Kolejny krok

Kolejny krok

Obowiązkiem wszystkich partii tworzących Centrolew jest dokonanie analizy decyzji personalnych

Nie mam wiary w sobie, że którakolwiek ze współczesnych partii wyzwoli nowe impulsy do rozwoju Polski.
Prawo i Sprawiedliwość jest czystym anachronizmem.
W Europie i świecie nowych technologii, innowacyjności, zmiany – obnosi się z tradycjonalizmem, idzie do przodu z głową zwróconą w tył, obywateli traktuje jak zbiorowość nasyconą potencjalnymi przestępcami, centralizuje zarządzanie państwem, odbiera ludziom inicjatywę, zniechęca do podejmowania ryzyka, rozbudowuje aparat represji, przeciwstawia się prywatyzacji, promuje klimat podejrzliwości, insynuacji, pomówień.
Polityka kadrowa PZPR lat 70. to kaszka z mlekiem wobec polityki kadrowej PiS. Szyderstwo z paczki Moczara – „kto nie z Mieciem, tego zmieciem” – jak ulał pasuje do działań kadrowych obecnej władzy w spółkach skarbu państwa.
Ideologia państwowa PiS to współczesna mutacja partii znanych Europie, zdawało się, że na zawsze pogrzebanych. Człowiek dla nich z natury jest zły, państwo zaś dobre, byle tylko jego instytucje obsadzić właściwymi, czyli swoimi ludźmi. Etatyzm, centralizacja, mnożenie służb specjalnych to najbardziej rzucające się w oczy ich cechy. Animowanie wciąż nowych konfliktów, niekończące się zmagania sił dobra z siłami zła – podstępnego, o splątanych korzeniach, które nigdy nie przestają zasilać swoją patologiczną energią coraz to nowych zastępów złoczyńców – to uderzająca po oczach właściwość tych rządów.
Zdumiewające oświadczenie premiera w sprawie Jelfy i corhydronu, że sprawcą tej afery jest w istocie III RP, jest syntezą jego sposobu myślenia. Nic dodać, nic ująć.
To spójna osobowość. Taką samą politykę widzimy w naszych międzynarodowych relacjach. Kaczyńscy nie rozumieją, że

strategia wiecznych wojen i wzajemnej eliminacji

charakteryzująca epokę zimnej wojny zastąpiona została strategią współpracy i konkurencji. Nie rozumieją też, że polityka to przede wszystkim wyzwalanie nowej energii. Nie wiedzą, że innowacyjność, modernizacja, zmiana, umiejętność współpracy są kluczem do sukcesu, ociężałość struktur zaś, etatyzacja i lęk – drogą do klęski.
PiS nie dostrzega wartości w różnorodności i wielokulturowości. Stawia na ludzi lękających się samodzielności i odpowiedzialności. Nie ufając w szanse Polski w modernizującej się Europie, zamyka nas przed nią. Kontestuje prace nad konstytucją europejską, strategią obrony, polityką zagraniczną. Pozbawia Polskę wpływu na przyszłość Europy, marginalizuje.
Unia Europejska dla PiS to obszar wspólnego rynku. Przestrzeń wartości europejskich jest pojęciem podejrzanym. Różnica między Kaczyńskimi a Giertychem w tej sprawie mierzona może być jedynie w centymetrach.
Przywódcy PiS usiłują pośród ludzi zagubionych wzbudzać fobie, zamiast wypracowywać sposoby ich pełniejszej adaptacji. Karmią rozniecaniem doznanych albo urojonych krzywd i winami wrogich sił.
Platforma Obywatelska jest wypalona, pozbawiona energii i wyrazistego przywództwa.
Mętność polityki jej liderów, zwłaszcza Rokity, wobec kluczowych kwestii modernizacji i europejskości, a także świeckiego charakteru państwa, tchórzostwo w kwestii stanowczej obrony demokracji i instytucji państwa prawnego (sprawa próby podważenia autorytetu TK przez Kaczyńskich, afera Jaruckiej-Miodowicza, patologie komisji orlenowskiej, kwestie lustracyjne, IPN) sprawiają, że jedynie brak wyrazistej lewicowej alternatywy wywindowały wysoko notowania tej partii.
Podobnie jak PiS Platforma nie odnosi się do żadnych z istotnych kwestii rozwoju Polski. Zakrzyczana przez nacjonalistyczne PiS, wchłaniające idee i wyborców LPR, w kwestii Europy nie tworzy w Polsce przeciwwagi dla polityki socjal-nacjonalistów.
W kwestiach lustracji, IPN, poniżania autorytetów (także księży), łamania fundamentalnych zasad państwa prawnego (domniemania niewinności, równego traktowania przez prawo, prawa do obrony i swobodnego wyboru pełnomocników prawnych, funkcjonowania organów władzy wyłącznie w granicach upoważnienia ustawowego)

Tusk z Rokitą nie różnią się od Kaczyńskiego z Gosiewskim.

Ideolodzy PO łatwo pogodzili się z nową interpretacją historii, uzasadniającą „IV RP”.
Tusk nie rozumie, że stosunek do europejskości Polski w sensie instytucjonalnym i stosunek do Okrągłego Stołu, a także kwestia reinterpretacji historii wedle bieżących potrzeb polityki i narzucenie specyficznego dla nacjonalistów języka debaty publicznej są, w perspektywie przyszłości Polski, daleko bardziej doniosłe niż inne różnice, na przykład te wynikające z odmiennych historycznych korzeni współczesnych partii politycznych.
Podobnie jak PiS Platforma wciąga też w domenę polityki Kościół. Szkodząc sobie, Kościołowi i Polsce.
Sukces prawicy propagującej etatystyczny model społeczeństwa ma związek z ideowym eklektyzmem SLD i innych środowisk demokratycznych, które zapatrzone, w swojej większości, w prymitywnie neoliberalne koncepcje polityki gospodarczej utrzymały jednak niecelowy, nieefektywny, marnotrawny system transferów publicznych, przede wszystkim pieniężnych. I nie zrobiły właściwie nic dla zwiększenia szans wielkich grup społecznych na awans.
Wielkie transfery publiczne służyły raczej wzmocnieniu korporacjonistycznego charakteru społeczeństwa niż podniesieniu poziomu edukacji, nauki i innych usług publicznych.
Nie wiadomo, czy to efekt ideowego wyboru, czy braku refleksji.
Ucieczka od wielkiego problemu wykluczenia i ignorowanie kwestii sprawiedliwości musiały zakończyć się klęską. W tę ideową pustkę weszło PiS z marketingowo sprawną frazeologią Polski solidarnej. Koncentrującą uwagę raczej na wskazaniu winnych ludzkich krzywd niż na własnych projektach wyzwalania wielkich grup społecznych.
Tymczasem ani polityka powiększania deficytu, ani zgoda na wieczne wykluczenie nie są godną uwagi perspektywą. A alternatywa ta nie wyczerpuje spektrum możliwych rozwiązań.
Zmiana polityki redystrybucji dochodu narodowego dla pozyskania środków na przystosowanie ludzi do nowych wymagań konkurencyjnego rynku pracy (edukacja! – także ta posługująca się nowymi, dziś jeszcze w Polsce niestosowanymi technologiami komunikowania się) i skupienie uwagi państwa na kwestii płacy minimalnej oraz na walce z wszelkimi nadużyciami w relacjach praca-kapitał są konieczne do zszywania dramatycznie dziś rozdartej Polski.
To zresztą wspaniała perspektywa dla LiD, jeśliby nie byli jedynie pomysłem na zapobieżenie niebytowi na politycznej scenie, to perspektywa zagospodarowania dla demokracji, dla wolności i dla rozwoju setek tysięcy młodych ludzi obijających się dziś po różnego rodzaju

szemranych prywatnych przybytkach

nauki lub masowo wylatujących na Wyspy.
Trzeba jedynie minimum odwagi, minimum determinacji, a przede wszystkim zrozumienia, że z antyszambrami partyjnych korytarzy nowej Polski nijak zbudować się nie da.
Trzeba projektów, a nie wiernych swym interesom „działaczy”. I zupełnie obojętne, czy idzie o SdPl, SLD czy PD. Dziś, jeśli idzie o choroby polskiej demokracji, w tym akurat wymiarze, nie są zniewalająco lepszą ofertą aniżeli partie po przeciwnej stronie.
Wiadomo, że nie samo bezrobocie i pauperyzacja są groźne dla rozwoju społecznego, lecz będące ich konsekwencją bezradność i rezygnacja. Oraz straty kapitału społecznego, mniej widoczne w krótkim czasie, decydujące jednak o perspektywie.
Konieczna jest zmiana w organizacji i finansowaniu usług publicznych w dziedzinie aktywizacji zawodowej – ich odetatyzowanie, z równoczesnym wprowadzeniem żelaznych kryteriów efektywności jako podstawowej miary celowości wydatkowanych pieniędzy. Nie idzie przecież o to, by utrzymać armię urzędników służb pracy, idzie o trwałe przeniesienie z sytuacji niebytu na rynku pracy do sytuacji pełnoprawnego uczestnika procesów gospodarczych i społecznych maksymalnej liczby ludzi. Nieważne, kto tego dokonuje – urząd pracy, organizacja pozarządowa, przedsiębiorstwo. Ważne, by tego dokonywać.
Celem służb pracy jest trwała aktywizacja zawodowa, możliwie pełnoprawna, z wszelkimi skutkami socjalnymi, a nie samo poszukiwanie pracy. Jest tu dokładnie tak jak z gonieniem króliczka. Dziś cały system pracy ledwie oddycha ze zmęczenia. Ale efektów nie ma. Bo też jest rozliczany nie z efektu, lecz z istnienia.
Pomoc społeczna koncentrować się powinna na udostępnianiu osobom zakwalifikowanym różnych publicznych usług w koniecznym do życia i do zmiany statusu społecznego wymiarze, a nie na żywej gotówce.
Kultura pracy musi przeważyć kulturę bezradności.
Nic nie tłumaczy brudu Polski gminnej, przy tłumnie wałęsających się po gminnych skwerach jegomościach.
Zasadą socjaldemokracji jest: „Każdy, kto nie z własnej winy nie radzi sobie w życiu, może skutecznie oczekiwać alimentacji – z poszanowaniem zasady sprawiedliwości, w wymiarze przyjętym za właściwy”. A więc – nie „każdy”, lecz „każdy, kto nie z własnej winy…”.
Wobec tego rodzaju działalności publicznej powinna obowiązywać zasada subsydiarności. Jednostki państwowe konkurować powinny o finansowanie ich aktywności na równych prawach z organizacjami pozarządowymi. Nie ma mocnych argumentów, by nie rozwijać finansowania środkami publicznymi podmiotów innych niż publiczne, których celem jest aktywizacja zawodowa. Pod warunkiem że wykażą się większą skutecznością mierzoną kryteriami długookresowymi.
Wspólne listy Lewicy i Demokratów w wyborach

dały oczekiwaną premię.

Jej wysokość jest jednak umiarkowana. Jeśli odnieść ją do siły poparcia liczonej głosami, to odnotowujemy regres. Dzięki wspólnemu wystąpieniu, oczywistemu dla rozumnego człowieka, wyborcy o demokratycznych lub lewicowych poglądach uzyskali wymierną reprezentację we władzy publicznej. Kto na LiD głosował, ten swego głosu nie utracił. Przeciwnie do wyborów parlamentarnych.
Nie można nie zauważyć, że wciąż jednak alternatywą dla rządu Kaczyńskiego, Giertycha i Leppera jest Platforma Tuska i Rokity, a nie Socjaldemokracja (w kategoriach europejskich Demokraci.pl to w istocie zwyczajna europejska socjaldemokracja, może lekko prawostronna; to najnowsza historia Polski, a nie dominujące tam idee, uczyniła z tego środowiska coś socjaldemokracji niechętnego).
Tymczasem ani narodowo-socjalistyczne PiS/LPR (Samoobrony w to nie mieszam – jako partia grabieżcza nie ma żadnej wizji państwa i społeczeństwa, żadna ideologia do niej się nie przykleja), ani neoliberalna Platforma, ani też w istocie dziś SLD/SdPl i PD nie wyczerpują przestrzeni wyborów ideowych Polaków.
I to jest miejsce, w którym jesteśmy. Punkt, od którego liderzy porozumiewających się partii winni rozpocząć swoje dzisiejsze rozważania.
Premia za jedność. W przyszłych wyborach parlamentarnych. Bez programu?
Jeśli za trzy lata jedynym wspólnym tematem rozmów SLD, SdPl i PD będą listy wyborcze, skończy się wynikiem nie lepszym od dzisiejszego. I jakikolwiek on będzie – dla Polski i dla wyborców niewyrażających zgody na paździerzową Polskę PiS i egoistyczną Polskę PO – będzie bez większej wartości.
Polska potrzebuje wielkiej wizji. Potrzebuje otwartej, odważnej perspektywy. Nie może być zgody na beznadziejny deficyt myśli programowej.
W 2009 r. głosować będą ludzie urodzeni w wolnej, niepodległej, demokratycznej Polsce. Dla których PRL to tak odległa historia jak dla mnie okupacja sowiecka i niemiecka. Świat znany z książek i rodzinnych przekazów. Osobiście niedoświadczony.
W 2009 r. pustka i archaizm pomysłu braci Kaczyńskich na Polskę, a także ich styl politykowania i materialne efekty woluntaryzmu

wytworzą tęsknotę milionów

za czymś sensownym, na miarę aspiracji i możliwości, otwartym i ciepłym dla ludzi, przyjaznym i konkretnym, profesjonalnym, zaspokajającym potrzebę dumy z własnego kraju.
Nieobojętne więc, z czym LiD chcą zwrócić się do Polaków. Jak szeroko chcą się otwierać. Czy mają pozostać salonem odrzuconych? Czy też wybiją się na rzeczywistą alternatywę wobec niewyraźnej, tchórzliwej, intelektualnie leniwej, egoistycznej Platformy?
Potrzebny jest wyrazisty, skoncentrowany na najważniejszych problemach współczesnej Polski, otwierający wielki horyzont sprawiedliwego rozwoju program. Potrzebna jest wizja państwa rozwiązującego najistotniejsze problemy i wyznaczającego godną Polaków perspektywę.
Najpierw więc kwestia naszej europejskiej tożsamości, naszego miejsca w nowym porządku Europy i świata, naszej odpowiedzi na problemy kreowane przez globalizację, pośród których zasadniczym problemem jest nowa odsłona odwiecznego napięcia pomiędzy kapitałem a pracą. O tym trzeba rozmawiać. Nie tylko ze sobą, w kraju, ale i w instytucjach Europy.
Nawet gdybyśmy mieli dobre pomysły, nam samym na nic się one nie zdadzą. To dziw, że kraj „Solidarności” i kraj Jana Pawła II w tej kwestii, mając i Wałęsę, i Mazowieckiego, i Geremka, i Kwaśniewskiego, nie ma absolutnie nic do powiedzenia.
Nie sposób zrozumieć, dlaczego ta konstytutywna dla gospodarki rynkowej dychotomia – praca i kapitał – w polskiej polityce w ogóle nie istnieje. Dlaczego związki zawodowe udają, że jej nie ma? Dlaczego powszechnie czcząc Jacka Kuronia, zapomina się o goryczy jego ostatnich lat?
Warto może więc zapędzić niektórych, specjalnie z lewicy, do lektury Kornhausera i Zagajewskiego z wczesnych lat 70.? Świat nieprzedstawiony istnieje! To, że się o nim nie mówi, nie oznacza jego dematerializacji.
Oczywiste, że globalne problemy rozwiązane być mogą skutecznie jedynie w globalnym wymiarze. Nie da się, to do panów Kaczyńskich, zbudować jakiejś nowej wartości w Polsce, ograniczając jej europejskość do wspólnych rynków. Dziś trzeba wspólnych polityk. To proste jak promień lasera w próżni!
Nie wystarczy powiedzieć dziś: „Jestem dumny, że jestem Polakiem”. Trzeba trafnie zidentyfikować swoje miejsce pośród innych, określić dziedziny, w których uzyskać chcemy i możemy szczególne wartości, powiedzieć by można – przewagi konkurencyjne, a także precyzyjnie określić nasze interesy i sposoby ich realizacji we współpracy europejskiej.
Do tego trzeba jedynie dwóch rzeczy. Rozumu, żeby dostrzec potrzebę, i odwagi, by nie przestraszyć się swego rozumu.
Odnieść się musimy do kwestii naszej tożsamości europejskiej, zwłaszcza wobec projektów zmian instytucjonalnych. Polska milczy albo reaktywnie jedynie, bez własnej inicjatywy, coś tam nieskładnie i raczej mało przyjaźnie burczy. Jest w istocie nieobecna.
Na poziomie bardziej konkretnych wyborów odnieść się powinniśmy do splotu spraw związanych z kwestią europejskiego zobowiązania i europejskiej orientacji polskiej polityki w kontekście amerykańskim, i – szerzej – w kontekście polityk bilateralnych z ważnymi dla nas, pozaunijnymi partnerami.
Jest jeszcze zagadnienie wspólnej polityki bezpieczeństwa, a także koncepcji ewolucji najważniejszych instytucji międzynarodowych.
No i zagadnienie samego państwa – jego obowiązków i stref dla niego zakazanych. I nie mniej ważne – instrumentów realizacji celów.
Pośród zagadnień składających się na tę wielką wizję Polski przyszłości, która mogłaby dodać wartości polskiej polityce, są, oczywiście, zagadnienia wewnętrzne – społeczne i gospodarcze.
Najpierw kwestia demokratyzacji wiedzy.
Wiemy, jak jest. Czy staramy się wiedzieć, jak być może? Jak być powinno? Atakujemy ten problem czy uciekamy przed nim, bo trudny i kontrowersyjny?
Są tu sprawy różne – źródła finansowania własnej nauki przez studentów, konkurencyjność usług edukacyjnych, równoważenie negatywnych konsekwencji drenażu wykształconej kadry.
Nie chcę nazbyt pobieżnie odnosić się do zagadnienia demokratyzacji i zagadnienia sprawiedliwości w szkolnictwie wyższym.
Pora jednak poddać publicznej debacie

projekt wielkiej zmiany

w tej przestrzeni polskiej rzeczywistości. Istotnym jej elementem byłoby utworzenie, na bazie budżetu, wielkiego funduszu kredytującego studentów, gdzie jedynym zabezpieczeniem byłaby hipoteka ich studiów. Kredyt ten ulegałby – po jakimś czasie, w różnych proporcjach, pod jakimiś warunkami – konwersji w stypendium. Tak aby ludzie zdolni, a niekoniecznie zamożni, mogli studiować na najlepszych uczelniach, podatnik zaś nie fundował kariery na światowych rynkach pracy młodzieży mogącej opłacić swoje studia. Tak aby uczelniom opłacało się dbać o standardy. Tak żeby i w tej przestrzeni zadziałały prawa rynku eliminujące partaczy.
Kwestia kultury. Jak doprowadzić do tego, by państwowy mecenat tworzył bardziej stabilne ramy dla wartościowej twórczości, a także jak, w warunkach mecenatu państwa, uchronić tę twórczość przed partyjnymi ingerencjami w jej treści?
Przedstawiłem w 2002 r. wielki program nowych sposobów finansowania kultury. Premier chyba go nie zrozumiał. Rząd nie za bardzo był ciekaw. Środowiska twórcze wolały socjalizm. W etatystycznym zresztą wydaniu. Za chwilę minie pięć lat i zrealizowaliśmy jedynie małe (aczkolwiek wymierne w żywej gotówce) marginesy z tamtych pomysłów. Nowych nie widać. Ani ich ciekawości.
A także kilka innych, może tylko trochę bardziej szczegółowych zagadnień, wobec których identyfikacja ideowa polityki ma dla obywateli istotne znaczenie, a jej brak powoduje chaos i przypadkowość w politycznej reprezentacji interesów różnych grup społeczeństwa.
Wymienię niektóre z nich: zagadnienie publicznego zobowiązania w dziedzinie profilaktyki i ochrony zdrowia, opieka społeczna, ład przestrzenny i ochrona krajobrazu, prywatyzacja.
Partia polityczna musi wyraźnie formułować swoje cele, zgodnie ze swoim wyborem koncepcji państwa, tworzyć instrumenty ich realizacji i otworzyć perspektywę przed tymi, do których adresuje swój program.
Jak to zrobić, to kwestia profesjonalna. Na pewno nie po amatorsku. Młodym politykom PiS udało się w ubiegłym roku „sprzedać” pustą, w rzeczywistości, propozycję jako wielce dla dużej liczby Polaków interesującą. To nie zakończy się dobrze dla PiS. Wytworzy się, mam nadzieję, wielkie społeczne oczekiwanie polityki treści, polityki skierowanej w przyszłość, polityki otwartej i konkretnej.
Polska pierwszych stron gazet i newsów telewizyjnych zajmuje się dziś: lustracją, dekomunizacją, teczkami, ubowcami, nadubowcami, polityką historyczną, krzywdami, podsłuchami, wekslami. Partie pochłonięte są łupieniem kraju. Zorganizowane hordy pseudopolityków obsadzają mnożone na potęgę funkcje publiczne opłacane przez podatników.
Jest potrzeba nowej propozycji. Nie tylko innej, odmiennej od dominujących dziś paradygmatów uprawiania polityki. Ale zaangażowanej ideowo. Formułującej jasno wizje państwa. I jego relacji ze światem zewnętrznym. Odnoszącej się do problemów zasadniczych, a nie właściwych zaściankowi wschodniej Europy.
W dopiero co zakończonych wyborach coś się pokazało, coś dzięki nim wiemy o LiD. Wiemy, gdzie było więcej, a gdzie mniej.

Kto wygrywał i kto przegrywał.

Klęska Krakowa i Małopolski. Wrocławia i Katowic. Gdańska, Gdyni i Sopotu. Wszystkie oczekiwane. Od miesięcy wiadomo było, że są wyraźne przyczyny, tkwiące nie w wyborcach przecież, które do klęski prostą drogą prowadzą.
I są jasne punkty. Lublin, Rzeszów, Zielona Góra, Gorzów premiera Marcinkiewicza.
Tam, gdzie listy służyły „antyszambrom”, elegantom w dobrze skrojonych garniturach, starym zasłużonym towarzyszom – ze wszystkich zresztą partii koalicji, to nie przypadłość szczególna SLD, tak oczywista porażka. Tam, gdzie kandydowali ludzie dla swoich partii kontrowersyjni, trudni albo wręcz z nich wyrzuceni – tam sukces! Jest o czym myśleć.
Chyba oczywisty jest więc obowiązek organów wszystkich partii tworzących Centrolew dokonania analizy swych decyzji, jeśli idzie o trafność personalnych wyborów. Nie jest to trudne, jeśli idzie o metodykę. Jeśli trudności się pojawią, wiadomo, o co będzie chodzić. Nieprzezwyciężone – pogrążą ten projekt, przezwyciężone – otworzą perspektywę.
Kiedy w wyborach kandydują ludzie bez właściwości, których jedynym osiągnięciem jest, że kandydują, to wraz z ich porażką przegrywają wyborcy, nie odnajdując w organach władzy oczekiwanej reprezentacji swoich interesów.
Nie mam prawa mówić o partiach sojuszu wyborczego. Moją partię, SdPl, czeka najpoważniejsza w jej historii debata programowa i polityczna. Jej przedmiotem będzie ocena, czy cierpliwie rozwijać, co robiliśmy dotąd, wycinając chore tkanki i skupiając się na projektach konkretnych polityk, czy odważniej formułować szerszą propozycję i iść za nią samemu albo z innymi.
Większość Polaków o kulturowo-liberalnych przekonaniach, otwartych umysłach, szukających wszystkiego, co łączy wielkie grupy polskiego społeczeństwa, dostrzegających napięcia pomiędzy kapitałem a pracą, ale i niewidzących w gospodarce perspektywy innej niż rynek – nie znajduje wciąż dla siebie partii, na którą chcieliby głosować.
Zagłosowali w 2001 r. Na SLD. I z nich zakpiono. Księdzem Jankowskim, podatkiem liniowym, tolerancją wobec apetytu niektórych działaczy, arogancją. Przede wszystkim jednak, poza może pierwszym okresem rządów, przypadkowością, żeby nie powiedzieć bezideowością prowadzonej polityki. Atrofia partii wobec omnipotencji rządu i klubu parlamentarnego wyeliminowała zawory bezpieczeństwa. Polityka zamknęła się w ciasnym kręgu jej najwyższych kapłanów. Dla lewicy musiało to się jak najgorzej skończyć. Twarda to lekcja. Dobrze o niej pamiętać, odnosząc się do przyszłości.
Coś jednak zostało. Jeśli nie zrobimy wysiłku – raz, ostatecznego odcięcia się od tych, którzy poza antyszambrowaniem przed drzwiami ważnych gabinetów niczego nie wnoszą, których intelektualna przydatność zawsze była nieobecna, a prywatne apetyty duże – dwa, konkretnie sformułowanego programu Polski nowoczesnej, przyjaznej, wrażliwej, uczciwej nie tylko w języku ogólnych deklaracji, ale w projektach szczegółowych polityk, pozostaniemy, co najwyżej, tam gdzie jesteśmy. Na jaskółce – mówiąc językiem starego teatru. Niby blisko, a jakże daleko.
Ale jeśli ten wysiłek z siebie wyzwolimy – wszyscy uczestnicy projektu, krytyczni najpierw wobec siebie samych, otwarci dla porozumienia, skoncentrowani na wspólnym projekcie, nowocześni i pamiętający w każdej odsłonie swej publicznej aktywności, że największym dramatem Polski jest od kilku lat to, że polityka, pośród znakomitych okoliczności zewnętrznych, nie dodaje Polsce wartości, a dodawać musi, by ten czas nie przepadł – zwyciężymy.
Teraz, natychmiast, utworzyć trzeba otwarty na ludzi nam bliskich, ale może trochę mądrzejszych, z większą wiedzą, wciąż nasz – wspólny komitet programowy. Niekoniecznie z parytetami, bardziej z głowami, osobowościami, charakterami. Do napisania projektu Polski takiej, jaką chcieliby dla naszych dzieci zbudować. Projektu zaczynającego się od wartości, ale rozwiniętego w formie planu rządzenia, konkretnych instytucji i konkretnych regulacji. Tak napisanego, aby później można było weryfikować politykę z punktu widzenia identyfikacji ideowej formacji.
W kolejnym etapie, powiedzmy za niecały rok, podjęcie próby, już mocniej zakorzenionej w rzeczywistości organizacyjnej, wypracowania wspólnego stanowiska programowego. I poddanie go wielkiej debacie publicznej, zaczynając od środowisk akademickich, liderów aktywności społecznej, ludzi, którzy nie z własnej uzurpacji są przewodnikami swoich małych społeczności. Terytorialnych, naukowych, kulturalnych, w zakresie przedsiębiorczości i działalności związkowej. Nie z klucza, lecz z wyboru. Z naszego wyboru. Z najdalej idącą otwartością na ludzi, którzy w tej propozycji dostrzegą szanse dla swoich wartości.
To właśnie, a nie dreptanie w miejscu niekończących się przepychanek o pozycję na przyszłych wspólnych listach odrębnych partii wyzwoli nowy impuls rozwoju Polski.
Bo dziś Polska się cofa. I nasze tchórzostwo w otwieraniu się na innych, nasze wygodnictwo pozostawania na tym, co mamy – jest istotną tego stanu okolicznością.
Jeśli chcemy pozostawić wyborców przed alternatywą: nacjonalistyczno-tradycjonalistyczna partia braci Kaczyńskich i neoliberalno-konserwatywna partia Tuska i Rokity, to nie musimy nic robić. Taka właśnie alternatywa wyznacza bowiem przyszłość Polski.
Jeśli chcemy Polski: nowoczesnej, dbającej o wspólnotowy charakter społeczeństwa, liberalnej kulturowo, otwartej na świat, europejskiej, rozwijającej się – musimy zdobyć się na wielką odwagę. Najpierw we własnych środowiskach, zaraz potem w otwarciu na zupełnie nowych ludzi. Nowych, choć znanych. Ze swoich poglądów i życiowych osiągnięć, niekoniecznie z partyjnych karier.
Jest praca na kwartał, jeśli idzie o propozycję platformy programowej. I na kolejny kwartał, jeśli idzie o decyzje polityczne.
Jeżeli ta droga nazbyt trudna dla niektórych – trzeba to sobie powiedzieć. Bez obrazy.
Wybory parlamentarne za trzy lata. Za pół roku powinniśmy razem – albo osobno – postawić następny krok.
Inaczej Polska zajmie rzeczywiście, jak pisałem przed tygodniem, zaszczytne, ostatnie miejsce w szeregu państw zjednoczonej Europy. I tego nam wnuki nie wybaczą.

 

Wydanie: 48/2006

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy