Trotyl

Trotyl

Wydawca „Rzeczpospolitej” wyrzucił naczelnego i autora tekstu prowokacji. Obaj szybko znajdą robotę. Przytuli ich jakaś prawdziwie polska gazeta. Gmyz, jak niegdyś Wildstein, a później Zyzak, stanie się dla „Polski smoleńskiej” kolejnym męczennikiem cierpiącym za wolność słowa.
Wojna z Rosją – choć już nie jakiś dziennikarzyna, ale lider PiS i były premier zarzucił jej „zbrodnię niesłychaną”, zamordowanie polskiego prezydenta i 95 innych osób – nie wybuchła.
Prokuratura zdementowała rewelacje o śladach trotylu na wraku. Opinia publiczna zajęła się na chwilę czymś innym. Trotyl na razie przestał być tematem numer jeden. Dziwię się Rosjanom. Ja na ich miejscu codziennie posypywałbym wrak trotylem, niech sobie Polacy wykrywają i niech się żrą między sobą. A oni poprzestali na wyśmianiu nas w gazetach. Zupełnie na wzór zachodni. Tam też nas wyśmiali.
Jest czas, by z pewnego dystansu spojrzeć na to, co się wydarzyło i co dzięki temu wydarzeniu się ujawniło.
Jaki jest stan umysłów i emocji, że jeden głupi, nieodpowiedzialny, prowokacyjny artykuł może wywołać takie skutki? Co do Gmyza, nie miałem złudzeń. Myślałem jednak, że jego naczelny jest trochę mądrzejszy i bardziej odpowiedzialny. Mniejsza o nich. Dlaczego ten jeden tekst miał taką siłę rażenia?
Dlatego że, po pierwsze, zawierał rewelacje, w które więcej niż jedna trzecia Polaków chciała uwierzyć. Potwierdzał to, co „Polska smoleńska” od dawna podejrzewała.
Po drugie, dlatego że były siły polityczne, które tylko na to czekały i natychmiast rzuciły się rządowi do gardła. Po trzecie, dlatego że władze, choć o mającym się ukazać tekście prokuratura wiedziała dzień wcześniej, przez pół dnia po jego ukazaniu się nie umiały zareagować, a w tym czasie durny artykuł z „Rzepy” był nagłaśniany przez wszystkie media, z tego większość podawała spisane w nim bzdury jako fakty, jako ustalenia prokuratorskie. Nawet występujący przed kamerami min. Graś nie zaprzeczył stanowczo tym rewelacjom, ale faktycznie je potwierdził, choć jakby z niedowierzaniem, i coś bąkał, że gdy będzie trzeba, to jeszcze się zbierze komisja Millera. Palikot domagał się w jakiejś telewizji dymisji rządu. Czy w tym czasie, czyli przez pół dnia, kiedy media i politycy szaleli, prokurator wojskowy ćwiczył przed lustrem wystąpienie na konferencji prasowej? A minister rzecznik rządu nadal nic nie wiedział?
Normalna Polska przegrywa kolejną kampanię z Polską oszalałą. Rząd i prokuratura powinny od pierwszych dni pracy komisji Millera i śledztwa prokuratury wojskowej systematycznie informować opinię publiczną o swoich działaniach i ustaleniach. Robiły to od przypadku do przypadku, zwykle po jakiejś kolejnej awanturze. Po zakończeniu pracy komisji jej raport powinien być rozkolportowany do wszystkich ośrodków akademickich, poddany ocenie naukowców i publicznej dyskusji. Na każdej politechnice powinny się odbyć konferencje członków komisji. Nie wystarczy mieć rację. Trzeba jeszcze ludzi do tej racji przekonać. Nie uczyniono tego.
Media Polski normalnej powinny w kółko powtarzać wypowiedzi specjalistów od katastrof, robić wywiady z medykami sądowymi o tym, jak po takiej katastrofie wyglądają zwłoki, jakie są problemy z ich identyfikacją, jakie badania robi się na miejscu, jakie w prosektorium, jakie pomyłki się zdarzają. Można było, aby nie ranić bliskich ofiar, ilustrować to wszystko dostępnymi dla fachowców materiałami z innych katastrof lotniczych, zagranicznych lub nawet polskich sprzed lat.
Nie robiono tego, a Polska oszalała wciąż epatowała własnymi rewelacjami, po swojemu edukowała społeczeństwo. I wyedukowała. Jak wynika z badań, 36% Polaków wierzy w zamach. I to jest fakt społeczny, z którym muszą się liczyć rządzący.
Teraz nie pomoże już nic. Żadna komisja międzynarodowa, której powołanie proponuje Aleksander Kwaśniewski. Sądzę, że były prezydent uznał, że skoro ponad jedna trzecia Polaków nie wierzy swojemu państwu, komisji rządowej i samemu rządowi oraz prokuraturze, może międzynarodowa komisja ich przekona. Nie przekona. Te 36% nie czeka na racjonalne argumenty. Te 36% wierzy, bo chce wierzyć. Bo ma głęboko zakorzenione przeświadczenie, że „ruskim wierzyć nie można”, że władzy wierzyć nie można, że Rosja jest naszym odwiecznym wrogiem… Na takim podglebiu ziarno rzucane przez Kaczyńskiego i Macierewicza wschodzi i wydaje plon.
Powołanie międzynarodowej komisji niczego nie zmieni. Co z tego, że potwierdzi ustalenia komisji Millera albo będzie jeszcze mniej wyrozumiała dla strony polskiej i jeszcze bardziej obciąży ją odpowiedzialnością za katastrofę? Dla Macierewicza będzie to tylko dowód na wszechmoc KGB, dla Rydzyka – wynik spisku światowego żydostwa, a dla abp. Michalika – potwierdzenie międzynarodowych wpływów masonerii. Komu lud uwierzy? Im czy międzynarodowej komisji?
Trotylu na pokładzie tupolewa nie było. Ale gigantyczny ładunek trotylu jest podłożony pod Polskę. Nie bardzo wiem, kto potrafi go rozbroić. Obawiam się natomiast, że wiem, kto potrafi go zdetonować.

Wydanie: 46/2012

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy