Ukraina – co się kończy, co zaczyna

Ukraina – co się kończy, co zaczyna

Jak oni to robią? Takie pytania stawiają mi ci czytelnicy, którzy byli ostatnio w Kijowie i widzieli Majdan, a później oglądali relacje w polskich telewizjach. Jedna wielka manipulacja. Ale by było sprawiedliwie, trzeba wskazać paru polityków i paru dziennikarzy, którzy potrafili się wyłamać z jednolitego frontu zachwytu i poparcia dla Majdanu. Poparcia wbrew faktom. Pozostałym, tym ślepym na jedno oko i głuchym, dedykuję teksty prof. Łagowskiego i redaktora Pilawskiego opublikowane tydzień temu (www.przeglad-tygodnik.pl) w naszym tygodniku. Albo artykuł Piotra Kościńskiego „Prawy Sektor atakuje koktajlem Mołotowa” w „Rzeczpospolitej”.
Nie trzeba zresztą jechać do Kijowa, by zobaczyć, jak ogromne problemy mają nasi sąsiedzi. Przecież Ukraińcami pracującymi w Polsce, głównie w szarej strefie, bez ubezpieczenia i za grosze, można by wypełnić parę Majdanów. I jakoś nie słyszałem, by po tych paru tygodniach medialnej hipokryzji i potoku słów zachwytu nad Majdanem coś się poprawiło w życiu „naszych” Ukraińców. Czy ich rodzin, którym wysyłamy koce i leki na przeziębienie. Za te kabotyńskie gesty i miny, a i za zagrzewanie do walki nacjonalistów i banderowców jeszcze zapłacimy. Na razie nasi wycieczkowicze na Majdan dziwią się. Dziwią się, że próba obalenia legalnej władzy przez zamaskowanych demonstrantów używających koktajli Mołotowa, pałek i wyrzutni kamieni, nazywana przez polskie media pokojowym zrywem wolnościowym, nie spotkała się ze zrozumieniem w państwach Unii Europejskiej. By lepiej ogarnąć hipokryzję tych ocen, trzeba przypomnieć, że właśnie teraz toczy się u nas debata nad projektem ustawy prezydenckiej wprowadzającej zakaz zasłaniania twarzy podczas zgromadzeń. Na razie większość parlamentarna w Polsce chce, by na takie zasłanianie twarzy trzeba było mieć zgodę władz. U nas chcemy takiego prawa, a w przypadku Ukrainy nie mamy cienia szacunku dla standardów.
Największy problem na Ukrainie to dziś nie kwestie wolności, ale ogromna i powszechna korupcja, a przede wszystkim bieda. Najniższe płace w Europie, ze średnią 3300 hrywien, czyli 1200 zł, nakładają się na ceny podstawowych artykułów dwa razy wyższe niż w Polsce. A na dodatek pensje wypłacane są nieregularnie, bo przy wielkim bezrobociu ukraiński kapitalizm jest dziki w najbardziej dosłownym znaczeniu.
Ukraińcy nie przyjeżdżają do Polski, by odetchnąć wolnością, bo i u siebie mogą wykrzyczeć, co myślą o złodziejskich rządach pomarańczowych, czyli Juszczenki i Tymoszenko, i niebieskich, czyli Janukowycza. Na Majdanie w migawkach telewizyjnych Ukraińcy rozpoznali już niejednego złodzieja. A pewnie mikroskopu by trzeba do odróżnienia korupcji Partii Regionów Janukowycza od korupcji Batkwiszczyny Tymoszenko. Powiązania i interesy nowych elit politycznych i biznesowych Ukrainy są dla obserwatorów z zewnątrz kompletnie nieczytelne. Tym mądrzej trzeba więc reagować na bieg wydarzeń u naszego wschodniego sąsiada, bez ryzyka można natomiast napisać, że nie mają dużych szans powodzenia próby wyrwania Ukrainy spod wpływów Rosji. Podobnie zresztą jak nie mają szans próby blokowania aspiracji europejskich narodu ukraińskiego. Tyle że procesy społeczne to ciąg kompromisów i ucierania się poglądów. Coś się na Ukrainie kończy i to łatwiej opisać. Ale co się zaczyna?

Wydanie: 6/2014

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy