Gangsterzy znad Wisły na gościnnych występach

Gangsterzy znad Wisły na gościnnych występach

Razem z otwarciem granic otworzyły się nowe możliwości dla polskich przestępców

W 2016 r. cała Irlandia żyła sprawą skazanej na dożywocie Marty Herdy. 11 z 12 ławników uznało, że w marcu 2013 r. Marta z premedytacją wjechała rozpędzonym samochodem do zatoki w porcie Arklow, by pozbawić życia kolegę z pracy, nieszczęśliwie w niej zakochanego młodego Roma z Węgier, Csabę Orsasa. Irlandzkie media pisały o Marcie Ice Queen Killer (zimna jak lód zabójczyni). Choć proces był poszlakowy, a sprawa wzbudzała kontrowersje, Marta odsiaduje wyrok w więzieniu Dóchas w Dublinie.

Niemalże nie ma tygodnia, by w którymś z europejskich krajów nie pojawiły się informacje o przestępstwach dokonywanych przez naszych rodaków. Najczęściej jednak nie kończą się one tak wysokim wyrokiem. Polacy są sprawcami mniejszych i większych kradzieży, włamań czy wyłudzeń, których ofiarą padają zarówno obywatele innych państw, jak i rodacy. Coraz szerszy zasięg mają też polskie gangi specjalizujące się w handlu narkotykami i ludźmi, praniu brudnych pieniędzy, a nawet sprzedaży broni.

NIEMCY: Polskie gangi rosną w siłę

Raporty niemieckiego MSW z ostatnich lat pokazują, że polskie gangi działające za zachodnią granicą mają się coraz lepiej. Być może niebawem nasi rodacy w rankingu grup przestępczych w Niemczech wyprzedzą Turków. Wielonarodowych grup, złożonych m.in. z Polaków, przybywa z roku na rok. – Niemiecka policja wykryła 44 zorganizowane grupy przestępcze, w których Polacy odgrywali kierowniczą rolę – mówił w 2015 r. ówczesny minister spraw wewnętrznych Thomas de Maizière. Obecnie jest ich prawdopodobnie jeszcze więcej. Tendencja bowiem jest wzrostowa – w 2012 r. na terenie Niemiec działało ok. 20 polskich gangów, rok później już 35. W 2015 r. połowa polskich szajek składała się wyłącznie z rodaków, reszta miała charakter wielonarodowy z polskim przywództwem. Według ostatniego raportu tamtejszego MSW w całych Niemczech działa obecnie ok. 200 grup przestępczych kierowanych przez Niemców i 55 przez Turków. Polacy są trzecią najbardziej kryminogenną grupą narodowościową.

Dotąd polscy przestępcy specjalizowali się głównie w kradzieżach samochodów, jednak w ostatnich latach zakres ich działalności się rozszerzył. O ile transgraniczny handel kradzionymi samochodami sukcesywnie maleje, o tyle od 2015 r. wzrosła liczba zatrzymań związanych z handlem narkotykami, oszustwami podatkowymi i celnymi oraz napadami i wymuszeniami haraczy.

Ogniska zorganizowanej przestępczości skupiają się przy polsko-niemieckim pograniczu. Dzięki lepszej współpracy policji obu krajów gangi handlujące kradzionymi pojazdami mają coraz trudniej. – W pewnej brandenburskiej miejscowości doszło do napadu na stację benzynową. Sprawcy uciekli przez Görlitz do Polski, tam zostali prawie z miejsca zatrzymani przez naszych polskich kolegów, którzy zostali poinformowani przez naszą dyrekcję – opowiada Ines Filohn, rzeczniczka komendy Brandenburg-Süd.

Członkowie zorganizowanych grup przestępczych, którzy wpadają w przygranicznych miejscowościach, pochodzą zwykle z Polski, krajów nadbałtyckich, Ukrainy i Rosji. Przestępcy kradną samochody, ciężarówki, instalacje solarne, narzędzia z placów budowy lub rowery. W graniczącym ze Słubicami Frankfurcie nad Odrą niemieccy śledczy i straż graniczna nadal konfiskują najwięcej kradzionych samochodów w Niemczech.

Polsko-niemieckie pogranicze trafiło nawet do niemieckich seriali kryminalnych, takich jak „Polizeiruf 110”, w którym w rolę mówiącego po niemiecku policjanta z Polski wcielił się Lucas Gregorowicz, czy „Usedom-Krimi”, gdzie polskiego funkcjonariusza zagrał Marcin Dorociński. Na mocy umowy podpisanej w maju 2014 r. niemieccy policjanci już nie muszą przerywać pościgu za przestępcami, kiedy przekraczają oni naszą granicę. Podobnie swobodnie mogą działać polscy policjanci w Niemczech. Więcej jest też wspólnych patroli, a także operacji na większą skalę.

– W ubiegłym roku odnotowaliśmy wyraźne zmniejszenie się handlu kradzionymi pojazdami w miejscowościach przygranicznych, głównie dzięki doskonałej współpracy polskich i niemieckich policjantów – podkreśla Peter Sostaric, prokurator z Frankfurtu nad Odrą. Jednak – jak twierdzi – wzrosła liczba włamań do niemieckich mieszkań. – Przestępcami najczęściej są Polacy, rzadziej Litwini.

Mimo że w Brandenburgii maleje liczba samochodów kradzionych przez polskie gangi, grupy te nadal trzymają się mocno. – Łapiemy z reguły tylko wykonawców, podczas gdy prawdziwi zleceniodawcy, grube ryby, nie wpadają nam w sieci – przyznaje Sostaric.

Zjawisko polskiej przestępczości pojawia się też w zgoła nieoczekiwanych sytuacjach. Dwa miesiące temu uwagę niemieckiej opinii publicznej ściągnął na siebie 36-letni pielęgniarz Grzegorz Wolsztajn. Bawarska policja podejrzewa go o zamordowanie jednego podopiecznego i usiłowanie zabójstwa kolejnych czterech Niemców w podeszłym wieku. Wolsztajn podawał swoim pacjentom nadmierną dawkę insuliny, po czym wysyłał ich do szpitala, by w tym czasie spenetrować ich domy i ukraść gotówkę oraz karty płatnicze. Sposób działania Wolsztajna wywołał w niemieckich mediach burzę, a przestępstwa Polaka zostały omówione w głośnym magazynie kryminalnym „Aktenzeichen XY ungelöst”, do którego trafiają najcięższe i najbardziej zagadkowe zbrodnie.

FRANCJA: Wpadka „Suchego”

Te zasady współpracy, które na polsko-niemieckim pograniczu jeszcze niedawno raczkowały, na granicy niemiecko-francuskiej obowiązują od wielu lat. W Alzacji, Kraju Saary, Nadrenii-Palatynacie i Badenii-Wirtembergii Bundespolizei i francuska Police Nationale działają bardzo skutecznie. W październiku 2017 r. zatrzymano w Niemczech i Francji ponad 40 osób związanych z polskim gangiem specjalizującym się m.in. w produkcji narkotyków i handlu nimi, a także w handlu wyrobami tytoniowymi i bronią palną. W rozbiciu bandy „Suchego” uczestniczyło ponad 330 policjantów z Polski, Niemiec i Francji. Była to jedna z największych międzynarodowych operacji na terenie Unii Europejskiej z udziałem polskich śledczych. Przeszukano kilkadziesiąt obiektów we wszystkich trzech krajach. Obok samego „Suchego” zatrzymano osoby podejrzane o udział w zorganizowanej grupie przestępczej, produkcję niemal tony amfetaminy oraz obrót narkotykami i bronią palną, jak również o kradzieże luksusowych samochodów. Ta ostatnia branża jest wśród polskich przestępców we Francji bardzo popularna.

W marcu tego roku doszło do zatrzymań osób podejrzanych o działalność w grupie zajmującej się wypożyczaniem samochodów i ich nielegalną sprzedażą we Francji. Zdaniem śledczych sposób działania podejrzanych był nieskomplikowany: Polacy zawierali umowy z firmami wypożyczającymi drogie samochody. Następnie pojazdy były przeprowadzane do Francji. Tam przerabiano dokumenty, skrzętnie usuwając z nich informację, że auto było własnością firmy leasingowej, a potem sprzedawano samochody prywatnym odbiorcom. W ciągu roku członkowie grupy mieli zawrzeć kilkanaście takich umów na terenie całego kraju. Zaangażowani w proceder podzielili się jego etapami. W Polsce działały osoby, które zawierały umowy z wypożyczalniami wyszukanych samochodów. Kolejne dostarczały auta do Francji, natomiast tam kilku innych wspólników zajmowało się ich legalizacją i rozprowadzaniem. W ten sposób zaangażowani w działalność przestępczą Polacy wyłudzili samochody o wartości niemal 10 mln zł. Dzięki współpracy służb obu krajów udało się już niektóre pojazdy odzyskać, wciąż jednak trwają poszukiwania pozostałych wozów i reszty członków polskiego gangu.

Do straszliwej zbrodni we Francji z udziałem Polaka doszło w kwietniu 2015 r. 38-letni wówczas Zbigniew H. zatrzymał się w drodze z Warszawy do Wielkiej Brytanii w Calais. Tam porwał bawiącą się przed domem dziewięcioletnią Chloé Ansel. Dwie godziny po porwaniu francuska policja znalazła martwą dziewczynkę, która miała ślady duszenia, drobne rany oraz ślady po kontakcie seksualnym. W pobliżu znajdował się samochód polskiego zbrodniarza. Zbigniew H. był już wcześniej znany francuskiej policji. Był dwukrotnie karany za użycie przemocy i przestępstwa o charakterze rabunkowym. Oskarżony odbywał karę więzienia w Polsce, ale z nieznanych powodów znalazł się na wolności przed zakończeniem wyroku. Poza tym miał zakaz wjazdu do Francji, a mimo to pojawił się ponownie w miejscu, w którym już wcześniej popełniał przestępstwa.

WIELKA BRYTANIA: Straszenie Polakiem

Na Wyspach praktycznie nie ma tygodnia, by w tabloidach nie pojawiło się doniesienie o polskim przestępcy, który dopuścił się wyjątkowo ekstrawaganckiego przestępstwa lub szczególnie obrzydliwej zbrodni.

Nie tak dawno donoszono o „jednoosobowej polskiej fali przestępczości”, którą był 31-letni Krzysztof B. Mężczyzna zaledwie dwa lata wcześniej został z Wielkiej Brytanii deportowany, ale nie wytrzymał nad Wisłą zbyt długo i wrócił na Wyspy, gdzie miał dokonać serii włamań do domów oraz samochodów. – Podejrzewamy, że dokonuje nawet dwóch włamań dziennie – informowała policja. W ubiegłym tygodniu gazety doniosły o tym, że przed sądem stanęli trzej seryjni włamywacze z Polski. Na łamy prasy trafili dlatego, że z jednego z domów wynieśli biżuterię oraz ozdobną skrzynkę, w której rodzina trzymała prochy dwójki dzieci zmarłych przy porodzie.

Inna okazja pojawiła się, gdy w 2014 r. w jednym z łóżek w domu w mieście Burnley na północy Anglii znaleziono 28-letniego Łukasza Ch. Media pisały o naszym rodaku per „Złotowłosa”. Nawiązywały w ten sposób do popularnej bajki, w której dziewczynka rozgaszcza się w domu zajmowanym przez trzy misie. Po powrocie są one niepomiernie zdziwione, gdy widzą, że ktoś zjadł ich obiad, wszędzie jest bałagan, a w jednym z łóżek śpi dziewczynka. Podobnie jak ona zachował się Łukasz Ch., który wprowadził się do mieszkania starszej pary, kiedy ta była na wakacjach. Starsi państwo po powrocie zdumieli się, gdy „na blacie kuchennym znaleźli przygotowany filet z kurczaka i spaghetti. Obok we wzorowym porządku leżały ich talerze oraz gazety” (za „Daily Telegraph”). Zadziwili się jeszcze bardziej, kiedy zobaczyli, że wanna jest pełna piany, obok suszy się cudza bielizna, a na łóżku w sypialni śpi Polak pachnący perfumami właściciela domu. Nieproszony gość dostał wyrok, ale w zawieszeniu, bo uznano, że intencje miał dobre. Nie potrafił tylko się odnaleźć ani porozumieć, bo nie znał angielskiego.

To przykład przestępstwa barwnego, ale nieszkodliwego. Niestety, obok takich tabloidy mogą też przebierać w zbrodniach wyjątkowo odrażających. Przez lata zebrała się długa lista, a niektóre odbiły się szczególnie głośnym echem. Tak jak sprawa Daniela P., którego w 2012 r. matka z ojczymem skatowali na śmierć, a wcześniej głodzili tak bardzo, że czteroletni chłopczyk ważył 10,5 kg. Lub to, co zrobił Damian P. zaliczający się do kategorii rodaków, którzy na emigrację uciekli przed wyrokiem lub mając za sobą niejedną odsiadkę. Damian P. trafił do więzienia za gwałt i napaść. Na Wyspy dotarł w 2015 r. i na wolności wytrwał dwa dni. To, co zrobił w drugiej dobie pobytu w Londynie, zapewniło mu miejsce na pierwszej stronie wszystkich tabloidów. 37-latek z Polski podszedł do stojącego na przystanku niepełnosprawnego 57-letniego mężczyzny i zaczął go bić. Gdy ofiara upadła, złapał ją za nogi i rzucił pod nadjeżdżający autobus. Wszystko nagrała kamera monitoringu miejskiego. Damian P. dostał 12 lat z nakazem deportacji do kraju. Skazano go tuż przed referendum w sprawie brexitu i sprawa stała się skutecznym orężem tych, którzy przekonywali, by opuścić Unię Europejską. Z pewnością przysporzyła im głosów.

Polska przestępczość jest na Wyspach popularnym tematem. Kryminalistami z naszego kraju straszy się tak jak nad Wisłą uchodźcami z Syrii. Czytelnicy prasy wiedzą więc, że w brytyjskich zakładach karnych siedzi ponad tysiąc Polaków, więcej niż Rumunów, Irlandczyków, Jamajczyków, Albańczyków, Pakistańczyków lub Litwinów. Że stanowią oni najliczniejszą, 10-procentową grupę obcokrajowców, a ich utrzymanie kosztuje 35 mln funtów rocznie. Odesłać ich jednak nie można, bo Polska – jak donosił „Daily Mail” – nie nadąża z budową nowych więzień, a dotychczasowe są pełne.

„Polska mafia zmienia Wielką Brytanię w gniazdo gangsterskiej przemocy, próbując uciec przed sprawiedliwością u siebie”, pisał „The Sun”, wyliczając, że w polskich społecznościach ukrywa się co najmniej 3 tys. morderców, gwałcicieli i porywaczy. „Daily Mail” informował, że co tydzień opuszczają Wyspy samoloty wypełnione deportowanymi polskimi przestępcami. Przy innej okazji pisał, że imigranci z krajów Unii Europejskiej popełniają w Wielkiej Brytanii 700 przestępstw tygodniowo, a najgorsi są Rumuni i Polacy, których zbyt rzadko się deportuje.

Takie komunikaty powodują narastanie antypolskich nastrojów. A jak jest w rzeczywistości? Tekst, w którym „Daily Mail” donosił, że imigranci z krajów Unii Europejskiej popełniają kilkaset przestępstw tygodniowo, został oparty na danych uzyskanych z ACRO – instytucji prowadzącej w Wielkiej Brytanii statystyki kryminalne. Wkrótce po opublikowaniu artykułu i podaniu informacji dalej przez kolejne gazety przyjrzało się jej stowarzyszenie InFacts, które zajmuje się m.in. sprawdzaniem rzetelności tekstów prasowych. Rzecznik ACRO powiedział, że istotnie przekazano dane „Daily Mail” i nawet sama liczba się zgadza, ale nie o przestępstwa chodziło. – Imigranci z krajów Unii Europejskiej – powiedział – nie popełniają 700 przestępstw tygodniowo, otrzymują w tym czasie 700 powiadomień prawnych. Co oznacza tyle, że jeśli ktoś otrzymał jakiekolwiek pismo z sądu, to „Daily Mail” zaliczył go do przestępców. Artykuł sprostowano, ale drobnym druczkiem na dole drugiej strony. Mało kto przeczytał.

Podobnie jest z większością doniesień tego rodzaju. Głębszych analiz skali polskiej przestępczości na Wyspach nie ma wiele, ale z tych, które są, wyłania się bardzo jasny obraz sytuacji. Polacy jednocześnie popełniają bardzo dużo przestępstw i należą do najspokojniejszych grup imigrantów. Skala wynika po prostu z dużej liczby Polaków na Wyspach. Autorzy opracowania przygotowanego w The Migration Observatory Uniwersytetu w Oksfordzie, dr Brian Bell i prof. Stephen Machin, podsumowali statystykę tak: „Wzrost odsetka migrantów z krajów A8 (grupy ośmiu państw, które są członkami UE od 1 maja 2004 r., poza Cyprem i Maltą – przyp. aut.) w populacji wiąże się ze spadkiem liczby przestępstw przeciwko własności o 0,4% i nie koreluje z liczbą brutalnych przestępstw”.

Także liczba deportacji oraz polskich więźniów, jeżeli umieścić ją w kontekście, nie robi już wielkiego wrażenia. W 2016 r. z Wysp deportowano 1287 Polaków. Byliśmy pod tym względem ósmą nacją w Wielkiej Brytanii. A 917 Polaków, którzy w grudniu 2016 r. siedzieli w tamtejszych więzieniach, rzeczywiście czyni z naszych rodaków najliczniejszą grupę obcokrajowców, ale wciąż jest to ułamek z 94 tys. wszystkich więźniów. I nie więcej niż ogólnokrajowa średnia 182 więźniów na 100 tys. osób. Co tym bardziej znaczące, że przestępstwa najczęściej popełniają młodzi mężczyźni, a tych wśród polskich imigrantów na Wyspach jest ponadprzeciętnie dużo.

HISZPANIA: Gandzia w Gandii

Na Półwyspie Iberyjskim odsetek przestępstw popełnianych przez naszych rodaków nie jest aż tak duży jak w Wielkiej Brytanii czy Niemczech. Nie oznacza to jednak, że nie zdarzają się czyny najokrutniejsze. Echem zarówno nad Wisłą, jak i w Hiszpanii odbiła się tragedia młodego polskiego małżeństwa w miasteczku Torrevieja niedaleko Alicante. Na początku stycznia 2016 r. policja znalazła trzy ciała: małżeństwa Łukasza i Anny oraz ich dziewięciomiesięcznej córki Mai. Według ustaleń miejscowej policji mąż zabił żonę i córkę, a następnie się powiesił. Dość obszernie pisał o tym madrycki dziennik „El País”. Bardzo podobna historia zdarzyła się dwa lata wcześniej w niewielkiej miejscowości Amposta w Katalonii – 50-letni Polak zabił partnerkę, a później także się powiesił.

Znacznie rzadsze były morderstwa dokonywane na Hiszpanach. W marcu 2001 r. Krzysztof K. udusił Marię Concepcion L.H., ukrył jej zwłoki w walizce i wywiózł furgonetką za miasto, gdzie je pogrzebał. Przez pięć lat sprawca ukrywał się m.in. w Portugalii i w ojczyźnie. Został zatrzymany przez Interpol w 2006 r. w Polsce. W 2009 r. sąd w Toledo uznał go za winnego śmierci 48-letniej Hiszpanki. Powodem zabójstwa najprawdopodobniej były porachunki związane z handlem narkotykami.

Jednak na co dzień zatargi Polaków z prawem na hiszpańskiej ziemi to głównie wyłudzenia, praca na czarno, handel narkotykami oraz kradzieże. Siedem lat temu czwórkę naszych krajanów hiszpańska policja zatrzymała koło Santa Cruz de la Palma na Wyspach Kanaryjskich pod zarzutem licznych kradzieży w sklepach z luksusowymi towarami – perfum, drogich kosmetyków i markowej odzieży. Aresztowani to 52-letni Leszek S., 41-letni Jarosław S., 28-letnia Magdalena Agnieszka G. oraz 46-letnia Jolanta Sabina K.

W 2013 r. hiszpańska policja rozbiła grupę złodziei samochodów, kierowaną przez rozwiedzione polskie małżeństwo mieszkające na stałe w Hiszpanii. Gang specjalizował się w kradzieży seatów z silnikiem Diesla, które następnie były sprzedawane w Polsce. Nie brakuje też przestępstw związanych z handlem narkotykami i stręczycielstwem. W 2016 r. Guardia Civil zatrzymała 19 Polaków, którzy zostali oskarżeni nie tylko o dilerkę narkotykami, ale również o handel ludźmi, pranie brudnych pieniędzy i sprzedaż broni.

Natomiast niespełna miesiąc temu gazety informowały o akcji Centralnego Biura Śledczego Policji we współpracy z hiszpańską policją, w czasie której zlikwidowano „polską” plantację konopi indyjskich w miejscowości Gandia pod Walencją. Zatrzymani Polacy byli członkami grupy przestępczej i od wielu lat mieszkali w Hiszpanii.

Brakuje jednak kompleksowych danych dotyczących przestępczości wśród polskich emigrantów w tym śródziemnomorskim kraju. Tylko w 2009 r. Hiszpański Instytut Badań Statystycznych (INE) opublikował dane dotyczące liczby osób zatrzymanych w związku z podejrzeniem popełnienia przestępstwa na każdy tysiąc zameldowanych imigrantów z danego kraju. Polacy znaleźli się wówczas na siódmym miejscu wśród 23 narodowości najczęściej łamiących prawo. Trudno stwierdzić, jak sytuacja wygląda obecnie, ponieważ INE od tamtej pory nie zrobił podobnego badania.

Znacznie mniej wykroczeń z udziałem Polaków jest w Portugalii. Mieszka tu zaledwie ok. 1,6 tys. rodaków, podczas gdy w Hiszpanii ok. 50 tys. Głośniejszy incydent kryminalny z udziałem Polaka miał miejsce w 2013 r. Mężczyzna mieszkający z żoną od 2003 r. w miejscowości Coruche w środkowej Portugalii został przez miejscowy sąd skazany na sześć i pół roku więzienia za przemoc domową i gwałty. Sprawa zainteresowała portugalskie media ze względu na tłumaczenia oskarżonego: nie wiedział, że przemoc małżeńska jest w Portugalii zabroniona. Przekonywał, że w jego ojczyźnie mąż ma prawo bić żonę i wykorzystywać ją seksualnie.

Warto też wspomnieć, że na Półwyspie Iberyjskim, szczególnie w Hiszpanii, często ukrywali się przestępcy pochodzący z naszego kraju. Od gangsterów z mafii pruszkowskiej po pospolitych bandytów, takich jak Dariusz N., który ciosami nożem w klatkę piersiową zabił młodego piłkarza GKS Katowice.

WŁOCHY: Mafiosi i plażowi wyłudzacze

Choć rodacy regularnie wchodzą w konflikt z włoskim prawem, raczej nie popełniają przestępstw mi na dużą skalę. Do najczęstszych przyczyn zatrzymań należą drobne kradzieże w supermarketach i wyłudzenia pieniędzy od turystów w nadmorskich kurortach. Polacy próbują wynosić ze sklepów alkohol, perfumy czy kosmetyki. W przypadku tych ostatnich kradzieży wypracowali sobie dość ciekawy sposób. W ubiegłe wakacje w okolicach Triestu włoska policja złapała trzech Polaków kradnących perfumy metodą „na pudełko”. Dwaj wchodzili do wybranego sklepu, z opakowania herbatników wyciągali zawartość, wkładali do niego np. perfumy, odstawiali na półkę, po czym wychodzili bez zakupów. Wtedy do sklepu wchodził czekający na zewnątrz trzeci członek grupy i kupował opakowanie z podmienionym towarem, płacąc oczywiście znacznie niższą cenę. Choć brzmi to naiwnie, szajce udało się w ten sposób okraść kilkanaście sklepów w Trieście i okolicach.

Znane są też przypadki polowania na lokalnych i zagranicznych turystów, zwłaszcza na plażach Morza Tyrreńskiego. Działający tam Polacy, nierzadko współpracując z podobnymi naciągaczami z Ukrainy i Litwy, przechadzają się po plażach, oferując jazdę skuterem czy rejs wycieczkowy. Płatność możliwa jest tylko gotówką. Gotówką, której naiwny turysta najczęściej już nie zobaczy. Złapana przez lokalną policję w ubiegłe wakacje grupa złożona z Polaków i Ukraińców najczęściej „nie miała wydać reszty”, więc pod pozorem rozmienienia pieniędzy znikała z opłatą pobraną od klienta.

Zdarzają się jednak przestępstwa znacznie poważniejsze. Nieco ponad miesiąc temu w miejscowości San Giovanni Rotondo w regionie Apulia, znanej jako miejsce życia ojca Pio i niezliczonych pielgrzymek, również polskich, odnotowano zgon 34-letniego Polaka, który przebywał we Włoszech jako pracownik sezonowy. Nie wiadomo, co spowodowało śmierć, jednak wstępne śledztwo włoskiej policji wykluczyło przyczyny naturalne bądź wypadek. W związku ze sprawą zatrzymano dwóch innych Polaków, którzy przebywali we Włoszech razem ze zmarłym, prawdopodobnie również w celach zarobkowych. Czynności śledcze nadal są prowadzone. Wśród hipotez pojawia się m.in. wątek oszustwa przy pośrednictwie pracy.

Nie byłoby to pierwsze tego typu przestępstwo z udziałem Polaków. To właśnie w Apulii w 2006 r. odkryto nielegalne obozy pracy dla robotników sezonowych, w których w fatalnych warunkach przetrzymywano bez dokumentów głównie osoby z Polski, Czech i Litwy. Po interwencji włoskich śledczych uwolniono prawie 100 osób. Jak się później okazało, organizatorami przedsięwzięcia była grupa Polaków, poszukiwana także w innych krajach europejskich za sutenerstwo i handel ludźmi.

Są na Półwyspie Apenińskim również polscy przestępcy działający na międzynarodową skalę. Na stronach internetowych Europolu i we włoskiej prasie można znaleźć informacje o coraz większej liczbie rekrutów z Europy Wschodniej, w tym z Polski, w szeregach włoskich organizacji mafijnych. Przodować ma w tym neapolitańska kamorra, zatrudniająca przede wszystkim doświadczonych przemytników narkotyków, znających szlaki przerzutowe łączące Europę z Azją Środkową. Inne grupy przestępcze nie pozostają w tyle, też szukając wśród Polaków możliwych współpracowników.

Chyba najbardziej medialnym przestępstwem popełnionym w ostatnich latach przez Polaka we Włoszech było jednak upozorowane porwanie brytyjskiej modelki, 20-letniej Chloe Ayling. W lecie 2017 r. 30-letni Łukasz Herba miał ją namówić do przyjazdu do Mediolanu, gdzie rzekomo czekał na nią intratny kontrakt w jednej z agencji modelek. Ayling zaraz po przylocie została ponoć odurzona narkotykami i porwana, a Herba miał próbować ją sprzedać do luksusowego domu publicznego na południu kraju. Pierwotnie włoscy śledczy podtrzymywali tę wersję, dodając, że Herba miał być związany z grupą przestępczą Black Death, organizującą handel kobietami w tzw. dark web, czyli specjalnie zakodowanych, niedostępnych dla laików portalach internetowych. Z biegiem czasu w zeznaniach modelki zaczęły się pojawiać nieścisłości, swoje dołożyli też mediolańscy dziennikarze, którzy dotarli do wspólnych zdjęć Herby i Ayling oraz dowodów na wynajęcie przez parę pokoju hotelowego. Okazało się, że porwanie było w dużym stopniu sfingowane, a cała akcja miała na celu zwiększenie rozpoznawalności modelki w mediach i przyśpieszenie jej kariery. Para pokłóciła się jednak w trakcie realizacji planu, dlatego Ayling zwróciła się w zeznaniach przeciwko Polakowi. Ten wszystkiemu zaprzeczył, opowiadając śledczym o początkowym spisku i oskarżając modelkę o zdradę. Sprawa czeka na rozstrzygnięcie w mediolańskim sądzie.

Bardzo przygnębiające są drobne przestępstwa Polaków wybierających na ofiary innych Polaków. Zimą są to kradzieże mienia w kurortach narciarskich, głównie w Livigno, w lecie zaś złodzieje przenoszą się przede wszystkim nad Adriatyk, w okolice bardzo lubianego przez Polaków Rimini, często zwanego największą polską dyskoteką poza granicami kraju. Najczęstsze przewinienia to włamania do domków letniskowych, kradzieże dokumentów, ale też prowadzenie samochodu bez prawa jazdy lub pod wpływem alkoholu, spożywanie lekkich narkotyków, a nawet oddawanie moczu w miejscach publicznych są bardzo częste. Przybywa też przestępstw na tle seksualnym. Nie dalej jak dwa tygodnie temu Polka, której tożsamość włoska policja utajniła, doniosła o napaści seksualnej ze strony rodaków podczas pobytu w Livigno. Jak widać, przestępczość Polaków wobec rodaków ma się równie dobrze w kraju, jak i za granicą.

Wydanie: 17-18/2018

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy