Jak niszczono polski przemysł

Jak niszczono polski przemysł

Prawda kole w aureolę.
Jan Izydor Sztaudynger

Ukazało się ostatnio wiele artykułów polemicznych o polskiej transformacji ustrojowej. Moim zdaniem, autorzy planu Balcerowicza osiągnęli zamierzony cel. To, co mówili oficjalnie o celach planu, nie ma żadnego znaczenia, bo świadomie kłamali. Prawdy powiedzieć nie mogli i nie chcieli, bo jak zareagowałoby polskie społeczeństwo na wieść, co je czeka po transformacji ustrojowej?
W 1989 r. pracowałem w niewielkim zakładzie branży teleelektronicznej (830 osób). Wyniki ekonomiczne pierwszego półrocza były dobre. Dopiero uwolnienie cen w drugim półroczu pogorszyło sytuację. Ceny najpierw gwałtownie poszły w górę, lecz potem ich wzrost zaczął zwalniać (październik – 54%, listopad – 23%, grudzień – 18%). 6 października Balcerowicz przedstawił swój plan reform gospodarczych. Byliśmy przerażeni jego bezwzględnością. Nasze obawy potwierdziły księgowe, które na specjalnym szkoleniu w grudniu zostały zapoznane ze szczegółami planu. A oto kilka z nich: wzrost cen węgla – 500%, wzrost cen energii elektrycznej – 290%, obniżenie płac realnych o 17%, dywidenda od majątku trwałego (przeszacowanego 13 razy) – 40%, podatek dochodowy – 40%. Zabójcze dla wszelkiej działalności produkcyjnej były też odsetki bankowe, które w styczniu miały sięgać 46%, a w kolejnych miesiącach być powoli obniżane. W tamtych czasach przedsiębiorstwa państwowe były zobowiązane kredytować swą działalność w 70%, więc wszystkie były zadłużone w bankach. Ponadto musiały odprowadzać do budżetu 50% amortyzacji. Te i inne równie drastyczne wskaźniki oznaczały, iż wydany został wyrok na polski przemysł, szczególnie zaawansowany technicznie.
1 stycznia 1990 r. rozpoczęła się egzekucja przemysłu. Odsetki ustawowe w stosunku rocznym wynosiły w 1990 r.: od 1 stycznia – 720%, od 1 lutego – 480%, od 1 marca – 216%, od 1 maja – 144% itd. Zadłużenie zakładów rosło lawinowo, rwały się wszelkie więzi handlowe, rynek zalewało dalekowschodnie badziewie zwolnione z ceł.
Po gorączkowych poszukiwaniach znaleźliśmy zagranicznego inwestora. Pojechałem z nim na Targi Poznańskie na rozmowy z klientem. Rozmowa toczyła się w przyjaznej atmosferze. Na zakończenie nasz rozmówca poradził nam, jak w Polsce można fantastycznie zarobić: „Wszelkie posiadane waluty zachodnie wymieńcie, panowie, na złotówki i ulokujcie w polskim banku – mówił. – Po roku, gdy je wycofacie i wymienicie z powrotem na marki czy dolary, będziecie mieć trzy razy tyle, a może i więcej”. O co tu chodziło? Otóż 28 grudnia 1999 r. rząd Mazowieckiego wprowadził jednolity i stały kurs złotego wobec dolara amerykańskiego na poziomie
1 dol. = 9500 zł. Formalnie utrzymywane były daleko idące ograniczenia dewizowe wobec transakcji kapitałowych. Dotyczyły one głównie wywozu kapitału z Polski. Nikt jednak się tym nie przejmował. Łatwo można wyliczyć, jakie kokosy mogli robić ludzie dysponujący kapitałem.
W końu roku udało się nam zarejestrować spółkę joint venture, co uchroniło zakład przed natychmiastową upadłością. Za dostarczane wyroby zagraniczny wspólnik płacił przelewami bankowymi. Niestety, były one realizowane w ciągu dwóch tygodni lub dłużej. To były czasy galopującej inflacji i aby skrócić czas przepływu pieniędzy, wspólnik wystawił czek trasowany. Bank początkowo odmówił jego realizacji, a po interwencji przyjął i… wysłał za granicę do banku wystawcy w celu potwierdzenia jego autentyczności. Nie kijem go, to pałką. Dodam jeszcze, że jednocześnie prowadzono ogromną nagonkę na kadrę kierowniczą przemysłu, bo protestowała przeciw niszczeniu narodowego majątku.
Pytam więc, czy to, co widzieliśmy w małym zakładzie na prowincji, nie było dostrzegane w Warszawie, w Ministerstwie Finansów? Otóż było. Z całą świadomością, pod nadzorem J. Sachsa realizowano friedmanowską terapię szokową. O co więc w istocie chodziło? O stworzenie w egalitarnym społeczeństwie, na wzór USA, grupki superbogaczy i nikłej klasy średniej. Tego nie da się szybko dokonać bez gwałtownego zubożenia społeczeństwa i bez terapii szokowej. Ale do tego dzisiaj nikt się nie przyzna.
Niestety nadal głoszone są kanony balcerowiczowskie (friedmanowskie) i wielu rozsądnych ludzi nabiera się na nie. Warto by więc ujawnić całą prawdę o transformacji, a mogą to uczynić ci, którzy walczyli o uratowanie swych zakładów. To jest ich obowiązek wobec nieistniejących już polskich firm i ich dzielnych załóg. Nie one spowodowały ich upadek, lecz ci, którzy opracowali, uchwalili i wprowadzili neoliberalny plan Balcerowicza.
Chwalców Balcerowicza zapytuję: czy którykolwiek z istniejących obecnie zakładów przemysłowych ocalałby, gdyby zastosowano wobec niego tak drakoński plan?

Wydanie: 7/2010

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy