Jaga ograła Glasgow Rangers

Jaga ograła Glasgow Rangers

Fot. Grzegorz Wajda/REPORTER

I to tyle pucharowych uciech

Brawa dla Jagiellonii, jedynej naszej drużyny, która pozytywnie zaskoczyła w minionym tygodniu, pokonując Glasgow Rangers. Takie wyniki należy doceniać, bez względu na to, czy rywal akurat niekoniecznie nawiązuje formą do swojego legendarnego portfolio.

Po latach nikt nie będzie pamiętał, że Rangersi z Glasgow mieli kiepski początek sezonu w lidze szkockiej, a w poprzednim sezonie dali się wyprzedzić w tabeli nawet Heartsom z Edynburga. To zawsze będzie wielka europejska firma, 55-krotny (!) mistrz Szkocji, triumfator Pucharu Zdobywców Pucharów z 1972 r. Ekipa, której spośród naszych klubów potrafił sprostać tylko wielki Górnik z Włodzimierzem Lubańskim w drodze po finał PEZP przed 56 laty.

Potem zarówno Górnik, GKS, Amica, Legia, jak i Lech nie znalazły sposobu, aby wygrać choć pojedynczy mecz ze Szkotami. Sam pomnę, jak młokosem będąc, świadkowałem łomotowi, jaki Rangersi spuścili Gieksie na Stadionie Śląskim w 1988 r. Dwukrotnie wtedy śląscy obrońcy nie zdołali powstrzymać Terry’ego Butchera, który kropnął dwa gole głową. O tym, jaka jest twarda, cały świat przekonał się rok później, gdy w meczu reprezentacji Anglii z powodu rozciętej skóry w starciu na początku meczu, Butcher przez cały mecz grał, brocząc krwią.

„The Gers” przed dekadą wyszli z największego kryzysu w historii, spowodowanego karną relegacją na czwarty poziom rozgrywek (klubowi groziło bankructwo, nie rozliczał się z skarbówką) w 2012 r. Powrót na najwyższy szczebel trwał cztery lata, rychło też klub odnalazł się w Lidze Europy, docierając choćby do jej finału w 2022 r. Budżetowo Szkoci przerastają Jagiellonię po wielekroć, w składzie mają kilku zawodników, którzy z powodzeniem zagrali na mundialu, jak choćby Norweg

Thelo Aasgaard, czy Belg Nicolas Raskin, wybrany przez „L’Equipe” do jedenastki największych objawień turnieju.

Mecz w Białymstoku zaczął się więc zgodnie z oczekiwaniami od katastrofy, gdy już w czwartej minucie obrońca Jagi Montóia trafił do własnej bramki. Potem mogliśmy na własne oczy przekonać się, jak fundamentalne znaczenie ma tzw. pucharowe ogranie na międzynarodowej arenie. Drużyna trenera Siemieńca w ciągu ostatnich dwóch sezonów rozegrała ponad 20 spotkań w europejskich pucharach, zatem to, co dla innych klubów byłoby wydarzeniem wysoce stresogennym, dla Białostoczan jest już normalnym dniem w pracy. Zamiast paniki po feralnym początku Jaga natychmiast zabrała się do odrabiania strat – i trzeba zauważyć, że wydatnie pomógł jej w tym nigeryjski stoper przyjezdnych, Emmanuel Fernandez. Najpierw zmienił lot centry Kajetana Szmyta, tak że ku zdumieniu bramkarza ze spodziewanego „pustego przelotu” zrobił się strzał tuż przy słupku. Potem przewrócił się w polu karnym i nie wstając, patrzył, jak Imaz strzela, a Szmyt dobija.

Mimo morderczego upału Jaga forsowała wysokie tempo gry i miała wiele okazji do podwyższenia wyniku, ale w końcówce to goście parli do wyrównania i byli blisko celu (Jagę uratował słupek). Gospodarze mieli jednak szanse skutecznie skontrować. Szkoda tylko, że ich nowy nabytek,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2026, 33/2026

Kategorie: Sport