Ekumenia poskromiona

Ekumenia poskromiona

Wydarzenia w Watykanie nie mają raczej specjalnego odniesienia do spraw polskich

Bardzo możliwe, iż bp Tadeusz Pieronek ma rację, mówiąc, że Deklaracja “Dominus Iesus” ogłoszona w Watykanie “nie zawiera żadnych rewelacji”, jako że prezentuje “doktrynę, która jest w Kościele uznawana od św. Cypriana” (biskup Kartaginy w III wieku). Dlaczego w takim razie wywołała tyle szumu? Henri Tineq z “Le Monde”, najlepszy w prasie francuskiej znawca spraw Kościoła, ocenia, że “skutki tego dokumentu dla dialogu ekumenicznego i międzyreligijnego mogą być ciężkie”. Zgadzają się z nim wszyscy właściwie zabierający głos na ten temat. Deklaracja unieważnia w gruncie rzeczy nadzieje na pojednanie chrześcijan obudzone przez Drugi Sobór Watykański i wystąpienia Jana Pawła II (“Ut unum sint”), ponieważ ukazuje, jak niewiele te dziesięciolecia ekumenii zmodyfikowały w postawie Kościoła rzymskokatolickiego.
Doktryna “przypomniana” w “Dominus Iesus” stwierdza, że nie ma wielu równie dobrych dróg do Boga i zbawienia. Tylko w Kościele rzymskokatolickim wierni “posiadają pełnię środków zbawczych”. “Byłoby sprzeczne z wiarą katolicką postrzeganie Kościoła jako jednej z dróg zbawienia, istniejącej obok innych”. Ta wyjątkowość Kościoła jest niejako dwustopniowa: jako wyjątkowość chrześcijaństwa wśród innych religii (objawienie kończy się w Jezusie Chrystusie) i jako wyjątkowość katolicyzmu wśród innych religii chrześcijańskich (tylko w Kościele rzymskokatolickim istnieją “łącznie w całej pełni” cechy Kościoła Chrystusa). Praktycznie oznacza to, że w dialogu między religiami pryncypium równości dotyczy jedynie godności osobistej partnerów “nie zaś treści doktrynalnych, ani tym bardziej Jezusa Chrystusa”. Podobnie błędem jest mówić o kościołach chrześcijańskich jako “kościołach siostrzanych”, bo sugerowałoby to nieistniejącą równość… Tekst deklaracji watykańskiej jest więc nie tylko bardzo doktrynalnie konserwatywny, ale jeszcze napisany w sposób dodatkowo drażniący dla partnerów dialogu.
Wypada więc zapytać – dlaczego i po co? Przede wszystkim jest dość oczywiste, że dialog ekumeniczny przynosi – z punktu widzenia Watykanu – nikłe rezultaty, za to – jak się wydaje konserwatystom kościelnym – grozi wielkimi niebezpieczeństwami. Nawet najdalej posunięte rozmowy z Kościołem anglikańskim doznały przykrego ochłodzenia, gdy anglikanie zaczęli wyświęcać kobiety. Głównym zaś niebezpieczeństwem jest – jak to ujął autor deklaracji, kardynał Ratzinger z Kongregacji Nauki Wiary – relatywizm, owoc źle pojętego pluralizmu. Odpowiedzią na takie zagrożenia może być m.in. wzmożona działalność misyjna.
Polscy duchowni komentujący deklarację również nie kryją rozczarowania efektami dialogu. “Dialog ekumeniczny trochę zawisł w powietrzu” – powiada liberalizujący biskup Tadeusz Pieronek. A o. Jacek Salij, znany teolog o skłonnościach konserwatywnych, zwraca uwagę, że prawosławie myśli o własnej wyjątkowości dokładnie tak samo, jak rzymski katolicyzm o swojej.
Może jednak nie aż – tak samo.
Kościół katolicki bowiem, mimo zmian soborowych, jest nadal najbardziej hierarchicznym z Kościołów, na jego czele zaś stoi papież wyposażony od czasu Piusa IX i jego Soboru Watykańskiego Pierwszego w nieomylność ex cathedra, która jest dodatkowym, ale bardzo mocnym wsparciem pretensji biskupa Rzymu do prymatu w całym chrześcijaństwie. Na pewno nie jest przypadkiem, że Deklarcja “Dominus Iesus” ogłoszona została niemal natychmiast po wyniesieniu Piusa IX na ołtarze. To, że wyniesiony on został równocześnie z papieżem symbolizującym otwarcie Kościoła, Janem XXIII, było tłumaczone oficjalnie osobistą świętością obu postaci. Znacznie bardziej wymowne byłoby przyznanie, że Pius IX przy Janie XXIII ma uświadomić wszystkim granice owego otwarcia.
Wydarzenia w Watykanie nie mają raczej żadnego specjalnego odniesienia do spraw polskich. Przewaga statystyczna wyznania rzymskokatolickiego w Polsce jest taka miażdżąca, że problematyka dialogu międzyreligijnego nijak się nie krzyżuje z doświadczeniem życia codziennego, wyjąwszy kilka powiatów na kresach. Inna sprawa, że wobec wzrostu imigracji zarobkowej pojawiło się zjawisko dotąd nieznane: przedtem to jedynie Polacy bywali emigrantami i jeździli na saksy.
Natomiast można przypuszczać, że oczywisty wzrost wpływów skrajnego konserwatyzmu w centrali Kościoła odbije się również na postawach katolicyzmu w Polsce, całkiem bez związku z dialogiem międzywyznaniowym czy międzyreligijnym. Dotyczy to zwłaszcza zachowań politycznych.
Zarząd Krajowego Instytutu Akcji Katolickiej w Polsce znalazł w wyborach prezydenckich okazję do pokazania się całemu krajowi, po przećwiczeniu polityki w powiatach… Zajął “Stanowisko”: “Zdeklarowany ateista nie jest godzien poparcia przez człowieka wierzącego. (…) Wiara to nie tylko kult i obrzędy religijne. Wiara powinna stanowić źródło życia, nadawać mu kształt, styl i smak. Dotyczy to także życia publicznego. Katolik oddający głos na kandydata nie mającego nic wspólnego z wiarą i wartościami z niej wypływającymi, w sytuacji kandydowania człowieka wierzącego, czy ludzi wierzących, którzy udowodnili czynami tożsamość swej wiary, eliminowałby świadomie Chrystusa z życia publicznego, stając się przeszkodą w rozszerzaniu się Królestwa Bożego na ziemi. W pewnym stopniu zapierałby się swej wiary…”.
Biskup Piotr Jarecki, krajowy asystent Akcji Katolickiej, przyznał, że uczestniczył w przygotowaniu “Stanowiska” i w pełni je popiera. Jego zaś z kolei poparli biskupi na plenum Konferencji Episkopatu. Tylko dziennikarze go zaatakowali, a Monika Olejnik i jej rozmówca, bp Pieronek, uznali “Stanowisko” Akcji za propagandę wyborczą. To tak wzburzyło asystenta Jareckiego, że wywalił dwukolumnowy artykuł w “Życiu” (z pełnym tekstem “Stanowiska”). Jest w tym artykule i taka myśl: “Padło stwierdzenie (w audycji M. Olejnik), że każdy katolik spełnia swój obowiązek, kiedy dokonuje wyboru według własnego sumienia. Takie stanowisko posiada ponętne pozory i dobrze pasuje do współcześnie upowszechnianej mentalności, ale w moim przekonaniu jest błędne, bałamutne i nie liczy się ze społecznym wymiarem Magisterium Kościoła”.
Dlatego właśnie trzeba te katolickie sumienia uczyć i ćwiczyć tak właśnie, jak to czyni Akcja Katolicka – a pod jej “Stanowiskiem” “równie dobrze mogłaby się podpisać Konferencja Episkopatu”, czego ku wyraźnemu żalowi biskupa asystenta ostrożniejsza większość nie chciała. Kościół ma już w Polsce ogromny kawał owego “życia publicznego” i woli widać nie stawiać zbyt dużej stawki na kiepskiego konia. Wystarcza, że obstawia go pani prezes, Halina Szydełko, z biskupem asystentem.

Wydanie: 37/2000

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy