Skutki wolnego rynku

Skutki wolnego rynku

Dysproporcje społeczne i regionalne są u nas bardzo duże i rosną

Jean Marie Guéhenne (wybitny dyplomata i badacz polityki) nie odrywa się od rzeczywistości, gdy pisze: „Nie sądzę, by demokracja była naturalnym stanem, do którego dąży każde ludzkie społeczeństwo, i że wystarczyłoby tylko usunąć historyczne przeszkody sprzeciwiające się jej ustanowieniu”. Nie ma żadnej konieczności, zgodnie z którą demokracja musi utrzymywać się przy życiu, ani żadnej zasady wyznaczającej trwały kierunek rozwoju prowadzący do demokracji.
Współcześnie największe bodaj zagrożenie dla demokracji wynika z jej redukowania do techniki zdobywania władzy. Utożsamiana jest wówczas z cyklicznymi elekcjami, w których mogą brać udział wszyscy (prawie), a uczestniczą ci, którzy chcą. Tymczasem demokracja to coś znacznie więcej, to polityczna wspólnota złożona z obywateli pragnących się z nią utożsamić i uważających ją za wartość samą w sobie. Wspólnota częściowo odziedziczona, a częściowo zbudowana od nowa, częściowo stabilna, a częściowo formowana przez nowe generacje.
Demokracja nie tylko znacznie wykracza poza techniki rządzenia i sposoby zdobywania władzy, sama związana z nią technika, oderwana od społecznych podstaw, może demokracji szkodzić.

Rytuał głosowania

okazał się destrukcyjny na terenie byłej Jugosławii – doprowadził do skrystalizowania się przeciwieństw i legitymizacji nacjonalizmu drogą powszechnego głosowania. Wybory skonsolidowały tam kilka odrębnych nacjonalizmów, a nie przyczyniły się do powstania jednego, multinarodowego państwa demokratycznego. Potwierdziły przeświadczenie Johna Stuarta Milla, że silne nacjonalizmy etniczne są poważnym zagrożeniem dla demokracji, a sprzyja jej państwo unitarne. Powaga głosowania może te nacjonalizmy wzmocnić, stawiając je przeciwko sobie dodawać każdemu z nich pewności.
Demokracja to polityczna wspólnota obywateli, a ta wymaga pewnej spójności. Daleko idące dysproporcje społeczne, duże różnice materialne i dochodowe naruszają te wspólnotowe związki. Szczególnie silnie, gdy dysproporcje nie znajdują – zdaniem ludzi – uzasadnienia w akceptowanej ideologii, w wyznawanych i szeroko podzielanych wartościach. Wolny rynek nie konstytuuje tego rodzaju społecznej wspólnoty, wręcz przeciwnie, on ją ciągle podważa, różnicując ludzi na tych, którzy w nim uczestniczą i na tych, którzy są przegrani. Polityczna demokracja opiera się na równości obywateli,

rynek jest producentem

rozwijających się nierówności. Jedynie współcześni, laiccy prowidencjaliści mogą uważać, że rynek – niczym opatrzność – nad wszystkim czuwa, doskonale prowadzi świat i w związku z tym serio traktują zalecenie Kazimierza Brodzińskiego: „Rób każdy w swoim kółku, co każe Duch Boży, a całość sama się złoży”. Społeczeństwo demokratyczne w ten sposób jednak samo się nie złoży.
Jednym z zadań państwa, a także wyłaniających się obecnie instytucji jednoczących kraje, jest dbanie o zwartość tworzącej ją zbiorowości obywateli. W Unii Europejskiej istnieje fundusz spójności, mający na celu wyrównywanie dysproporcji między krajami lepiej rozwiniętymi i zamożnymi a krajami gorzej rozwiniętymi i biedniejszymi. Jednym z naczelnych celów Drugiej Rzeczypospolitej było zjednoczenie państwa po odziedziczonej dezintegracji w wyniku zaborów. Budowa zwartego organizmu obejmowała przede wszystkim sferę administracji i służb publicznych. Etatystyczne projekty w dziedzinie gospodarki też miały tego rodzaju podstawę: ich celem było zarówno wzmocnienie gospodarki, jak i związanie jej z interesem państwa polskiego.
Program dotyczący spójności przydałby się też dzisiaj w Polsce. Dysproporcje społeczne i regionalne u nas są bardzo duże i rosną. Przejawiają się w wielu dziedzinach. Bardzo zróżnicowane są stopa życiowa i dostęp do pracy, a więc skala bezrobocia. Rozmaity jest dostęp do nauki i do placówek kulturalnych. Ochrona zdrowia – na co słusznie zwraca uwagę minister Mariusz Łapiński – charakteryzuje się także bardzo dużymi dysproporcjami. Znaczne dysproporcje przejawiają się w Polsce właściwie we wszystkich dziedzinach i wywołują uzasadnione poczucie społecznej niesprawiedliwości. Są źródłem dezintegracji społeczeństwa i państwa o długotrwałym oddziaływaniu.
W wyniku naszego zakładanego wstąpienia do UE dysproporcje te będą rosły, a pierwsze lata uczestnictwa staną się dla nich dodatkowym i silnym bodźcem. By uzyskać środki unijne Polska (regiony, województwa, a także niższe szczeble administracyjne), będzie musiała wnieść wkład własny, trudny do zdobycia, konieczne okaże się zasilanie z rynku finansowego w postaci kredytów, obligacji itp. A więc takie, które mogą

uzyskać odbiorcy bogaci,

a nie biedni, bowiem tylko ci pierwsi dają gwarancję zwrotu. Te tereny, które są najzamożniejsze, będą mogły się jeszcze wzmocnić, te najbiedniejsze będą zostawały jeszcze dalej z tyłu. Podobny charakter ma również oddziaływanie procesów globalizacyjnych.
Postulowany program spójności musi mieć charakter wieloletni, długofalowy. Efekty tego rodzaju działań – podobnie jak w przypadku inwestowania w kapitał ludzki – są odległe, uwzględnienie ich wymaga perspektywy państwowej, a nie partyjnej. Funkcjonowanie takich programów przekracza sezony polityczne i wyborcze, nie pasuje do cyklu kolejnych mobilizacji elektoratu. Krótkowzroczność nie jest jednak immanentną cechą polityki, a demokracja nie dzieje się sama.

Autor jest socjologiem i ekonomistą, pracownikiem Polskiej Akademii Nauk

 

 

Wydanie: 24/2002

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy