój”, „Zakrój”, „Pokrój” na kawałki i wyrzuć na śmietnik?

 

Wydanie: 3/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy