Kaczyński i dziennikarze

Kaczyński i dziennikarze

Dlaczego liderzy PiS wywołali wojnę z mediami No i się doigrał. Jarosław Kaczyński po kolejnych wyjaśnieniach, co miał na myśli, mówiąc, że tak naprawdę nie ma w Polsce wolnych mediów, jest coraz bliżej uruchomienia kolejnej komisji śledczej, tylko nie z mediami, ale ze swoim bratem w roli głównej. Wiemy już, jak się kończą pojedynki, w których po jednej stronie stają sejmowe komisje śledcze i media, a po drugiej – politycy obozu rządzącego. Kto nie pamięta, niech przypomni sobie Leszka Millera, a potem Włodzimierza Cimoszewicza i ich początkową pewność siebie. Kto mógł przypuszczać, że słynne Millerowskie „zero” dotyczyć będzie ministra sprawiedliwości – jednego z filarów obecnego obozu rządzącego, najpopularniejszego ministra sprawiedliwości od czasów Lecha Kaczyńskiego? Kto mógł przypuszczać, że komisja, którą marszałek Cimoszewicz tak obcesowo potraktuje w drodze do puszczy, zrewanżuje się mu doniesieniami do prokuratury i panią Jarucką z jej enuncjacjami i w efekcie utrąci jego kandydaturę w wyborach prezydenckich? Kaczyńscy nie słyną z żelaznych nerwów. Jeśli nie pomogą specjaliści od wizerunku, a opozycja znajdzie głodnych sukcesu śledczych, sejmowa komisja z pomocą mediów może znaleźć kolejną ofiarę z najwyższej półki polskiej polityki. Zwycięzcy wyborczej jesieni 2005 zajmują się mediami z zacięciem godnym lepszej sprawy. Konflikty z rozmaitymi środowiskami zawodowymi (dziennikarzami, sędziami, adwokatami, lekarzami) są skutkiem mieszanki wybuchowej triumfalizmu zwycięzców ostatnich kampanii wyborczych i poczucia misji, którą Polacy powierzyli PiS do wypełnienia. Tylko w taki sposób wyjaśnić można brutalność, z jaką „rozwiązano” problem Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Zmieniono ustawę, choć można było poczekać trzy miesiące, by w majestacie prawa radę odwołać. Nikt nawet nie krył się z tym, że idzie o zawłaszczenie mediów publicznych poprzez wybór posłusznych PiS rad nadzorczych i zarządów latem tego roku. Do wykonania tego zadania wyznaczono najwierniejszych polityków: posłankę PiS, byłą szefową gabinetu politycznego Lecha Kaczyńskiego, i p.o. przewodniczącego Rady Miasta Warszawy. Ten drugi przynajmniej ma za sobą kilkunastoletnią pracę w TVP, także w czasie mojej prezesury. Wbrew temu, co dziś pisze się o telewizji publicznej lat 1998-2003, było w niej miejsce dla ludzi wywodzących się z różnych środowisk i różnych opcji politycznych. Jak inaczej wytłumaczyć, że w nowej KRRiTV zasiadają wywodzący się z TVP PiS-owiec Witold Kołodziejski i zgłoszony przez Samoobronę Tomasz Borysiuk? Sam fakt pracy w mediach nie przesądza o kompetencji i przygotowaniu do pełnienia roli regulatora na rynku mediów elektronicznych. Czy mają oni dość wiedzy i doświadczenia, czy też spełnią rolę pasa transmisyjnego między swoimi partiami a władzami mediów publicznych? A przecież miało być dobrze. Jak fachowo, ponadpartyjnie, obiektywnie, zwłaszcza na tle poprzedniej KRRiTV! Wolne żarty! Nie jestem wielkim zwolennikiem starej rady, widziałem, zwłaszcza z fotela prezesa TVP, postępujący upadek kompetencji i autorytetu tej skądinąd potrzebnej instytucji. Ale wyraźnie trzeba powiedzieć, że obecny jej skład, a zwłaszcza sposób powołania, to krok naprzód stojącego nad przepaścią społecznej dezaprobaty organu konstytucyjnego. Inne pomysły, poza skokiem na media publiczne, obracają się wokół mniej lub bardziej zakamuflowanych pomysłów kontroli treści, czyli – mówiąc po ludzku – cenzury. Temu ma służyć Narodowy Ośrodek Monitorowania Mediów, temu już służy nowy zapis w ustawie medialnej dotyczący obowiązku przestrzegania zasad etyki przez dziennikarzy. Kolejną służącą temu instytucją, zatrudniającą według posła PiS, Tadeusza Cymańskiego, „tylko” kilkanaście osób, ma być, jak informuje „Gazeta Wyborcza”, Centrum Dobrych Mediów. Czuwać ono będzie nad przestrzeganiem zapisanej w pakcie stabilizacyjnym ustawy o ochronie małoletnich przed szkodliwymi treściami, która ma zakazywać wulgaryzmów, obscenizmów i przemocy w mediach dostępnych dla dzieci i młodzieży. Na czym polega waga takich i podobnych pomysłów? (Nie wierzę, żeby inicjatywa powołania Narodowego Instytutu Wychowania obyła się bez cenzorskiego „wsadu”). Nie na tym, że jest nowatorski. Mamy przecież od 1992 r. zapis głoszący konieczność przestrzegania w mediach elektronicznych wartości chrześcijańskich – równie cenzorski i pojemny jak ten głoszący konieczność przestrzegania przez dziennikarzy zasad etyki. Sam zapis o zasadach etyki byłby równie pusty jak ten o wartościach chrześcijańskich, ale w połączeniu z innymi, a przede wszystkim w połączeniu z praktyką

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 11/2006, 2006

Kategorie: Media