Kaczy dół

Kaczy dół

Pisuje czasami do mnie Krzysztof, mój kolega z celi w białołęckim więzieniu. W stanie wojennym zgarnęli go z jego zakładu, rozwieszał plakaty przeciw stanowi wojennemu i wzywał do strajku. Już w wolnej Polsce przez wiele lat klepał biedę, był bezrobotny. Ale nigdy nie winił za to innych czy nowej Polski. Teraz pracuje na budowie metra. Na suwnicy. Opuszcza na dół obudowy, które są układane w tunelu. Pisze, że żyje z dnia na dzień. Nie wiadomo, co będzie. Opowiada mi, że połowa pracowników to Białorusini i Ukraińcy. Pracuje z Białorusinem, pracownikiem fizycznym, który skończył reżyserię filmową. To jedyny człowiek, z którym można tam porozmawiać. Polacy nie komentują sytuacji politycznej, nic ich nie interesuje. Sam unika takich tematów, także w rodzinie, bo przekonać nikogo się nie da, a łatwo się zdenerwować. Prosty, uczciwy, bez wiedzy, ale z moralną intuicją.

Ten czas internowania w Białołęce był dla mnie niezwykły też dlatego, że poznałem ludzi ze wszystkich grup i warstw społecznych. Solidarność dotarła we wszystkie zakamarki Polski i do jakże różnych ludzi, połączonych moralnym sprzeciwem. Ale nie jest to takie proste. Kilka osób z tamtej mojej Białołęki bierze teraz udział w niszczeniu demokracji w Polsce, kopiując metody i zachowania, które wtedy budziły w nich odrazę. To paradoksy, których w historii bez liku. Zdumiewające jednak uczucie dotykania teraz tego zjawiska. Ci, którzy znali przed wojną komunistów jako ludzi szlachetnych, musieli się tak czuć w czasach stalinowskich, widząc, jak zmieniają się w potwory.


Andrzej Zybertowicz, doradca prezydenta, powiedział: „Antypolonizm w Izraelu bierze się z poczucia wstydu za bierność Żydów w czasie Holokaustu. To forma odreagowania”. Jakoś to wyjątkowo podłe. I na tej samej fali co pomówienia, że cały ten „zgiełk” związany jest z mieniem pożydowskim w Polsce. Wiadomo, że im chodzi tylko o pieniądze, są tchórzliwi i pazerni. Bierność Polaków w Katyniu też była uderzająca. Zarówno Polaków, jak i Żydów – pisałem o tym w poprzednim felietonie – okrutnie upokorzyła wojna. I skala klęski. To oczywiście ma wpływ na zbiorową świadomość. Spotykając młodych w Izraelu, słyszałem nieraz, jak się dziwili i gniewali, że idący na rzeź nie bronili się. Nie ma jednak powodu, by to się przekładało na antypolonizm, którego zresztą nie ma tam w młodej generacji. Cały ten mit armii w Izraelu, szaleństwo ciągłego szkolenia wzięły się z przekonania, że nigdy więcej. Nie przypadkiem elitarne oddziały armii izraelskiej składają przysięgę w Masadzie. Stąd też zbyt sztywna i agresywna polityka Izraela wobec sąsiadów i Palestyńczyków, biblijna zasada oko za oko, ząb za ząb. Moim zdaniem to się nie skończy dobrze. Niestety. I podobnie czuje większość Izraelczyków.


Wędrówka przez pola internetowe napawa wielkim smutkiem i trwogą. Kipi tam od emocji i nienawiści. Wszyscy rzucają się sobie do gardeł, nie tylko narodowcy i liberałowie. Puszka Pandory została otwarta. Skala antysemickiego hejtu w internecie to znak, jak długo trwało zaparcie. Jak było dolegliwe. A teraz nagle już wolno, więc nastąpiło wielkie antysemickie wypróżnienie. Straszny widok. Ale nie ulegajmy złudzeniom. Podobny hejt internetowy spadł na głowy himalaistów, Bieleckiego i Urubki, że nie poszli po Mackiewicza. Polski imperatyw, że jak jest okazja, trzeba popełnić zbiorowe samobójstwo. W czasie powstania warszawskiego świetnie to się udało. Te nienawistne wpisy w internecie są jakimś rodzajem upiornej autoterapii uprawianej przez kilka, może kilkanaście tysięcy ludzi. Ileż pracy i zapału w to wkładają! To jakiś rodzaj uzależnienia od internetowej przemocy. A jednak nadal nie przekłada się to na przemoc fizyczną. Może to więc też autoterapia, która działa?


To, że wiele polskich zachowań wynika z poczucia małej wartości, że ratujemy się urojeniami wielkościowymi, widać nawet na olimpiadzie. Stąd szok, gdy na małej skoczni polscy skoczkowie nie zdobyli medalu, chociaż byli tak blisko. Od razu nastrój depresyjny w narodzie i namnożyło się głosów, że sędziowie, że pogoda. Jak trudno się przyznać do chwili słabości.


Międzylesie, gdzie mieszkam, nazywało się przed wojną Kaczy Dół. Mieszkańcy wtedy protestowali i nazwę zmieniono. Ślad został tylko w nazwie jednej maleńkiej uliczki w pobliżu mojego domu. Zdaje mi się, że ta uliczka podbija teraz całą Polskę.

Wydanie: 8/2018

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy