Faktury księdza Zbigniewa

Faktury księdza Zbigniewa

Do afery Stella Maris zapewne by nie doszło, gdyby Kościół nie korzystał z przywilejów podatkowych

Kilka dni temu funkcjonariusze Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego weszli do siedziby gdańskiej firmy Delta Press. Jak wynika z oficjalnych informacji, agenci szukali dokumentów mówiących o powiązaniach Delty z wydawnictwem Archidiecezji Gdańskiej Stella Maris (z łac. Gwiazda Morza). Skąd to zainteresowanie?
– By odpowiedzieć na to pytanie, konieczne jest wyjaśnienie, czym była Stella – mówi funkcjonariusz gdańskiej delegatury ABW. – A mianowicie była istotnym elementem specyficznego układu biznesowego funkcjonującego na Wybrzeżu. Regionalni biznesmeni wiedzieli, że Stella to firma, dzięki której – za niewygórowaną prowizję – można było nagrabić sobie lewych pieniędzy. I wszystko to pod parawanem archidiecezji, co przez długi czas gwarantowało nietykalność…
– Dobre czasy skończyły się w styczniu 2003 r., kiedy aresztowaliśmy ks. Zbigniewa B. i Tomasza W., byłych szefów wydawnictwa – mówi Krzysztof Trynka z Prokuratury Apelacyjnej w Gdańsku. – Od tej chwili do dziś zatrzymaliśmy 24 osoby. Suma poręczeń majątkowych sięgnęła kwoty 4 mln zł. Zaś ujawniona skala procederu to ponad 100 zakwestionowanych faktur, o wartości ponad 65 mln zł, przywłaszczonych na szkodę kilkunastu różnych spółek.

Cynk ze skarbówki

Afera z fałszywymi fakturami z kościelnej drukarni zapewne nie wyszłaby na jaw, gdyby nie niefrasobliwość byłego szefa Stelli, Tomasza W. Ten bowiem na początku 2002 r., jako właściciel spółki Szpitale Gdańskie, postanowił podnieść jej kapitał i dokonał wpłaty 2 mln zł. Tak duża transakcja, z zasady monitorowana, wzbudziła zainteresowanie gdańskiej skarbówki. Tym większe, że po pobieżnej kontroli okazało się, iż dotychczasowe deklarowane dochody Tomasza W. raczej nie wskazywały na to, by mógł on posiadać aż 2 mln zł wolnych środków. Wszczęto więc oficjalne dochodzenie skarbowe i ustalono powiązania Tomasza W. z drukarnią Stella Maris. I tak zainteresowanie kontrolerów skarbówki skierowało się w stronę kościelnego wydawnictwa.
Ku zaskoczeniu pracowników urzędu kontroli skarbowej okazało się, że główny dochód drukarnia czerpie z usług niematerialnych, przede wszystkim doradczych i lobbingowych. To stwierdzenie nie byłoby jednak aż tak szokujące, gdyby nie fakt, iż przynosząca oficjalnie olbrzymi dochód firma popadła w poważne długi. Na tyle poważne, że jej właścicielowi, archidiecezji gdańskiej, kierowanej przez abp. Tadeusza Gocłowskiego, groziła egzekucja komornicza.
Wyjaśnienie tej pozornej sprzeczności nie zajęło inspektorom wiele czasu – odkryli, że drukarnia wystawiała faktury za fikcyjne usługi doradcze. Zatem jej oficjalny dochód miał równie fikcyjny charakter. Sprawą zainteresowano gdańską prokuraturę, która w lipcu 2002 r. rozpoczęła śledztwo.

Podejrzani prezesi

Śledczy ustalili, że szefowie Stelli Maris współdziałali z uznaną na Wybrzeżu gdyńską firmą konsultingową Biuro Obsługi Inwestycji, należącą do mecenasów Janusza B. i Konrada K. 5 marca 2003 r. funkcjonariusze ABW zatrzymali obu prawników oraz Józefa A., byłego księgowego Stelli.
Wkrótce do grona podejrzanych dołączyły kolejne osoby, a wśród nich Elżbieta M., była SLD-owska prezydent Szczecina i była wiceprezes firmy Espebepe. Prokurator postawił zarzuty przywłaszczenia i działania na szkodę spółek także prezesom m.in.: Hossy – Mariuszowi G., Big Autohandlu – Jerzemu J. i Futury Leasing – Jerzemu K. Hossa to największy deweloper mieszkaniowy w Trójmieście, Big Autohandel – największa na Wybrzeżu firma handlująca używanymi samochodami. Futura to z kolei pomorski potentat w zakresie usług leasingowych.
W tym wybornym towarzystwie znaleźli się również Krzysztof H., były prezes spółki EL-Net, dużego niezależnego operatora telefonii stacjonarnej, oraz Sylwester M., prezes firmy komputerowej Demos, jednej z największych w kraju. Co ciekawe, M. przez kilka tygodni wodził za nos prokuratorów i agentów ABW, ukrywając się w szpitalu jako obłożnie chory.
Jednak największą sensację wzbudziło zatrzymanie w połowie lutego br. Jerzego Jędykiewicza – barona pomorskiego SLD, w kontaktach biznesowych funkcjonującego jako właściciel kilku spółek, w tym wymienionej na początku Delty Press, oraz prezes (obecnie już były), szczecińskiej spółki Energobudowa. (Na marginesie – w rozmowie ze mną Jędykiewicz, uznając zarzuty prokuratury za bezpodstawne, sprzeciwił się „robieniu z niego przestępcy „Jerzego J.”” Jako jedyny więc występuje w tekście pod pełnym nazwiskiem).

Ksiądz doradca

Jak, zdaniem prokuratury, wyglądał mechanizm przestępstwa, którego dopuścili się podejrzani?
W 1999 r. zarządzana przez Jędykiewicza firma Energobudowa zdobyła wart ponad 20 mln dol. kontrakt na budowę biurowca Zielony Zakątek w Warszawie. Przy tym kontrakcie Jędykiewicz wynajął doradców do spraw ekonomicznych i finansowych – biznesmenów Janusza B. i Konrada K. z gdyńskiej firmy BOI, którym wypłacił honorarium w wysokości 2 mln zł. Ci jednak do powierzonego im zadania zatrudnili podwykonawcę – ks. Zbigniewa B., szefa Stelli Maris. I tak w 2001 r. fakturę na 2 mln zł za doradztwo przy budowie biurowca wystawiło kościelne wydawnictwo.
Nim wyjaśnię, gdzie – zdaniem prokuratury, ABW i urzędu kontroli skarbowej – należy dopatrywać się przestępstwa, podam jeszcze dwa podobne przykłady. W tym samym 1999 r. szczecińska spółka budowlana Espebepe zatrudniła właścicieli BOI w charakterze doradców w sprawie pozyskania kontraktu na budowę terminalu lotniczego w Goleniowie. Ta przysługa kosztowała Espebepe milion złotych. Lecz tak jak poprzednio ostateczną fakturę za doprowadzenie do goleniowskiego kontraktu wystawił podnajęty przez BOI ks. Zbigniew B.
Kolejny przykład wiąże się z firmą El-Net, która w 2001 r. postanowiła zerwać umowę ze Słupskim Zakładem Energetycznym na dzierżawę linii światłowodowych. W tym celu wynajęto zajmującą się lobbingiem gdyńską spółkę… BOI. Ta zaś, tradycyjnie już, do wykonania zadania podnajęła Stellę Maris. Umowę między El-Netem i SZE rozwiązano, za co – zgodnie z treścią faktury – kościelne wydawnictwo otrzymało 900 tys. zł.

Koszty działalności

Z pozoru wszystko wydaje się być w najlepszym porządku – przyznają prokuratorzy. Lecz, jak już wspomniałem, umowy doradcze zawierane za pośrednictwem BOI ze Stellą Maris miały fikcyjny charakter. Energobudowa nie miała potrzeby zatrudniania kościelnego doradcy, a Espebepe nie musiało czynić lobbingowych zabiegów o uzyskanie kontraktu, bowiem oferta spółki była wówczas bezkonkurencyjna. El-Net z kolei nie potrzebował mediatora – SZE nie stwarzał problemów przy zrywaniu umowy. Równie bezzasadne okazały się powody, dla których kilkadziesiąt innych podmiotów gospodarczych w latach 1998-2001 skorzystało z usług Stelli Maris.
Rzecz jednak w tym, iż faktury za rzekome usługi doradczo-lobbingowe wrzucono w koszty działalności spółek zleceniodawców. W ten sposób ich prezesi wyprowadzali poza oficjalną księgowość wyszczególnione w nich kwoty – w sumie 65 mln zł. Na tym procederze straciły nie tylko spółki zleceniodawcy, ale również skarb państwa – im bowiem wyższe były koszty działalności wspomnianych firm, tym mniejsze wpływy do państwowej kasy z tytułu podatku dochodowego. Państwo straciło także na zwrotach podatku VAT za usługi doradcze, jakie przysługiwały korzystającym z nich podmiotom. Do dziś gdańska prokuratura nie oszacowała wielkości tych strat. Nieoficjalnie jednak przyznaje, że mogą one być równe połowie sumy wszystkich przywłaszczeń.

Co z pieniędzmi?

Jak wynika z ustaleń prokuratury, właściciele BOI brali za każde zlecenie kilkuprocentową (najczęściej pięcioprocentową) prowizję. I mimo iż to oni jako pierwsi podpisywali umowy na usługi konsultingowe, sedno obciążeń podatkowych spadało na podwykonawcę, czyli Stellę Maris. Ta jednak mogła sobie pozwolić na wykazywanie równie oszałamiających, jak nieprawdziwych zysków – jako organizacja kościelna na mocy ustawy z 1989 r. zwolniona była (i nadal jest) z płacenia podatków.
Nie oznacza to wcale, że szefowie Stelli pracowali za Bóg zapłać – oni także pobierali prowizję, choć nieco mniejszą, bo z reguły trzyprocentową. Oczywiście, niewykazywaną w żadnych oficjalnych zestawieniach, bowiem pochodzącą z wyprowadzanych ze spółek zleceniodawców środków.
Co stało się z zagrabionymi w takich okolicznościach pieniędzmi? Na to pytanie prokuratura nie udziela żadnych oficjalnych odpowiedzi. W związku z osobą Jędykiewicza – któremu przypisano przywłaszczenie blisko 30 mln zł – pojawiły się opinie, że część pieniędzy zasilała fundusze SLD. Krzysztof Trynka zdecydowanie zaprzeczył tego typu spekulacjom.

Zwrócił jednak uwagę na sumy zabezpieczeń, jakimi obłożono majątki podejrzanych. Na przykład łączna wartość zabezpieczonych przez prokuraturę ruchomości, nieruchomości i gotówki należących do prezesa Demosu, Sylwestra M., sięgnęła 1,2 mln zł. Prokuratura stara się także o zabezpieczanie wartych kilka milionów złotych nieruchomości Jerzego Jędykiewicza. Zaś ks. Zbigniew B., na krótko przed aresztowaniem, sprawił sobie bmw warte pół miliona złotych.
Czyżby zatem wyprowadzone z firm pieniądze trafiły wyłącznie do prywatnych kieszeni prezesów oraz ich pośredników? Na tak zadane pytanie mój rozmówca z ABW odpowiada innym pytaniem: – A skąd Szpital Gdański Spółka z o.o. należąca do Tomasza W. miała pieniądze na inwestowanie w kolejne przychodnie i kliniki? A dlaczego należąca do Jędykiewicza firma Prolim kupiła terminal paliwowy w upadającej stoczni szczecińskiej, za który zapłaciła 160 mln zł, chociaż wart był najmniej 200 baniek?
Jak mi powiedziano, „prokuratura nie wyklucza, że część wyprowadzonych pieniędzy została przeznaczona na działalność firm będących własnością podejrzanych”. W tym także na łapówki za wygrane kontrakty. Jednak na razie o żadnych szczegółach nie może być mowy – prokuratura ujawni tego typu informacje dopiero w akcie oskarżenia.

Sprawa upolityczniona

Skala przestępczego procederu była zatem imponująca. Jednak to nie ona zadecydowała o medialnej popularności afery Stelli Maris. Jej nagłośnienie to zasługa przede wszystkim „Gazety Wyborczej” i „Rzeczpospolitej”, na bieżąco relacjonujących kolejne działania gdańskiej prokuratury. I co najważniejsze – definiujących sprawę jako kolejną aferę z udziałem polityków i działaczy SLD.
Próby naznaczenia sprawy politycznym stygmatem podejmuje także jeden z podejrzanych – były baron Jerzy Jędykiewicz. – Dlaczego zajęła się mną prokuratura? – pyta, po czym sam sobie odpowiada: – Bo byłem w czołówce SLD. Bo zgnojenie mnie i zrzucenie ze świecznika to kolejny dotkliwy cios dla partii. Nie mam wątpliwości, że w moim przypadku prokuratura działa na polityczne zamówienie.
Na czyje? Jędykiewicz nie potrafił odpowiedzieć. I jest mało prawdopodobne, by mówiąc o politycznej inspiracji, eksbaron miał rację. Wśród podejrzanych obok Jędykiewicza i Elżbiety M. znalazł się m.in. wspomniany już Tomasz W., związany ze środowiskiem „młodopolaków” Wiesława Walendziaka i Aleksandra Halla, oraz Piotr K., szef gabinetu politycznego w Ministerstwie Zdrowia w rządzie Jerzego Buzka.
Jednak zdaniem szefa gdańskiej PA, Janusza Kaczmarka, taka wyliczanka to karkołomne zajęcie. Dla prokuratury bowiem nie ma znaczenia to, że jednym z podejrzanych jest ksiądz, a drugim były PZPR-owski cenzor (Janusz B.) – obaj zresztą będący w znakomitej komitywie. – Liczy się kryminalna, a nie polityczna biografia – zapewnia Kaczmarek, który kilka lat temu zasłynął ze spektakularnej rozprawy z ówczesnym AWS-owskim zarządem Gdańska, wsadzając niemal połowę jego składu za nadużycia.

Wymiar etyczny

Afera Stelli Maris, poza kryminalnym, ma także nie mniej istotny wymiar etyczny. Do przestępstw doszło bowiem w wydawnictwie kościelnym, pozostającym pod kuratelą jednego z najwyższych katolickich hierarchów. Jak to możliwe?
Całej sprawy zapewne by nie było, gdyby Kościół katolicki w Polsce nie korzystał z przywilejów podatkowych. Firma świecka, nawet jeśli zdecydowałaby się wystawiać lewe rachunki, od wyszczególnionych w nich kwot musiałaby zapłacić podatki. Tymczasem Stella Maris z takiego obowiązku była zwolniona. Szefowie wydawnictwa mogli zatem sprzedawać „puste” faktury, przynoszące im zysk w postaci prowizji, bez konieczności dodatkowych nakładów ponoszonych w formie podatków. Innymi słowy, czysty zysk…
Lecz nie tylko formalne udogodnienia stworzyły grunt pod przestępczą działalność. Nie mniej ważne były dyspozycje mentalne części ludzi Kościoła, będące spadkiem po komunizmie. Wówczas, ze względu na postawę władz, niezbędne było utajnienie finansów Kościoła i skupienie ich w rękach nielicznych osób. I choć po 1989 r. powody tej tajności znikły, starych przyzwyczajeń w wielu przypadkach nie udało się wykorzenić. Fakt, iż Stellę Maris, a w raz z nią gros finansów archidiecezji, powierzono zaledwie dwóm osobom – ks. Zbigniewowi B. i Tomaszowi W. – jest najlepszym tego dowodem.
Być może, nie byłoby w tym nic złego. Utajnieniu jednak wielokrotnie towarzyszyło najzwyklejsze kombinatorstwo – czasami uzasadnione wobec nieprzejednanej polityki władz, ale często wynikające po prostu z chęci zysku osób zajmujących się kościelnymi finansami. Z racji skrytości prowadzonych działań najczęściej bezkarne…

Będą kolejni

Wątek kościelny afery ma jeszcze jeden, rodzący gorące dyskusje aspekt – do tej pory poza ks. Zbigniewem B. wymiar sprawiedliwości nie zainteresował się innym duchownym. „A pamiętajmy, że Kościół katolicki to instytucja zhierarchizowana. Ksiądz B. nie szefowałby wydawnictwu, powołanemu dekretem biskupa, gdyby nie pełne poparcie tegoż. Ów biznes musiał przynosić archidiecezji wielkie zyski. Dlaczego więc przez lata arcybiskup nie zadawał pytań, skąd się bierze tyle pieniędzy?”, zastanawiał się publicysta „NIE”, sugerując, że abp Gocłowski znał i akceptował poczynania swojego podwładnego. Jeszcze dalej poszedł gdański „Głos Wybrzeża”, podając kilka tygodni temu, że arcybiskup zostanie lada moment aresztowany. Rzecznik Prokuratury Apelacyjnej w Gdańsku zdementował te doniesienia.
W rozmowie ze mną Krzysztof Trynka przyznał, że prokuratura na razie nie znalazła żadnych dowodów, które dałyby powód do aresztowania abp. Gocłowskiego czy jakiegokolwiek innego duchownego. – Co wcale nie oznacza, że w przyszłości do takich zatrzymań nie dojdzie – zastrzegł mój rozmówca.
Śledztwo jest bowiem „rozwojowe” i już dziś wiadomo, że lista beneficjentów korzystających na współpracy ze Stellą Maris jest dłuższa. Prokuratura jednak, w obawie przed nadmiernym wydłużeniem czasu dochodzenia, już wkrótce wyłączy część podejrzanych do odrębnego postępowania. Pozostali – w tym ks. Zbigniew B., Tomasz W. i prawdopodobnie Jerzy Jędykiewicz – już za dwa, trzy miesiące mogą się spodziewać aktu oskarżenia i skierowania sprawy do sądu.
Grozi im kara od roku do 10 lat pozbawienia wolności.

 

Wydanie: 12/2004

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy