Kalisz z wozu, komu lżej?

Kalisz z wozu, komu lżej?

Z ogólnym przesłaniem wszyscy się zgadzają. A przynajmniej udają zgodę. Bo trudno polemizować z poglądem, że wielobarwna i różnorodna w zainteresowaniach lewica – jeśli chce coś znaczyć – musi ze sobą współpracować i szukać porozumienia. Tylko idąc tą drogą, polska lewica może wypracować atrakcyjną ofertę programową na szybko zbliżające się potrójne wybory. I co dla wyborców jest równie ważne – pokazać, że nie tylko ma ławkę kadrową, ale że siedzą na niej ludzie kompetentni i sprawniejsi intelektualnie i organizacyjnie od obecnej ekipy rządowej. Efekty rządów partii wodzowskich są dla Polaków na tyle rozczarowujące, że zamiast kolejnych wodzów w kolejnych partiach chcieliby zobaczyć nie jednego, ale drużynę liderów. Zobaczyć zespół ludzi, którzy mając przed sobą jeden cel strategiczny, potrafią ze sobą współpracować i po dyskusjach podejmować optymalne decyzje. Marzenie? Naiwność? Nie. To wielka szansa. Także dla co mądrzejszych polityków, którzy wiedzą przecież, jak bardzo dzisiejszy model rządzenia jest destrukcyjny, wyniszczający i tłamszący indywidualności. Ile pary idzie w gwizdek. I jak pozorowanie działań zastępuje podejmowanie decyzji i rozwiązywanie problemów. I w efekcie, jak bardzo to rządzenie jest nieefektywne i nieskuteczne.
Wystarczyło parę lat, by zużyła się energia nawet tak potężnych bytów jak kiedyś SLD, a dziś PO. Wnioski, jakie z tej sytuacji wyciągają politycy, są niestety bardzo dalekie od realizmu. A nawet wręcz samobójcze. Dominuje bowiem pogląd, że obecną przyczyną kłopotów partii jest zbyt wielka swoboda i brak wystarczającej dyscypliny we własnych szeregach. Żeby to poprawić, koniecznie trzeba jeszcze bardziej wzmocnić rolę wodza. Dla kamuflażu nazywanego liderem. Taka ocena sytuacji i takie wnioski mają równie mały sens jak leczenie szkarlatyny aspiryną.
Sądzę, że w przyszłości powodzenie planów politycznych będzie zależało od siły zespołów. Zespołów mających wielu liderów. Ludzi na tyle mądrych, że będą potrafili dla porozumienia zrobić także krok do tyłu. To elementarz w dojrzałych demokracjach. A polska moda na partie wodzowskie obnaża naszą skłonność do powierzania własnych losów w jakieś pozornie silne ręce. Widać, że ciągle bardziej wierzymy w cuda kadrowe niż w żmudną zespołową pracę organiczną.
Porozumienie lewicy, o którym wszyscy mówią i teoretycznie są za, w realu jest budowane tak, jakby scenariusz pisali satyrycy na festiwal kabaretów. Na krótko przed Kongresem Lewicy SLD doprowadził do odwołania Ryszarda Kalisza z funkcji przewodniczącego sejmowej komisji sprawiedliwości. Nie rozumiem logiki tej decyzji. Co SLD zyskał, wyrzucając Kalisza, którego kompetencje prawnicze są trudne do podważenia? Kalisza, który rzetelnie i skutecznie kierując pracą sejmowej komisji ds. zbadania okoliczności tragicznej śmierci Barbary Blidy, zasłużył sobie na szacunek wielu ludzi. Kalisza, który od lat jest uznawany przez media za bardzo profesjonalnego posła. A może nie muszę tego rozumieć, bo nie jestem skrzyżowaniem satyryka z politykiem?

Wydanie: 23/2013

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy