Jestem silną babą

Jestem silną babą

Bardzo mnie niepokoi, że Stary Teatr został wzięty pod lupę. Dlaczego ktoś miał weryfikować nasze spektakle?!

Marta Ścisłowicz – aktorka Starego Teatru w Krakowie, publiczności telewizyjnej znana m.in. z ról w serialach „Strażacy” (TVP 1) i „Lekarze” (TVN).

„Ciągły ruch. Bezpośredni kontakt. Kontrola. Dyscyplina. Przekraczanie wszelkich ograniczeń. Brak oporów. Podejmowanie ryzyka. Wyraźny cel. Przejrzysty projekt. Żadnych kompromisów. (…) Żadnej dla siebie litości. Żadnego respektu dla cudzych kodeksów. Idealny człowiek bierze siebie w swoje ręce. Idealny człowiek nie podlega żadnym frakcjom. Idealny człowiek nie podlega konfliktom tragicznym. Idealny człowiek zarządza żądzą. Dobrze?”. To otwierający twoją stronę internetową cytat z „Carycy Katarzyny” wystawianej w Kielcach. Twój manifest?
– Tak. Chciałam uciec od banału: urodziłam się, uczyłam się… życiorysik, który nic o mnie nie mówi. A ten fragment mówi! Chciałabym, żeby to była definicja nie tylko mojego aktorstwa, ale i mnie samej, bo właściwie ciągle nie wiem, gdzie jest granica między aktorstwem a moim życiem – na pewno jest to dla mnie bardzo cienka linia. Życie też trochę traktuję może nie jak teatr, ale jak sztukę. Ciągle staram się nadawać mu jakość.
W „Carycy Katarzynie” byłaś, powiedzmy, naga. Namawiałaś, a nawet zmuszałaś widzów, żeby włożyli rękę za „kurtynkę” i dotknęli twoich piersi.
– Zgodziłam się na to, bo tematem spektaklu jest ciało, władza; kariera, którą robiła caryca Katarzyna II. Zdobywała władzę, używając ciała. Trzeba więc było potraktować ciało jak język tej sztuki, narzędzie. Ciało jest przecież jednym ze środków aktorskich. A scena z „kurtynką” przedstawia zdobywanie przez Katarzynę władzy – równocześnie pozyskiwanie publiczności przez aktorkę – ciałem. Wszystko zanurzone w temacie.
Gdyby „Playboy”, który już nie publikuje aktów, działał po staremu, zgodziłabyś się na rozbieraną sesję?
– Chyba nie. Po co? O „Carycy” było dość głośno – nie chciałabym być kojarzona wyłącznie z tym środkiem wyrazu. Jeśli się rozbierać, to po coś.
Więc serial „Strażacy” jest dla ciebie idealny? Ubrana jesteś po czubek nosa.
– To prawda. Może nie zawsze do końca. W pierwszym sezonie była scena erotyczna…
Szefujesz w „Strażakach” pięciu facetom. Testosteron buzuje. Jak się czułaś wśród samych chłopaków?
– Fantastycznie! Chyba również dlatego, że – mam wrażenie – jest we mnie pierwiastek siły i niezależności. Co zresztą bardzo w sobie lubię.
Na pewno cię podrywali.
– Ale ja ich też! To był taki rodzaj wzajemnego nakręcania się, gry. Uwielbiam flirt, co nie znaczy, że w życiu prywatnym zdarza mi się przekraczać granicę – tej akurat linii przekroczyć nie chcę. To mi się zdarza wyłącznie na scenie czy przed kamerą i tylko wtedy, kiedy służy sztuce.
To twoja pierwsza główna rola w filmie. Cieszysz się na myśl o popularności?
– Przedtem rzadziej mnie rozpoznawano na ulicy i odczułam tę różnicę. To bywa fajne, choć nie zawsze. Ale jest wpisane w mój zawód. Do tej pory nie miałam z tego powodu kłopotów, może raz ktoś za mną łaził, ale to bardziej miało związek z teatrem. Bo praca w teatrze też może być powodem stalkingu, teatr przyciąga także oszołomów. Szczególnie gdy się gra takie role jak ja ostatnio – kiedy publiczność nie do końca wie, czy to postać, którą gram, czy ja – Marta. Ludzie często ulegają tej iluzji, gubią rzeczywistość.
Nie wierzę, spotykasz się ze stalkerami?
– To był jeden przypadek. Spotykam się z widzami, którzy o to zabiegają i czasem to bywa bardzo miłe. Mówią: niech pani taka zostanie, oglądamy panią, lubimy panią. Mam też frajdę z fanpage’u na Facebooku. Widzowie piszą do mnie mejle, komentują to, co robię na scenie czy przed kamerą. Informacja zwrotna jest dla mnie ważna. Widz przestaje być wtedy abstrakcją. Przecież trudno sobie wyobrazić dwumilionową publiczność. Ten dialog z widzami dodaje mi sił. Często ktoś miło zagada w sklepie, na ulicy czy w teatrze, kiedy siedzę na widowni.
Fajnie, że chce ci się z widzami rozmawiać.
– Po to zostałam aktorką, żeby być w kontakcie z ludźmi. Zwłaszcza jeśli się zdecydowałam grać w serialu, to do czegoś zobowiązuje.
Zdecydowałaś się na serial ze względu na popularność czy pieniądze?
– Nie oszukujmy się, przy serialach zawsze jest argument ekonomiczny. Ale ze „Strażaków” ucieszyłam się przede wszystkim dlatego, że czułam szansę na przygodę. A liźnięcie przez sekundę tego, co może się dziać, gdy szaleje ogień, jest totalną przygodą. Oczywiście liczy się też przygoda aktorska – superkoledzy, superaktorzy, superekipa. No i postać skomplikowanej Magdy, która przełamuje stereotyp i funkcjonuje samotnie w męskim świecie.
Jesteś dziewczyną ze Śląska, z Tychów. Ślązacy są raczej praktyczni, poukładani, punktualni. Skąd szaleństwo, żeby zostać aktorką?
– O, czuję tę śląskość bardzo mocno w sobie! Taki mocny konkret. Jestem bardzo poukładana. Wszystko mam w odpowiednich przegródkach. Byłam tak wychowywana! Co mi zresztą dziś ogromnie pomaga, umiem sobie dobrze zorganizować życie. Ale od najmłodszych lat uciekałam też w kolor, w jakąś magię… Może mam w sobie rodzaj uporządkowanego chaosu? Tak jak się mówi, ile jest procent talentu, a ile pracy, można zapytać, ile procent szaleństwa, a ile poukładania.
W domu mówiłaś po śląsku?
– Nie, rodzice przyjechali do Tychów po studiach. Jesteśmy napływowi. Ale kocham tę śląską mowę, to takie bardzo moje.
A rozpoznajesz zapach Śląska?
– Pewnie, że tak. Jest specyficzny. Podobnie jak krajobraz. Ilekroć tam przyjeżdżam, czuję, że jestem u siebie. Choć kocham też Warszawę, jej energię i możliwości, których jest mnóstwo. Tu jest taki rodzaj fajnego pędu, któremu można się poddać, jeśli się chce. Albo z niego się wycofać.
Ty się raczej nie wycofujesz. Oglądałaś ostatnio coś ekscytującego?
– W związku z tym, że w Starym Teatrze w Krakowie przygotowujemy teraz spektakl o uchodźcach, „Podopiecznych” Elfriede Jelinek, obejrzałam np. francuski film „Imigranci”. Wiadomo, że perspektywa się wyostrza na temat, którym aktualnie się zajmujesz. Przygotowanie spektaklu jest pracą, ale również sposobem na życie i rozwój osobisty. Bardzo ekscytujący okazał się także spektakl „Każdy dostanie to, w co wierzy” na motywach „Mistrza i Małgorzaty” w warszawskim Teatrze Powszechnym. Wracam też do Andrzeja Żuławskiego…
Komplementy i nagrody cię nie rozmiękczają, nie zatrzymują twojego rozwoju? Na przykład Paszport „Polityki” sprzed dwóch lat dla sztuki, w której grałaś główną rolę? Dbasz o to?
– Cieszę się z nagród, ale one zobowiązują. Mam 32 lata i chciałabym przynajmniej jeszcze 30-40 być na scenie. Perspektywa jest długa, a praca sprawia, że człowiek galopuje. Nagrody i uznanie są raczej wynikiem tej pracy.
Jesteś w związku z aktorem Piotrem Żurawskim (zagrał m.in. Moryca Bluma, przyjaciela bohatera serialu „Bodo” – przyp. red.). O małżeństwie na razie nie myślicie?
– Małżeństwo mnie nie pociąga i nie jest mi do niczego potrzebne. W czym innym odnajduję siłę. I nasze „my” z Piotrem jest gdzie indziej silne. Poza tym nie jestem pewna, czy coś w tym naszym świecie jest na zawsze. Możemy na to się umówić, tylko pytanie, czy rzeczywiście tak będzie. Myślę, że to w wielkim stopniu zależy od pracy nad sobą nawzajem. Ja się zmieniam, Piotrek też. Pytanie, czy w tym zmienianiu się gdzieś się znajdziemy.
A zazdrość? Wyścig? Rywalizacja? Kto dalej zaszedł? Kto dostał rolę? To nie tworzy przepaści w artystycznym związku?
– Tak, to niebezpieczne, chociaż nie jesteśmy dla siebie konkurencją. Mam wiele przyjaciółek aktorek. Jeśli jest zazdrość, to raczej pozytywna: fajnie, że ktoś coś dostał, że jemu lub jej się udało. Naprawdę potrafię się cieszyć sukcesami Piotrka i koleżanek. Przyjaźnię się z kilkoma dziewczynami po fachu, rozmawiamy często, co jeszcze można zrobić z daną rolą, radzimy się siebie. Bardzo chcę zagrać jakąś rolę, więc pytam np. Anitę Sokołowską: jak myślisz, co mogłabym jeszcze zrobić, żeby ją dostać? Którą agencję aktorską wybrać? O takich sprawach można z zaufanymi osobami porozmawiać. Robimy sobie bilans plusów i minusów. To tematy, które mielimy.
Jaki był twój dom?
– Raczej lewicujący. Ale we mnie to się zrodziło z czasem. Chodzenie do kościoła co niedzielę, komunia itd. – to wszystko jako dziecko robiłam, choć nie było tego w moim domu. Rodzice chyba chcieli, żebym po prostu miała wybór. Albo z przyzwyczajenia ulegali schematowi. Dzisiaj myślę, że to był taki mój pierwszy teatr. Czytałam psalmy i takie tam… Bardzo szybko się okazało, że cała ta sfera naszego życia jest udawana. Dziś wiem, że dla wielu Polaków jest tylko maską. U nas wynikała bardziej z tradycji, nawyku niż z potrzeby. Rodzice nie przestrzegali tych stereotypowych nawyków i ja też szybko je zweryfikowałam. O moją komunię zadbali, ale odkąd mogłam sama stanowić o sobie, słyszałam: „Dziecko, to jest twój wybór, zrobisz, jak zechcesz”. Szybko odkryłam, że moja duchowość niekoniecznie jest związana z religią chrześcijańską… Gdybym miała dziś powiedzieć, w co wierzę, powiedziałabym, że w człowieka i – jakkolwiek naiwnie by to zabrzmiało – w miłość. To absolutna podstawa i już nie potrzeba nic więcej. Taka wiara jest ratunkiem na wszystko.
I taka wiara nigdy cię nie rozczarowała, nikt cię nie zawiódł?
– To jest wpisane w życie: i zawiodła, i rozczarowała. Ale wszelkie rozczarowania i zawody wynikają z tego, że czegoś czasami nie umiemy. Nie potrafimy sprostać.
Marta, skąd w tobie tyle niezależności?
– Tak zostałam wychowana. Miałam zawsze sobie radzić sama. Mam być niezależna od faceta, i psychicznie i ekonomicznie. I taka jestem. Jestem silną babą. Co oczywiście czasami mi przeszkadza.
Nie wiem, czy mężczyźni to lubią.
– No właśnie! Jeśli facet jest słaby, na pewno tego nie lubi. Jeśli nie ma wtłuczone w dzieciństwie, że ma być silniejszy od kobiety, to nie ma z tym problemu. To stereotypy, których nie znoszę. W moim domu nie było też stereotypu nagości. Nikt nerwowo nie zamykał się w łazience, nie było zasłaniania okien. Gdy przygotowywałam się do roli w „Carycy Katarzynie”, bardzo mi to pomogło. Dziwi mnie, że w naszym kraju nagość jest tabu – a wciąż jest, jak się okazuje.
Czy w twoim domu rozmawiało się o polityce?
– Niewiele. Natomiast było jasne, że zawsze warto stawiać na samodzielne myślenie i mieć otwartą głowę. Dziś bardzo mi to procentuje.
Denerwują cię podziały tak wyraźnie zarysowane teraz w Polsce?
– Gdy widzę, co się dzieje w kulturze, wściekam się. To wszystko przecież pachnie cenzurą i zamkniętym umysłem! I jeśli słyszę o podziale na lepszych i gorszych obywateli, nie wiem, czy się śmiać, czy płakać. Tak, denerwuje mnie to.
Władze resortu kultury zażądały od Starego Teatru, w którym jesteś na etacie, zarejestrowanych spektakli z repertuaru, prawdopodobnie dlatego, że awangardowa twórczość Jana Klaty jest krytykowana jako „antynarodowa”.
– Bardzo mnie niepokoi, że Stary Teatr został wzięty pod lupę. Byłam przerażona i wkurwiona. Co za minister, który nie wie, co się dzieje w jednym z ważniejszych teatrów w Polsce? Poza tym co to za forma? Nie można było przyjechać i obejrzeć tych spektakli? A w ogóle dlaczego ktoś miał nasze spektakle weryfikować?! Sam pomysł był absurdalny. Jan Klata, który od początku budził kontrowersje na prawicy, został wzięty na widelec. Przez moment nie było wiadomo, czy zostanie w teatrze do końca kontraktu.
Czułaś się zagrożona?
– Ja jestem niezależna – mogę pracować tu albo gdzie indziej, nie obawiałam się, że stracę pracę. Obawiałam się o teatr, o nas. Czy przypadkiem za chwilę wszyscy artyści nie będą poddani presji ekonomicznej. Dostajemy dofinansowanie z publicznych pieniędzy. Kto i na jakiej podstawie miałby to weryfikować? Czy w ogóle sztuka jest czymś, co może podlegać weryfikacji? A nie tak dawno minister Gliński przyjechał na premierę „Płatonowa” i powiedział, że… to nie jego filiżanka herbaty, że spektakl momentami nużący, choć chwilami świetne dialogi.
Może każdy ma prawo do swojej oceny?
– Szanuję prywatną opinię. Ale na jakim poziomie jest ta rozmowa? Potencjał przecież jest w różnorodności! Kiedy blokuje się artystom możliwość poszukiwań, to co zostaje? Churchill nakłaniany do cięć w kulturze odpowiadał: „Czego będziemy wtedy bronić, o co walczyć?”. To mnie w wielkim stopniu dotyczy, bo to mój kawałek ogródka. Nie jestem histeryczką. Myślę tylko, że od nas wszystkich wymaga się teraz uważności na to, co się dzieje.
Dobrze więc, że o tym mówimy. A nie boisz się, że to twoje gadanie może komuś się nie spodobać?
– Tak. Ale też nie mam złudzeń, że będę się podobać wszystkim. Wyobraź sobie, że reżyser przychodzi do dyrektora i mówi, że chciałby zrobić sztukę o strukturze władzy. I co? Dyrektor miałby się poddać cenzurze w swojej głowie? Czy powinien być wierny sobie, temu, że robi sztukę o tym, co go boli, co go dotyka? Przecież nie jest tak, że trzeba się opowiedzieć w takim spektaklu po którejś ze stron sceny politycznej! Na scenie nie mówię o swoich poglądach i mówić nie chcę. Bardziej mnie interesuje w tym wszystkim kondycja człowieka w zetknięciu z danym problemem. Nie mam złudzeń – widownia i moi koledzy po fachu mają przecież i mogą mieć różne od moich poglądy polityczne. I mają do tego prawo. Ale to nie wyklucza owocnego spotkania się na scenie czy przed kamerą! Nie dajmy się zwariować! Czy w naszej tzw. misji – jakkolwiek patetycznie to zabrzmi – nie powinno dojść do nakłuwania tych baniek? Może to jest naszym obowiązkiem?
Tak jak je nakłuwał Krzysztof Mieszkowski w Teatrze Polskim we Wrocławiu?
– Krzysiek pięknie walczy o wolność w teatrze.
Chodzisz na manifestacje KOD?
– Nie chodziłam, bo zawsze coś było – albo pracowałam, albo wyjeżdżałam. Ale mam impuls – trzeba tam być. Trzeba iść. Pójdę.
Producenci seriali zakazywali aktorom uczestnictwa, bojąc się o los produkcji.
– Agnieszka Holland też ostrzegała, a wiadomo, jakie ma poglądy i jaką jest artystką: „Nie idźcie na manifestację, bo nie będziecie mieć pracy”. Kiedy rozmowa wchodzi na poziom lęku, zastraszania, jest rozmową poniżej moich oczekiwań. Szanuję wszystkie opcje polityczne. Nie mają dla mnie znaczenia poglądy, orientacja seksualna, rasa, jest we mnie ocean tolerancji – przynajmniej tak chciałabym o sobie myśleć, bo przecież tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono – ale jeśli wchodzimy na poziom rozmowy pod pręgierzem strachu, lęku, czy coś mi się opłaci, czy nie, robi się to żenujące. Oczywiście każdy ten lęk ma z tyłu głowy. Do tego muszę się przyznać.

Wydanie: 12/2016

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy