Żegnaj, panie Aleksandrze

Tak chyba powinienem powiedzieć, rozstając się z człowiekiem, którego znałem od lat kilkudziesięciu, a przez ładnych kilka lat sąsiadowaliśmy ze sobą jako felietonowy dwugłos, najpierw w „Wiadomościach Kulturalnych”, a potem w „Przeglądzie”.
Śmierć Aleksandra Małachowskiego nie jest wstrząsem, jest raczej koleją losu. Myślę, że go nie zaskoczyła, nie dopadła znienacka, nie powaliła w połowie gestu. Wiedział, że nadchodzi, że przyjdzie, mówił o niej często i pisał, w ostatnich latach coraz częściej przybierał postać dostojnego starca, dla którego śmierć nie jest zdziwieniem, lecz faktem oczywistym, zamknięciem, może nawet uwolnieniem od trosk, których dostarcza życie.
Miał do śmierci stosunek godny, ponieważ był człowiekiem serio.
Człowiekiem serio, dodajmy, wśród panoszącego się wokół błazeństwa. Kto czytał – a czytali je przecież wszyscy – jego felietony z ostatnich lat, ten musiał zapamiętać ów ton przygnębienia, żeby nie powiedzieć rozpaczy, na widok pleniącej się bezkarnie prywaty, małoduszności, cwaniactwa, ślepoty wobec faktów oczywistych, przede wszystkim zaś krótkowzroczności, karlej czy mysiej perspektywy, które otaczały go zewsząd, także w miejscu, gdzie przebywał ostatnio najczęściej, a więc w Sejmie Rzeczypospolitej. Niektórzy odczytywali w tych jego gorzkich tekstach przesadny styl kazania, nadmiernego patosu, natrętnego moralitetu, a więc ton „staroświecki” , niestosowny do naszych pragmatycznych, elektronicznych czasów.
Ale z perspektywy, z jakiej patrzył także na naszą rzeczywistość Aleksander Małachowski, człowiek serio, wyglądało to wszystko inaczej i chyba prawdziwej. Była to bez wątpienia perspektywa podwójna, zarówno historyczna, jak i osobista. Nie sposób bowiem nosząc nazwisko marszałka Sejmu Wielkiego, grzebać się tylko, jak czyni to wielu, w doraźnych gierkach, aferkach, psikusach, a nie widzieć wymiaru bardziej ogólnego.
Sejm Wielki, owoc także rodzinnego współdziałania Małachowskich, jest ciągle jeszcze nie do końca zrozumianym ostrzeżeniem. Oto bowiem z chaosu i mizerii rozpadającej się Rzeczypospolitej szlacheckiej wyłania się wówczas nagle grono ludzi, których stać na jeden z najświatlejszych dokumentów konstytucyjnych owych czasów, ale nie stać ich już na to, aby ten dokument obronić, wcielić w życie, utrwalić. Przeciwnie – po podniesieniu się na moment narodowego ducha następuje jego ostateczny upadek, razem z upadkiem państwa.
Jestem niemal pewien, że Aleksander Małachowski przez tę właśnie przeklętą perspektywę widział wydarzenia, w których uczestniczył i które współtworzył. Zryw pierwszej „Solidarności” – a stale podkreślał, że chodzi mu o tę pierwszą, idealizowaną zresztą nieco „Solidarność”, która zasiadła przy Okrągłym Stole, nie zaś o jej późniejsze, żałosne wcielenia – był dla niego olśniewającą iluminacją, po której błyskawicznie nieomal rozpoczęły się upadek, rozkład, prywata, a więc to wszystko, co potępiał i nad czym rozpaczał. Z perspektywy, z jakiej patrzył, Sejm, Senat, Rzeczpospolita, prezydent, rząd, nie były zużytymi znakami, którymi obraca się lekko w codziennej sieczce gier i wydarzeń. Miały lub powinny mieć swoją wagę. Być serio. Czy poprzez deprecjację tych wartości widział także ciąg dalszy? Owszem, wspominał o tym czasami…
Był człowiekiem serio w swoim własnym życiu. Zamieniony jako dziecko w syberyjskiego „lesoruba” głównie z racji nazwiska, które nosił, wrócił do kraju, który nie miał przecież, z tego samego powodu, być krajem jego i jego klasy. Ale w tym kraju rozdawano ziemię, żeby wydobyć chłopów z dziedziczonej od wieków nędzy, byli tu też ludzie, którzy usuwali gruzy, budowali fabryki, zakładali wyższe uczelnie. Ludzie zacni. Przymiotnik „zacny”, rozdawany niekiedy także na wyrost, bardzo często powtarzał się w tekstach Małachowskiego, ponieważ w tej zacności bezinteresownej, apolitycznej i ludzkiej pokładał swoje nadzieje.
Mało kto już pamięta dzisiaj niesłychany dokument literacki, który przed laty, chyba w latach 60., stworzył Aleksander Małachowski. Była to jego reporterska „Podróż po Polsce”. Małachowski, wówczas zwalisty osiłek, zjechał Polskę wzdłuż i wszerz na swoim motocyklu – tym motocyklem podróżował podobno nawet po Afryce – opisując kraj niesłychany, złożony z wysiłków upartych jednostek i surrealistycznego nonsensu, kładzionych mozolnie fundamentów i potiomkinowskich wiosek, rzetelnych karier mądrych prostych ludzi i dojmującej krzywdy. Nie był ślepy, nie był uprzedzony, widział jedno i drugie, jeszcze nie tak dawno ze swojego zbudowanego własnymi rękami mazurskiego Domu pod Ptakami pisał o niegdysiejszym wielkim awansie swoich chłopskich sąsiadów, który ku jego zgrozie zdławiła III Rzeczpospolita.
W ostatnich latach PRL-u stał się także głosem z dna nędzy i poniżenia. Jego robione w telewizji wraz z Haliną Miroszową nocne rozmowy pokazywały świat opuszczonych, chorych, skrzywdzonych, samotnych nie po to – jak czyni się to często – aby korzystać z „malowniczości nędzy”, ale żeby budzić ludzką solidarność i wydzierać ludzką pomoc. Bardzo serio potraktował wyraz „solidarność”, rozumiejąc coraz dokładniej, że nie da się jej uruchomić naprawdę bez potrząśnięcia systemem, który ją tłumił. Stąd jego głębokie zaangażowanie w ruch „Solidarności” , pierwszej „Solidarności”, której legendę pielęgnował do końca.
Mógł być ze swoim życiorysem beneficjantem III Rzeczypospolitej, obsypywanym zaszczytami i pieniędzmi, sadzanym na świeczniku, byleby tylko nie za bardzo się na nim ruszał i nie za wiele widział. Ale do tego właśnie się nie nadawał, był na to nazbyt serio. Ziemianin, zesłaniec i internowany znalazł się w lewicowej partii, stając się nie tylko wśród swoich familijnych znajomych, ale też i dawnych kolegów, a również nowych przytomniaków, którzy wiedzą, gdzie stoją konfitury, przedmiotem skrywanych żarcików i złośliwości. Że patetyczny. Że emocjonalny. Że naiwny. Że niedzisiejszy.
Wszystko to prawda. Na każde z tych określeń zapracował sobie ciężkim trudem, mądrością i odwagą. Wraz z jego odejściem pustoszeje miejsce po człowieku, który patetycznie potrafił się przejąć losem Polski, który emocjonalnie umiał podejść do ludzkiej krzywdy, którzy naiwnie wierzył w zacność ludzi, który w niedzisiejszy sposób widział Polskę jako zbiorowy obowiązek, któremu nie potrafimy sprostać.
Żegnaj, panie Aleksandrze. Odpocznij.

 

 

Wydanie: 6/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy