Jonasz

Jonasz

Dlaczego Bronisław Komorowski przegrał wybory prezydenckie? Mamy już w tym względzie tysiące enuncjacji i teorii tak podniosłych, naukowo podbudowanych, w sondażach potwierdzonych, że za chwilę staną się przedmiotem uczonych doktoratów i habilitacji. Pozwolę sobie tutaj mieć zdanie inne od wybitnych specjalistów i najświatlejszych politologów. Wyjaśnienie może prostackie, dla mnie jednak najbardziej przekonujące. W polskiej kulturze ludowej – a Tadeusz Chmielewski w filmie „Gdzie jest generał?” uprzystępnił je i innym grupom społecznym – funkcjonuje oto pojęcie „Jonasz”. Nie wiem, dlaczego padło na tego akurat sympatycznego proroka, który spędził (czego nikomu nie życzymy) „trzy dni i trzy noce we wnętrznościach ryby”. Dość, że Jonasz w sielskiej legendzie to ktoś, kto przynosi pecha i wszelkie, nawet najbardziej nieprzewidywalne, nieszczęścia. Związanie się z Jonaszem to gwarancja porażek i plag wszelkich.

Niestety, nie pomyślał o tym Bronisław Komorowski, a może z hrabiowskich wysokości zlekceważył chłopską przestrogę, dobierając sobie doradców. Jednym z nich został prof. Tomasz Nałęcz. Jest to człowiek wykształcony i przystojny nawet, z głębokim zygzakiem między brwiami, który, gdy stara się skupić, podnosi się w górę i przemienia jego czoło w sympatyczną parę wypukłych dziecięcych pośladków. Jest badaczem dziejów politycznych Polski okresu międzywojennego, co jest zadaniem trudnym, gdyż owa historia zmienia się z roku na rok w funkcji ustawienia stołków wiek później. Toteż nie będziemy ironizować na temat pewnych koniunkturalnych niekonsekwencji w jego pracach. Nie chodzi w końcu o bibliografię, ale o politykę. Tutaj bowiem dopiero objawia się Jonasz. Członek PZPR do 1990 r., kiedy to Mieczysław Rakowski nakazał: „Sztandar wyprowadzić”. Zaraz potem wiceprzewodniczący Rady Naczelnej Socjaldemokracji Rzeczypospolitej Polskiej – czy ktoś zgoła pamięta, że coś takiego istniało? Od 1992 r. wiceprzewodniczący Unii Pracy i poseł z jej ramienia. Gdzie jest dzisiaj Unia Pracy? A wszędzie tam doradzał i się szarogęsił. Wreszcie dworzanin konserwatywno-liberalnego prezydenta. Z jakim skutkiem, wiadomo. O losy Jonasza się obawiam. Jego masywny, nad rzadkim wąsem nos wyczuje zawsze, gdzie stoją konfitury. Problem w tym, że lekcja najwyraźniej idzie na marne.

Oto dobiera sobie z kolei doradców pani premier Kopacz. Nagle wyjmuje z kapelusza wielbiciela gen. Augusta Pinocheta Ugarte, który do Anglii aż jechał, żeby krwawemu dyktatorowi na łożu boleści ofiarować ryngraf w serdecznym upominku. Miłość, wiadomo, jest ślepa. Stare powiedzonko twierdzi nawet, że „każda potwora znajdzie amatora”. To jednak uczucie Michała Kamińskiego, bo o niego nam tu chodzi, nie świadczy najlepiej o jego sympatii dla demokracji, a tym bardziej o empatii w stosunku do masowo mordowanych. Tyle że pomylił się nasz „polityk”. Chile generała wypluło z narodowej pamięci, z ryngrafem czy bez ryngrafu. Spudłował Kamiński. Jak widać najwyraźniej Jonasz. Potem był członkiem Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego. Kto w XXI w. słyszał jeszcze o takim tworze? Być może jednak miałby on szanse dłużej zaistnieć, ale… podłączył się Jonasz. Następnie było „Słowo – Dziennik Katolicki”. Najstarsi górale takiego periodyku nie pamiętają. Wiemy już dlaczego. Rzucił się z kolei Michał Kamiński w ramiona PiS. Tutaj trafiła jednak kosa na kamień.

Z prezesem Jarosławem Kaczyńskim niewiele mam wspólnych poglądów. Jedno wszelako muszę mu przyznać. Wie, z kim w interesie swojej partii nie należy się zadawać (poseł Czarnecki to przecież dla śmiechu). W pierwszej chwili przyjął Kamińskiego życzliwie. Jak Jahwe Jonasza, o czym dowiadujemy się z Księgi Jonasza 4:6-8: „A Pan Bóg sprawił, że krzew rycynusowy wyrósł nad Jonaszem po to, by cień był nad jego głową i żeby mu ująć jego goryczy. Jonasz bardzo się ucieszył [tym] krzewem. Ale z nastaniem brzasku dnia następnego Bóg zesłał robaczka, aby uszkodził krzew, tak iż usechł. A potem, gdy wzeszło słońce, zesłał Bóg gorący, wschodni wiatr. Słońce prażyło Jonasza w głowę, tak że osłabł”. Słabemu potrzebne są konfitury. Wstąpił więc Kamiński do Platformy Obywatelskiej. Niczego jej dobrego z tego tytułu nie wróżę.

Gdybyśmy jednak odłożyli na bok ludowe bajdy. Czy pan prezydent Komorowski, czy pani premier Kopacz nie zdają sobie sprawy, że pewne nominacje są dla nich zabójcze? Że pewien, wykraczający poza granice gry politycznej kameleonizm ich dworzan jawi się wyborcy jako kłamstwo i prywata? Cóż, wtedy pozostaje ta jedyna, molierowska odpowiedź: „Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało”, co w przekładzie na język ludowej kultury polskiej oznacza: chciałeś Jonasza, to go masz, a skutki poznasz niezawodnie.

Wydanie: 31/2015

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy