Kendo czyni mistrza

Kendo czyni mistrza

Pisaliśmy już o tym, jak wygląda klucz selekcji ambasadorów. Że do krajów z punktu widzenia PiS ważnych, takich jak Niemcy, Wielka Brytania czy USA, wysyłane są osoby zaufane, walczący pisowcy, dla których najważniejszym zadaniem będzie organizacja pokazu filmu „Smoleńsk”. A do krajów dalszego rzutu, leżących poza horyzontami prezesa PiS, delegowani są ludzie z tylnych szeregów, byle tylko nie kojarzyli się z zaciągiem Geremka.

To powoduje, że wiceszefowie MSZ, przedstawiając sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych kandydatów na ambasadorów, wyczyniają najśmieszniejsze wygibasy, aby podnieść ich rangę.

Aleksandra Kropiwnickiego, ambasadora kierowanego do Etiopii, wiceminister Ziółkowski przedstawiał w ten sposób: „Spośród publikowanych przez niego reportaży i komentarzy prasowych wiele było poświęconych problematyce afrykańskiej. Kilkakrotnie podróżował jako reporter do Republiki Południowej Afryki. Drukował także reportaże z Egiptu, opisując m.in. znaczenie Egiptu w regionie Bliskiego Wschodu”. No proszę, między RPA i Egiptem leży Etiopia, więc jak się było w Egipcie i RPA, to ma się pojęcie i o innych państwach afrykańskich, prawda? Owszem, Kropiwnicki pracował jeszcze przez trzy lata w ambasadzie w Kenii, ale o tym wiceminister się nie rozwodził, za to nie zapomniał dodać czegoś ważniejszego – że w ostatnim czasie w MSZ Kropiwnicki „odpowiadał za działania w ramach dyplomacji historycznej, a w 2016 r. także za prace związane ze wzmocnieniem pionu historycznego i powołaniem odrębnego wydziału dedykowanego tym zadaniom. Koordynował działania w ramach przygotowań do Światowych Dni Młodzieży w Krakowie”.

Eureka! To są niebagatelne kompetencje w dyplomacji IV RP!

Zdarza się też, że MSZ, przedstawiając kandydata, pewne sprawy przemilcza. Tak było z Waldemarem Dubaniowskim, rekomendowanym na ambasadora w Tajlandii. Przedstawiając go, wiceminister Renata Szczęch ani razu nie wspomniała nazwiska Aleksandra Kwaśniewskiego, pod którego skrzydłami Dubaniowski wyrastał. Za to dwukrotnie wymieniła nazwisko prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Po pierwsze, jako patrona Krajowej Szkoły Administracji Publicznej, której nasz kandydat jest absolwentem, a po drugie, jako tej osoby, która wręczała Dubaniowskiemu w roku 2008 nominację na stanowisko ambasadora w Singapurze.

Oto dyplomacja w pełnej krasie!

Tej zręczności pani Szczęch zabrakło, gdy przedstawiała kandydata na ambasadora w Tokio, Jacka Izydorczyka, profesora prawa z Łodzi, który w latach 2005-2007 przebywał na stypendium na uniwersytecie w Kiusiu. Mówiła o nim bowiem tak: „W czasie pobytu na stypendium w Japonii odbył także intensywny, sześciomiesięczny kurs języka japońskiego, co pozwala mu się komunikować w tym języku. Oprócz tego warto również wspomnieć, że pan profesor czynnie uprawia kendo, czyli japońską szermierkę, co poświadcza jego zrozumienie zwyczajów i mentalności Japończyków”.

W Polsce jest zarejestrowanych ok. 450 zawodników uprawiających kendo. Okazuje się, że są to wybitni znawcy japońskich zwyczajów i mentalności. Podobnie jak stypendium sprzed 10 lat pozwala poczuć się ekspertem w sprawach Japonii i jej polityki.

Gołym okiem widać, że przez polską dyplomację przechodzi huragan rewolucyjnych zmian…

Wydanie: 13/2017

Kategorie: Kronika Dobrej Zmiany

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy