Jeszcze rok w błogim analfabetyzmie

Jeszcze rok w błogim analfabetyzmie

Słyszałem w Ameryce, że polska grupa etniczna w USA należy do najmniej wykształconych wśród przybyszy z Europy. Popularne polish jokes mówią to samo innymi słowami. Również na Litwie, jak mówił mi pewien profesor z wileńskiego uniwersytetu, Polacy najmniej się garną do nauki i ogólnie biorąc, na prowincji wyróżniają się ciemnotą. Nie chciałbym być łatwowierny i jestem otwarty na sprostowania.
Przeciwnicy posyłania dzieci do szkoły w wieku lat sześciu w żadnym kraju tak się nie zmobilizowali jak w Polsce. Uważają oni, że Polak z urodzenia jest tak zdolny, że opóźnienie jednego roku nadrobi później z łatwością. Jednak przeważnie nie nadrabia. Będzie tylko mówił, że Żydzi zajmują lepsze stanowiska, ponieważ są w zmowie.
W czasie wojny pojawiła się we wsi pewna pani z Warszawy, z kilkuletnim dzieckiem, nawiasem mówiąc podobno tak ładnym, że trudno było od razu zgadnąć chłopiec to czy dziewczynka. Zaproponowała ona sąsiadowi uczenie jego chłopców języka francuskiego w zamian za mleko i kartofle. Rolnik był bardzo za nauką języka obcego, ale niemieckiego, bo francuski był niepraktyczny, przydać się może nie wiadomo kiedy, a niemiecki potrzebny jest już. Pani niemieckiego „nie umiała”. Synowie rolnika wyrośli na wybitnych traktorzystów.
Właściciele domku, w którym pani przygodnie zamieszkała, przebywali w tym czasie w Niemczech, dokąd zostali wywiezieni na roboty przymusowe. Było ich czworo. Chłopcy szybko przyswajali sobie niemiecki bez uczenia się, jak to bywa w tym wieku. Rodzina nie trafiła źle, nie marzli, nie byli głodni, a że umorusani, to tym lepiej, bo matka była Żydówką, a chłopcy wśród czystych też mogliby budzić podejrzenia. W tej samej miejscowości, również na robotach przymusowych, było paru Francuzów (a może jeden, mniejsza o to). Sabina – tak miała spolszczone imię – posyłała chłopców do Francuzów na pozór bez celu, a właściwie żeby posłuchali francuskiej mowy i sobie ją przyswajali. Posyłała zgłodniałemu Francuzowi – albo Francuzom – czasem kilka jabłek, czasem kawał chleba, co nie było dozwolone.
Przed wojną Sabina zakochała się w chłopcu katoliku, a chłopiec w niej. I właściwie została porwana. Ponieważ on nie mógł zostać Żydem, ona – ku straszliwej rozpaczy swojej matki – musiała zostać katoliczką. On umiał wszystkie rzemiosła, jakie potrzebne mu były do życia, ona umiała więcej, niż było jej potrzebne. Chłopi bardzo ją szanowali i bywało, że w stosunkach z urzędem zasięgali jej rady. Po wojnie w Chicago ani jego rzemiosła, ani jej umiejętność pisania podań nikomu nie były potrzebne. Jedyną ważną treścią ich życia było dać wykształcenie synom. Jeden jest bogatym lekarzem w Teksasie, drugi zamożnym inżynierem w Chicago. Opowiedziałem tę małą historię, ponieważ gdy mnie ją opowiedziano, zobaczyłem w niej głębsze dno w zwyczajnej oprawie.
Opowiadano mi też wiele opowiadań, które mogłyby być jednym opowiadaniem. O tym, jak biedny Żyd zauważył u swojej trzy- czy czteroletniej córeczki niezwykły talent do gry na skrzypcach, jak szukał dla niej nauczyciela, później szkoły w dalekim mieście, później konserwatorium w jeszcze dalszym; jak całe życie rodziny obracało się wokół tego talentu, jak wszystko było mu podporządkowane i w końcu uwieńczone może wielką, może umiarkowaną sławą, ale najważniejsze, że cenny dar nie został zmarnowany. Talent muzyczny jest oczywisty, natychmiast rozpoznawalny, a sukces w tej dziedzinie widoczny dla całego świata. Są inne talenty wymagające pielęgnacji, dawniej taka pielęgnacja nie obywała się bez surowych kar, niestety, a zawsze – tak dawniej, jak dziś – polega na „pozbawianiu radosnego dzieciństwa”.
Zastanawiają się w Polsce półgłówki, co należy zmienić w organizacji polskiej nauki, jakie przepisy dodać, a jakie odjąć, aby otrzymać wreszcie Nobla.
Przebywałem kiedyś na amerykańskim uniwersytecie. Studenci mieli wolne. Przy komputerach siedzieli jednak maniacy nauki, przeważnie w jarmułkach. Co zrobić, żeby dostać tego Nobla? Założyć jarmułki.
Masowy ruch protestu przeciw obniżeniu wieku szkolnego do lat sześciu potwierdza niestety to, co mówią „o nas” na świecie.

Wydanie: 44/2013

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Komentarze

  1. Anonimowy
    Anonimowy 18 stycznia, 2014, 19:25

    „Też okrzyknięte sukcesem mistrzostwa futbolowe Euro 2012, o ile się tu odbędą (dziwna jest pewność wielu Włochów, że jednak odbędą się u nich), wzmocnią to przekonanie zachodnich Europejczyków, że Polska jest bliższa Ukrainie niż Europie i odpowiednio do tego powinna być traktowana” – to jest cytat z połowy 2007 roku!

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy