Katalog błędów rządu

Katalog błędów rządu

Deficyt rośnie, bo teraz powinien rosnąć 

Zapowiedziana przez rząd i przyjęta 20 sierpnia nowelizacja budżetu na 2013 r. wyzwoliła istną erupcję oskarżycielskich oracji w wykonaniu czołowych przedstawicieli opozycji. Rozdzierają oni szaty nad rosnącym deficytem i przywołują wizję kryzysu na miarę greckiego. Przodują w tym zwłaszcza politycy z ugrupowania, które swego czasu (w latach istnej prosperity, 2006-2007) doprowadziło do zwiększenia długu publicznego o niemal 94 mld zł, i to bez żadnej uzasadnionej potrzeby, bez żadnego pozytywnego efektu! W latach 2008-2009 ci sami politycy oskarżali ministra Rostowskiego o niechęć do aktywnego (i ponadplanowego) powiększenia deficytu. (Oskarżenia te były zresztą nietrafne, gdyż deficyt finansów publicznych w latach 2009-2010 okazał się gigantyczny, co wydatnie przyczyniło się do tego, że ogólnoeuropejska recesja ominęła Polskę szerokim łukiem).

Winy rządu

Oczywiście rząd – w tym także minister Rostowski – nie jest tym razem bez winy. Rząd odpowiada jednak bezpośrednio nie za to, że obecnie deficyt jest większy od planowanego. Jest to automatyczny skutek spowolnienia wzrostu i kiepskiej koniunktury. Próby ograniczenia deficytu byłyby teraz kardynalnym błędem. Podnoszenie podatków (zwłaszcza VAT) lub/oraz cięcie wydatków publicznych sprowokowałoby dalsze spowolnienie wzrostu (albo i otwartą recesję) bez istotnego zmniejszenia deficytu!
Rząd obwiniałbym raczej o to, że dopuścił do spowolnienia wzrostu, a może nawet do niego doprowadził. Otóż w 2012 r. rząd nie reagował racjonalnie na postępujące spowolnienie wzrostu PKB (a zwłaszcza na recesję inwestycji w środki trwałe). Jest przy tym niewątpliwie prawdą, że swój udział w schłodzeniu (a raczej przymrożeniu) koniunktury odegrały notorycznie niekompetentne postanowienia obecnej Rady Polityki Pieniężnej, na co słusznie, choć poniewczasie, zwrócił uwagę minister Rostowski.
Już w trakcie 2012 r. obowiązkiem rządu było poniechanie restrykcyjnej w stosunku do poprzednich lat polityki fiskalnej.
Efektem niewczesnej restrykcyjności fiskalnej było m.in. to, że w 2012 r.  spożycie publiczne w ogóle nie wzrosło (i spadło w pierwszym kwartale tego roku), gdy w krytycznym 2009 r. wzrosło ono realnie o ponad 2%. Jeszcze większe pozytywne efekty koniunkturalne dałoby wspomaganie inwestycji (w tym infrastrukturalnych), zaniechanych – „ze względów oszczędnościowych” – po Euro 2012.

Szybszy wzrost

Efektem poluzowania fiskalnego w 2012 r. byłby oczywiście większy deficyt w tamtym roku – ale też, według wszelkiego prawdopodobieństwa, wyraźnie szybszy wzrost gospodarczy zarówno w 2012 r., jak i obecnie. Deficyt finansów publicznych byłby teraz mniejszy, a budżet nie wymagałby nowelizacji.
Efektem oszczędności publicznych „wypracowanych” w 2012 r. jest stagnacja (daj Panie Boże, by nie przeszła ona w recesję) i zwiększony obecnie deficyt finansów publicznych.
Poluzowanie fiskalne w 2012 r. skończyłoby się ostatecznie niższym poziomem długu publicznego w relacji do PKB, niż nastąpi to teraz. Nie byłoby też potrzeby „zawieszania” konstytucyjnych progów zadłużenia. (Inna sprawa, że pomysł trzymania się takich progów nie ma racjonalnego uzasadnienia. Jest to wymysł czysto biurokratyczny).
Mój katalog pretensji do obecnego rządu jest oczywiście dłuższy. W szczególności uważam, że bezkrytycznie kontynuuje on szkodliwą (także dla siebie) politykę swoich poprzedników w odniesieniu do podatków osobistych. Niska progresja podatkowa nie przyspiesza wzrostu gospodarczego, czego dowodzą np. negatywne doświadczenia krajów, które dały się uwieść idei podatku liniowego. Niska progresja podatkowa jest za to źródłem strat dla finansów publicznych. Jeszcze krytyczniej oceniam forsowaną – także przez ten rząd – liberalizację rynku pracy. Uświęca się oto stosunki pracy i płacy, które gdzie indziej słusznie są uznawane za patologie niegodne cywilizowanego społeczeństwa. Co gorsza, kształtujący się w Polsce model stosunków pracy nie rokuje dobrze pod względem czysto gospodarczym. Wbrew opiniom ideologów model ten nie dynamizuje wzrostu gospodarczego ani nie zwiększa zatrudnienia. Za to na pewno zwiększa polaryzację społeczeństwa i rodzi powszechne frustracje, których widocznych objawów nie radziłbym bagatelizować.

Autor pracuje w Wiedeńskim Instytucie Międzynarodowych Porównań Gospodarczych, jest profesorem w Instytucie Nauk Ekonomicznych PAN i w Wyższej Szkole Administracji w Bielsku-Białej

Wydanie: 36/2013

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy