Końca impasu nie widać

Końca impasu nie widać

Główni rywale mogliby się dogadać, gdyby tylko chcieli.

Bo tak naprawdę siedzą przy jednym stole, a leży na nim kwestia podatków

Korespondencja z Jerozolimy

Dzisiejsza Jerozolima w ogóle nie przypomina polskich miast w okresie wyborczym, choć piąta w ciągu trzech lat kampania jest na finiszu – Izraelczycy do urn pójdą już 1 listopada. Plakatów wyborczych jest stosunkowo niewiele, przy niektórych przystankach można znaleźć reklamy nakłaniające do głosowania na mniej czy bardziej znanych polityków, a na pojedynczych balkonach widać banery odwzorowujące karty do głosowania ze wskazaną listą.

Przedwyborczy pat

Oszczędność w eksponowaniu polityków w przestrzeni publicznej częściowo wynika ze zmęczenia niemal nieustającą kampanią wyborczą. W dodatku sondaże nie wskazują, by najbliższe wybory przyniosły jasne rozwiązanie kryzysu politycznego, w którym utknął kraj będący w samym środku starcia między byłym premierem Beniaminem Netanjahu a obecnie urzędującym Jairem Lapidem.

Ci dwaj politycy są liderami największych partii, ale wyniki sondażowe żadnej z nich nie dają przewagi pozwalającej myśleć o samodzielnym rządzeniu krajem. Oba ugrupowania mogą bowiem liczyć jedynie na 27-30 mandatów w 120-osobowym Knesecie. To oznacza, że aby zdobyć większość i móc rządzić, będą musiały posiłkować się koalicjantami. Tyle że według sondaży nawet z potencjalnymi koalicjantami żaden blok nie uzyska odpowiedniej większości. Jeśli sytuacja się nie zmieni, kraj mogą czekać kolejne wybory.

Nie znaczy to oczywiście, że Izraelczycy w ogóle nie są zainteresowani wyborami. Wyjście na krótko po zakupy uświadamia, że miasto żyje tym tematem. W sklepie z telefonami i kartami SIM sprzedawca żywo dyskutuje z klientami o tym, kto powinien zwyciężyć. Jeden z klientów, popijając kawę z papierowego kubeczka, zwraca się do mnie na wpół żartobliwie: „Potrzebujemy cudu, ale Bóg na nas patrzy”. Sprzedawca jest jednak przekonany o zwycięstwie Netanjahu, które według niego daje nadzieję na bezpieczeństwo i stabilność przyszłych rządów. „To trochę jak z dziewczyną. Gdy cię zostawi, dopiero wtedy rozumiesz, co straciłeś. Dlatego teraz Izraelczycy wybiorą Bibiego”, uzasadnia swoje prognozy.

Prawica rośnie w siłę

Przypomina też, że rozpadł się największy blok partii arabskich i trzy najważniejsze ugrupowania, które mają reprezentować poglądy arabskich obywateli Izraela, startują tym razem osobno, ryzykując, że nie przekroczą wyborczego progu 3,25%. Pozostawiłyby wówczas do podziału więcej mandatów, a to spory kawałek tortu, bo gdy partie arabskie startowały wspólnie w 2020 r., zdobyły aż 15 miejsc, stając się trzecią siłą w parlamencie. Później jednak nie weszły w koalicję z rządem Netanjahu ani jasno nie sprzymierzyły się z opozycją, pozostając niejako na marginesie krajowej sceny politycznej.

Dzisiaj ich miejsce może zająć koalicja z absolutnie przeciwnego bieguna politycznego. Dotychczas Becalel Smotricz i Itamar Ben-Gwir uchodzili za egzotykę w izraelskiej polityce, lecz dzisiaj sondaże dają im łącznie kilkanaście miejsc, choć obaj politycy reprezentują najbardziej skrajne prawicowe poglądy. Smotricz i jego Religijni Syjoniści sprzeciwiają się m.in. jakimkolwiek koncesjom terytorialnym na rzecz Palestyńczyków. Większość ugrupowania domaga się aneksji całego terytorium Zachodniego Brzegu, a także zwiększenia nakładów budżetowych na finansowanie studiowania Tory (Pięcioksięgu Mojżeszowego) przez studentów jesziw (religijnych szkół żydowskich) i dorosłych ultraortodoksyjnych Żydów. Jego polityczny partner Ben-Gwir prezentuje podobne poglądy, lecz jest o wiele bardziej kontrowersyjny w wypowiedziach.

Ben-Gwir przewodzi ugrupowaniu Ocma Jehudit (Żydowska Siła), które szczyci się, że kontynuuje dziedzictwo rabina Meira Kahane, założyciela partii Kach, zdelegalizowanej jako ugrupowanie terrorystyczne powiązane z zamachem na życie premiera Icchaka Rabina w 1995 r. czy masakrą w Grocie Patriarchów w roku 1994, podczas której Baruch Goldstein, z zawodu lekarz, zabił 29 modlących się Palestyńczyków.

Ben-Gwir może nie nawołuje wprost do stosowania przemocy, lecz nie jest mu ona obca. W ubiegłym roku na parkingu w Tel Awiwie wyciągnął broń palną podczas sprzeczki z arabskimi ochroniarzami, którzy według przekazów medialnych mieli być nieuzbrojeni. Sprawa rozeszła się po kościach i polityk nie poniósł konsekwencji, lecz nie był to pierwszy tego typu incydent z jego udziałem. Kilka tygodni wcześniej doszło do przepychanek między nim a liderem arabskiej Zjednoczonej Listy, Ajmanem Audą, o to czy w izraelskich szpitalach powinni być leczeni palestyńscy podejrzani, którzy zatrzymywani są przy zastosowaniu kontrowersyjnej procedury „aresztu administracyjnego” umożliwiającej służbom zamknięcie kogoś na wiele miesięcy bez postawienia mu zarzutów.

Lider Ocma Jehudit słynie także z wzywania do deportacji nielojalnych jego zdaniem arabskich obywateli Izraela. Sam jednak podkreśla, że jest to ewolucja względem poglądów, które głosił rabin Kahane, ten bowiem chciał odebrać wszystkim Arabom mieszkającym w państwie żydowskim prawa obywatelskie, a pozostawić im jedynie osobiste i uprawnienia do zamieszkania jako rezydenci, bez obywatelstwa.

Rosnąca siła ugrupowań prawicowych może dziwić w kraju budowanym przecież przez żydowską lewicę, która nie wstydziła się prowadzić socjalistycznych eksperymentów, takich jak zakładanie kibuców, czyli kolektywnych gospodarstw rolnych, funkcjonujących zresztą do dzisiaj. Ale stan rzeczy się zmienia, co według wielu moich rozmówców jest wynikiem tego, że izraelskie media prezentują raczej lewicowy światopogląd lub przynajmniej opowiedziały się jasno przeciwko Beniaminowi Netanjahu, na którym ciążą zarzuty korupcji i oskarżenia o nadużycie władzy, a właśnie trwa jego proces, który może ciągnąć się jeszcze latami. Spotykani jerozolimczycy mówią, że sytuacja otwiera im oczy i stąd wzrost popularności prawicy.

Lepsze byłyby żony

Na opozycji wobec Netanjahu też można sporo ugrać. To dzięki takiemu podejściu Jairowi Lapidowi i Naftalemu Bennettowi udało się po poprzednich wyborach stworzyć „rząd zmiany”. Bennett, lider partii Jamina (W prawo), wycofał się tymczasowo z polityki, ale wciąż ufa mu duża część wyborców.

Zdaniem Esther Fuerster-Ashkenazi, Żydówki z Polski, która do Izraela przyjechała w 2014 r., i autorki książki „Izrael bez cenzury”, obaj główni rywale w tych wyborach mogliby się dogadać, gdyby tylko chcieli. „Dzisiaj dla Izraelczyków istotne jest już nie tylko bezpieczeństwo, ale także gospodarka. To jasne, że aby mieć problemy gospodarcze, musi istnieć państwo. Wydaje mi się jednak, że dzisiaj politycy nie mają jasnych recept na to, jak poradzić sobie z szalejącymi cenami. A przecież teraz trzeba niemal wziąć kredyt, by wynająć mieszkanie w Jerozolimie. Za jedno-, dwupokojowe właściciele liczą sobie nawet 6-7 tys. szekli. Wszystko zmieniłoby się, gdyby politycy zrozumieli, że tak naprawdę siedzą przy jednym stole, a leży na nim kwestia podatków”.

Pytam, czy są w stanie to zrozumieć, a moja rozmówczyni się śmieje. „Nie wiem. Ale wolałabym chyba, żeby rządziły nami ich żony. Przynajmniej mają doświadczenie w zarządzaniu projektami, takimi jak prowadzenie domu. A im dłużej politycy są w Knesecie, tym bardziej są oderwani od rzeczywistości. Może coś się zmieni, gdy do parlamentu zacznie wchodzić więcej młodych ludzi?”.

Nie zanosi się jednak na to, by po najbliższych wyborach widać było w Knesecie wiele nowych twarzy. Wciąż na szczytach list znajdują się postacie dobrze znane z mediów nawet osobom, które polityką zajmują się raczej pobieżnie. Najważniejszym pytaniem pozostaje, czy dwaj najwięksi konkurenci będą w stanie zakopać topór wojenny i zbudować bardziej stabilną koalicję rządową, która nie będzie obarczona ryzykiem rozpadu w ciągu kilku miesięcy. Tylko co na to wyborcy, którzy głosują nie na jakiegoś polityka, ale przeciw niemu?

Fot. AFP/East News

Wydanie: 45/2022

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy