Kiszka z wodą

„Fuck the Coca, fuck the pizza, all we need is Shijovitza” (śliwowica).
Taką sentencję będę podrzucał promotorom i admiratorom powracającej niczym Żyd tułacz do Sejmu deklaracji o niepodległości i suwerenności kultury polskiej. W kosmopolitycznej Unii Europejskiej rzecz jasna.
Inicjatorami i propagatorami są narodowcy z Prawa i Sprawiedliwości popierani przez grupę unaradawiających się posłów Samoobrony, a teraz pewnie też poseł Pęk ich poprze.
Sens uchwały jest prosty, jak PiS-owskie rozumienie rzeczywistości. Którą można zakląć przez zaklęcie najważniejsze, bo parlamentarne. Konstytucyjne. I skoro uchwalamy, że nasza kultura ma być niepodległa i suwerenna, odtrąbimy to na cztery strony UE, to potem możemy spokojnie się żalić, że ohydni zjednoczeni Europejczycy nie chcą naszej uchwały wypełniać.
Czy rzeczywiście Unia Europejska rozmydli naszą, twardą jak dawno nieużywana kostka, narodową kulturę na kosmopolityczne drobne?
Nie musi. Trzeba jednak zamiast uchwałować, przyjrzeć się i skorzystać z doświadczeń krajów od lat używających własnej kultury i znakomicie ją rozwijających. Na przykład Francji.
Francuzi dawno już dostrzegli, że ich kulturze nie zagrażają kultury innych krajów europejskich, bo zwykle europejskość jest wspólna. Największą presję wywołuje zaś kultura amerykańska, zwłaszcza ta skomercjalizowana. Aby się przed nią bronić, Francuzi wymyślili zasadę „wyjątku kulturalnego” i bacznie jej przestrzegają. Zakłada ona, że produkcja dóbr kultury nie podlega regułom wolnego handlu. Podlega zaś wszelkim formom protekcji ze strony państwa. Toteż wspierane są z francuskiego budżetu wszelkie formy francuszczyzny. Nie tylko przez państwo, także prywatne fundacje i obywateli. Obrona francuskiej kultury zaczyna się od kuchni, poprzez zapachy dla pań i panów, aż po literaturę i sztuki audiowizualne. Obywatele nie tylko godzą się na płacenie prokulturalnych podatków, ale też w wielokulturowej ofercie wybierają produkty rodzime.
W naszym kraju jest inaczej. Wielce patriotyczni posłowie smażą prosuwerenne uchwały, zaś kiedy przychodzi do konkretnych rozwiązań, występują wbrew interesom polskich twórców, czyli producentów kultury. Ministerstwo Kultury zaprezentowało ostatnio propozycję ustawy o kinematografii. Przewiduje ona m.in. finansowanie naszej kinematografii z odpisów, czyli podatków, od biletów kinowych, wpływów z telewizji, z reklam itp. Rozwiązanie sprawdzone w chroniącej swą kulturę Europie. Ale u nas patrioci zagrzmieli, zaprotestowali. Dlaczego amerykańscy dystrybutorzy kinowi zarabiający w Polsce mają fundować polskiej kulturze filmy? – oburzali się. Podobnie jest z nowelizacją ustawy o prawach autorskich. Dlaczego producenci i właściciele urządzeń kopiujących mają płacić haracz na polską kulturę?
Ano dlatego, że za posiadanie polskiego rynku trzeba płacić. Na polską kulturę zwłaszcza. Inaczej polska kultura przestanie być suwerenna, niepodległa. Nie przez akces do Unii Europejskiej, lecz jej prymitywną komercjalizację i amerykanizację. To nie UE zagraża narodowej kulturze, lecz globalna amerykańska papka.
Parę miesięcy temu działacze Samoobrony odgrażali się, że stworzą sieć alternatywnych, czysto polskich barów szybkiej obsługi konkurujących z zalewem mcdonaldszczyzny. Miesiące minęły i kiszka z wodą. Skończyło się na obiecankach i pohukiwaniach. Podobnie może być teraz. Posłowie gardłujący za „suwerennością” polskiej kultury podkulą patriotyczne ogonki i będą przeciwko finansowaniu jej z wpływów komercyjnych firm. Bo tak im lobbyści przekażą, robiąc wodę z mózgów.

 

 

Wydanie: 44/2002

Kategorie: Blog

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy