Ja internacjonał, kosmopolit

Ja internacjonał, kosmopolit

Z niejakim wzruszeniem, kiedy już wyciszyłem zjadliwy chichot, przeczytałem ostatnio coś w rodzaju lamentacji tożsamościowych dwóch nietuzinkowych autorów Onetu, Witolda Jurasza i Janusza Schwertnera. Kilka słów, które kreślę, to nie jest żadna tam polemika, tym bardziej merytoryczna, bo w wypadku tekstu o niezaspokojonych tęsknotach do bycia Polakiem i człowiekiem Zachodu można tylko rozłożyć z bezradności ręce, złapać się potem nimi za głowę, obrócić wokół własnej osi i na koniec hołubca (takiego wschodniego) wyciąć. Bo co tu można rzec? Bycie Polakiem, to – jakkolwiek się zastrzegać – nacjonalistyczne odchylenie. Ale być może na taką świadomość jesteśmy skazani. Co miałoby znaczyć bycie człowiekiem Zachodu? Nie wiadomo. W samym tekście główną tezą jest to, że PiS, wbrew konserwatywnym regułom i ideałom, swoimi ekscesami przepycha Polskę na Wschód.

Zajmę się jednak tym mitycznym, wymarzonym światem Zachodu, ziemią obiecaną, na którą wedle autorów Polacy po prostu zasługują, wszak tekst nosi znamienny tytuł „Stańmy się w końcu Zachodem”. Którym Zachodem? Europejskim? A jeśli tak, to którym? Brytyjskim czy portugalskim? Niemieckim czy greckim? Francuskim czy hiszpańskim? A może włoskim lub amerykańskim? Kanadyjskim czy australijskim? Z tekstu się nie dowiemy, bo po sześciu latach rządów PiS autorzy z legendarnej pozycji rozgrywającego środkowego, co to ani tu, ani tam („Nie interesują nas debaty pomiędzy postrzegającymi bycie Polakiem jako coś lepszego niż bycie człowiekiem Zachodu – i dla odmiany tymi, którzy się swej polskości wstydzą”), wypisują wypisane po stokroć przewiny partii rządzącej, które nie umożliwiają stworzenia prawdziwej konserwatywnej Polski, rozumianej jako silne (Siła! Siła! Narodowa siła!) państwo. Mamy więc kluczowe pojęcie, które nie wiadomo co znaczy. Tak z marzeniami bywa.

W tekście jest pisana cepem dychotomia: „Albo jest się na Wschodzie, albo na Zachodzie. Trzeciej drogi nie ma”. Postthatcherowskiej lekcji, że trzecich dróg jest zawsze najwięcej – autorzy nie odrobili. Argumentem jest to, że tysiąc kilometrów od polskiej granicy jest wojna (Ukraina-Rosja). No cóż, to Zachód, a właściwie jego amerykańska dominanta, wpędził Polskę w bezsensowną, bezzasadną i okrutną wojnę w Iraku i w Afganistanie. Za co i po co ginęli tam żołnierze znad Wisły – nie wie nikt. Rozliczenia całej klasy politycznej za gościnność dla bandytów z CIA torturujących porwanych więźniów w swoim tajnym więzieniu nie było, nie ma i nie zanosi się. To tyle, ile idzie o argument z gdzieś toczącej się wojny.

Jurasz i Schwertner dzielą się duchowym (płynie z duszy) przekonaniem, że ich tęsknoty podziela wielu Polaków. Jak wielu, na jakim polu, skąd to wiedzą? Nie dowiemy się. Ale tak to już jest z własnymi projekcjami. Jesteśmy przekonani, że nasze jest powszechne, że nasze jest oczywiste, naturalne, racjonalne.

Najdziwniejsze w tym rozumowaniu wydaje mi się przekonanie, że to Polacy decydują o tym, czy są Zachodem, czy nie. To nawet nie śmieszne, to infantylne. Jesteśmy sporawym rynkiem zbytu dla wytwarzanych w dalekiej Azji zachodnich produktów, w coraz mniejszym stopniu jesteśmy tanią siłą roboczą, ale – co najważniejsze – od stuleci jesteśmy buforem w zamrażanej i odmrażanej zimnej wojnie Ameryki z Rosją, choć tak jak podstawowym podziałem świata jest dziś oś biedne Południe-bogata Północ, a nie żaden Wschód-Zachód, tak głównym motorem światowych naprężeń jest powolna, acz nieuchronna abdykacja imperium USA na rzecz potęgi Chin. Co ma do tego polska duma z poczucia bycia Zachodem?

Na początku drugiej dekady XXI w. to już tylko co najwyżej honorowy udział w historycznej klęsce. Ale akurat klęski zawsze darzyliśmy sporym uczuciem.

Jest oczywiście inny Zachód, za którym i ja niekiedy tęsknię. W ostatnich dniach jego uosobieniem były dla mnie wypowiedzi urodzonej na Sri Lance Kamzy Gunaratnam, wiceburmistrzyni Oslo, która przeżyła masakrę Breivika na wyspie Utøya. Jej pogląd jest wyrazisty: musimy się angażować w zmiany, bo życie społeczne nie jest jakąś baśnią o Zachodzie czy innym raju, jest walką z konkretnymi zagrożeniami i wykluczeniami. I nie jest tak, jak to sobie ustawiają autorzy Onetu, że najlepiej być w jakimś tajemniczym „pośrodku”, poza tymi strasznymi skrajnościami.

Breivik chciał silnego państwa, chrześcijańskiej, tradycyjnej, białej Europy. Innego świata chciała i chce Gunaratnam, do której strzelał. I to ona jest nadzieją na lepszy świat, a nie żaden Zachód. Jak to pisał Antoni Słonimski?

 

Ten, co o własnym kraju zapomina
Na wieść, jak krwią opływa naród czeski,
Bratem się czuje Jugosłowianina,
Norwegiem, kiedy cierpi lud norweski,

 

Z matką żydowską nad pobite syny
Schyla się, ręce załamując żalem,
Gdy Moskal pada – czuje się Moskalem,
Z Ukraińcami płacze Ukrainy,

 

Ten, który wszystkim serce swe otwiera,
Francuzem jest, gdy Francja cierpi, Grekiem –
Gdy naród grecki z głodu obumiera,
ten jest z ojczyzny mojej. Jest człowiekiem.

 

O takim Zachodzie w tekście „Stańmy się w końcu Zachodem” nie przeczytamy. Cóż, każdemu wolno marzyć.

r.kurkiewicz@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 24/2021

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy