Jak się zerwie, to nas zje?

TELEDELIRKA

Podziwiam wyważony sposób myślenia, jaki prezentuje w pisaniu Bronisław Łagowski. Naświetla rzecz wielostronnie i analizuje niebanalnie. Oto godny naśladowania spokój mędrca, myślę sobie, po czym siadam do felietonu i na ten sam temat piszę, waląc między oczy, odsądzam też od czci i wiary.
Każdy, kto chodził do szkoły podstawowej, pamięta szczególny rodzaj niewybrednych dowcipów poniżej pasa. Głupio mi w poważnym tygodniku posługiwać się wulgarnym, mało śmiesznym żartem, ale co tam, wykrztuszę z siebie, może mi to pomóc w uwolnieniu się od uczucia wściekłości, którego doświadczam, słuchając gadania Eriki Steinbach. Szefowa Związku Wypędzonych ubrała się w biały kostium w stylu księżnej Diany (gdzie jej do niej!) i udaje anioła.
W wywiadach mówi, że „sąsiedzi Niemiec muszą pogodzić się z tym, że wypędzenie było faktem, muszą zachować powściągliwość, gdy w Niemczech chce się upamiętnić ofiary”. A ja jej mówię: Takiego wała! Powściągliwość, owszem, jest bardzo pożądana, jest na miejscu, ale zachować ją powinna osoba pochodząca z kraju, którego obywatele wybrali na wodza wąsatego Adolfa i przez wiele lat, do klęski pod Stalingradem, w ogromnej większości zgadzali się na wszystko, co robił. Nie zagazował świata swoim zgniłym oddechem, nie dusił własnymi rękami, nie narzekał na brak rąk do pracy w obozach. Mordowanie ludzi było zajęciem wielu, wielkie firmy pchały się, by pomóc w oczyszczeniu świata i uskutecznieniu koszmarnej wizji niespełnionego malarza. No więc trochę więcej powściągliwości.
A naszym prawem jest bunt.
A teraz ten niewydarzony żart z podstawówki. Wiecie, Drodzy Czytelnicy, co jest szczytem bezczelności? N…ć komuś pod drzwi, zapukać i poprosić o papier. Drugi z tego cyklu jest trochę lepszy, znacznie lepszy, powiem, że nawet jest śmieszny, to szmonces. Skazany za morderstwo dokonane na własnych rodzicach, w ostatnim słowie prosi o łagodny wymiar kary, gdyż jest sierotą!
Oba dowcipy przypominają mi się za każdym razem, kiedy słyszę o budowie centrum wypędzonych w Berlinie czy gdziekolwiek. Oto naziści najechali nasz kraj, z…i go, zamordowali naszych rodziców, a teraz ich potomkowie żądają papieru. Nie proszą, a żądają, bo im się należy. Domagają się, by świat uznał ich za ofiary.
Niedoczekanie! Zgadzam się w tej sprawie z Markiem Edelmanem, także uważającym tego rodzaju żądania za szczyt bezczelności. Mówił o tym również Władysław Bartoszewski, którego nie sposób posądzić o propagowanie nienawiści: „Świadomie, demonstracyjnie powiedziałem niedawno, że my też moglibyśmy założyć centrum, które zajmowałoby historią polsko-niemiecką od roku 1772, od pierwszego rozbioru Polski, i wszystkim, co w związku z tym nastąpiło, a więc germanizacją, walką z Kościołem katolickim, losami dzieci z Wrześni, zakazem mówienia po polsku czy likwidacją polskich szkół. To nie epizody, ale okresy życia kilku pokoleń”.
W licytacji popełnionych niegodziwości nasz kraj nie przoduje. Może dlatego, że byliśmy zbyt słabi, może nie mieliśmy przywódcy w typie bruneta w ząbek czesanego.
Zdumiały mnie badania przeprowadzone u nas na temat centrum wypędzonych. Albo pytanie było źle postawione, albo jesteśmy zbyt litościwi, skoro połowa z nas uważa, że Niemcy są takimi samymi ofiarami jak my, Żydzi, Cyganie. To niepojęte, że ludzie, którzy nie potrafią się porozumieć w obrębie własnej partii, grupy, firmy, są tak wyrozumiali dla tych, którzy zadali im największy cios w historii. Może pula nienawiści wyczerpuje się na poziomie naszej codzienności, więc od święta wybaczamy, sądząc, że to nic nie kosztuje? Albo to przykład nadstawiania drugiego policzka, gdy dostało się w jeden. Może dlatego, że nigdy nie stosowałam tej zasady, zawsze chciałam oddać, i to siarczyście z lewej i z prawej, patrzę na historię inaczej.
Wygnanie wynikało z nowego rozdania kart, my opuszczaliśmy tereny wschodnie. Też nie bez winy, też mamy swoje za uszami, ale jesteśmy w tej sprawie pinczerkami przy owczarku niemieckim. Nie mam pretensji do nowych, młodych Niemców, którzy nie mają nic wspólnego z faszystami. Nigdy nie wypominałam im winy ojców, ale też nie mam nabożeństwa ani do przepraszania, ani do uznawania ich dziadków za ofiary. Zresztą oni sami ich nie rozgrzeszają.
Sam pomysł budowy pomnika wypędzonych, bo to byłby rodzaj pomnika, zawiera w sobie winę tych, co wypędzali. Naszą winę, a przecież każdy człowiek, któremu ktoś bezcześci dom, chce intruza przepędzić. Także tego, co sam nie mordował, tylko stał na czatach.
Za kilkadziesiąt lat Europejczycy zwiedzający Berlin staną przed tablicą pamiątkową i powiedzą do swoich dzieci: Polacy wypędzili biednych Niemców ze swoich domów, co to byli za okropni ludzie! Będą oglądali fotografie przestraszonych ludzi z walizami, z dziećmi przy piersi, na wozach, w pociągach… Nie będzie tam z pewnością miejsca ani na komentarz, ani też na zdjęcia z ulic Warszawy, z getta, z obozów śmierci. Jeszcze kilku uczonych zaprzeczy istnieniu holocaustu, jeszcze trochę potrwają targi o liczbę zamordowanych, sześć milionów czy cztery? A może wymordowaliśmy się sami?
Na razie niemieccy politycy nie ulegają demagogii, Joschka Fisher i kanclerz Schröder zachowują się bardzo przyzwoicie, żaden nie łasi się do nacjonalistów. Wydaje mi się, że znając swoich ziomków, rozumieją więcej. Wiedzą, że faszyzm, nacjonalizm, łaskotany w nos przez Erikę Steinbach, jest jak ten stary niedźwiedź, co mocno śpi, my się go boimy, więc go nie zbudzimy, bo jak się zerwie, to nas zje.

 

Wydanie: 37/2003

Kategorie: Felietony

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy