Koniec handlu na granicy

Koniec handlu na granicy

Na granicznym przejściu ceny wyłącznie w euro. Z głośników dudnią niemieckie piosenki

Na gminnej witrynie ogłoszeń w Łęknicy pełno ofert dzierżawy placów handlowych na targowisku. Nie ma jednak wielu chętnych. Już 400 osób zrezygnowało z prowadzenia interesu. Pozostało około tysiąca pawilonów.
W drodze do granicznego przejścia nie sposób ominąć stragany. Wciskają się agresywnie z kolorowym towarem rozłożonym na jezdni. Teren rządzi się swoimi prawami. Kilkadziesiąt metrów przed odprawą nie obowiązują przepisy drogowe. Kierowcy samochodów muszą zwolnić i przecisnąć auta między klientami targowiska. Wąskim przesmykiem przejeżdżają w kierunku przejścia, aby nie najechać na rozłożony towar.
Wzdłuż alejek asfaltowych przecinających targowisko widać odzież, tekstylia, wyroby wikliniarskie i góralskie, artykuły gospodarstwa domowego, pokarm dla rybek, radia, magnetofony, telewizory, papierosy, kasety, płyty, porcelanowe lalki i artykuły żywnościowe. Nierzadko na jednym stoisku. Ceny wyłącznie w euro. Z kilku głośników dudnią niemieckie piosenki. Sprzedawcy czekają na klientów oparci o lady lub siedzą w głębi pawilonów. Zachęcają po niemiecku do kupna towaru. Ale chętnych jest niewielu. Starsi klienci oglądają, spoglądają na cenę, zastanawiają się, pytają o rabat. To słowo jest najczęściej używane przez Niemców kupujących na bazarze.
– Chcą kupować poniżej kosztów! – mówi jeden ze sprzedawców. – Pracuję na bazarze od 10 lat. Nigdy nie było tak źle jak teraz. Od stycznia nie zarabiamy nawet na opłaty.
Właścicielka pawilonu pokazuje upomnienia z urzędu. Od dwóch miesięcy nie odprowadza podatku. Dzienny obrót sięga zaledwie 20 euro.
Józef Kaczmarski z Głogowa jest właścicielem trzech pawilonów. Od kilku miesięcy ma straty i dokłada do interesu z emerytury. Chce wytrwać jeszcze rok, dopóki żona nie dotrwa do emerytury. Tak jak wielu innych noce spędza na terenie targowiska. Nie stać go na codzienne dojazdy. Z Łęknicy do Głogowa jest blisko sto kilometrów.
Wszyscy narzekają na warunki higieniczne. Gmina w zamian za wysokie opłaty nie oferuje nawet bezpłatnych toalet.
– To początek końca! – Monika Stokowska nie ma wątpliwości. Dziś utargowała zaledwie 13 euro. Zysk to zaledwie 10% tej kwoty. Zastanawia się nad zamknięciem interesu, ale nie wie, co ma dalej zrobić. Mieszka w Żarach. W okolicy szaleje bezrobocie. Opłaty – podatek, ZUS, zużycie prądu – pochłaniają blisko 2 tys. zł miesięcznie. Bazar kurczy się z miesiąca na miesiąc.

Przyjezdni zwietrzyli interes

Łęknicę od Żar dzieli 40 km. Tak miejscowi nazywają jedno z najokazalszych osiedli domów jednorodzinnych w Żarach. Osiedle kojarzy się wszystkim z ogromnym, bodaj największym bazarem przygranicznym na zachodzie kraju. Tu wyrosły fortuny. Tereny handlowe znajdują się tuż przed granicznym mostem. Z otwartej przestrzeni widać Nysę Łużycką. Za nią po lewej stronie brzegu niemiecki Bad Muskau. Przed wojną – do 1945 r. – Łęknica stanowiła prawobrzeżną część tego miasta.
Po otwarciu granicy, na początku lat 90., zaczęli pojawiać się tu handlowcy z różnych regionów kraju. Kręciło się sporo Niemców, którzy kupowali w polskich sklepach. W dwutysięcznej osadzie przedzielonej czterema ulicami na krzyż panował wielkomiejski ruch. Na parkingach brakowało miejsc. Przyjezdni pytali o kupno i dzierżawę terenów nadgranicznych.
Jan Bieniarz, burmistrz Łęknicy, nie pamięta pionierów targowiska. To nie byli miejscowi. Tutejsi pracowali w trzech zakładach, które wówczas jeszcze nieźle prosperowały.
Potem zaczęła się era handlu towarami sprzedawanymi legalnie i odsprzedawanymi bez znaków akcyzy – alkoholem i papierosami.

Po zakupy do Polski

Wyznaczono tereny pod dzierżawę. Na początku niespełna hektar tuż przed granicznym mostem i przejściem na niemiecką stronę. Z czasem bazar się rozrósł. Asfaltowe alejki przecinały teren. Miasto ograniczyło się do zbudowania tych alejek i… wyznaczania przetargów pod dzierżawę ziemi, na której wyrastały kolejne kramy i stragany.
Targowisko rozwijało się szybko i intensywnie. Wiklinę sprowadzano z Rzeszowskiego, wyroby góralskie – z Podkarpacia, odzież – z Łodzi i okolic. Producenci dostarczali towar pod stragany. Sprzęt audio-wideo i papierosy trafiały na łęknicki bazar wprost z warszawskiego Stadionu Dziesięciolecia. Tu nie mogło zabraknąć żadnego asortymentu. Wszystko przygotowane dla niemieckiego klienta, który u nas kupował znacznie taniej niż u siebie. Zadowolony wracał po zakupy do Polski następnego dnia. Najczęściej kupowano żywność, wędliny i masło. Klientami byli Niemcy mieszkający w odległości kilkudziesięciu kilometrów od granicy.
W dni wolne od pracy przyjeżdżali także z odległych landów. W święta trzytysięczne miasteczko nawiedzały setki, a wkrótce i tysiące Niemców. Kolejka do przejścia granicznego sięgała nawet kilku kilometrów i wybiegała daleko poza granice miasta. Coraz częściej na straganach brakowało towaru. Co miesiąc przybywały kolejne pawilony handlowe. Zatrudniano w nich mieszkańców z okolicy, którzy tracili pracę w upadających miejscowych zakładach.
Zachęcone niezwykłym sukcesem Łęknicy władze samorządowe pobliskiego granicznego Przewozu także chciały czerpać korzyści z granicy. W 1995 r. wraz z otwarciem przejścia granicznego odbywała się uroczystość otwarcia targowiska. Burmistrz Przewozu zapewniał, że gmina rozkwitnie, a pracy dla nikogo nie zabraknie. Ale Przewóz nawet w połowie nie powtórzył sukcesu Łęknicy.

Najbogatsza gmina

Jeszcze do niedawna Łęknicę klasyfikowano jako najbogatszą gminę w Polsce. Opłaty z targowiska sięgały nawet 10 mln zł rocznie i stanowiły 70% dochodów gminy. W przeliczeniu na jednego mieszkańca Łęknica inwestowała najwięcej w kraju. Burmistrz wymienia: oczyszczalnia ścieków, kanalizacja, stacje uzdatniania wód, nowy budynek dla policji, remiza dla straży pożarnej, odnawiane osiedla domów komunalnych, kapitalny remont i rozbudowa szkoły, nowa elewacja dla plebanii, kosmetyczny wizerunek ulic. To wszystko za pieniądze z bazaru.
Burmistrz Łęknicy nie zaprzecza, że lokalna polityka była nastawiona na eksploatację targowiska. Podatek od 1 m kw. gruntu do 1997 r. wynosił 37 zł. Jeden pawilon zajmuje zwykle 12-15 m. Obok pawilonów oddano w dzierżawę parkingi, bazarowe szalety, stacje benzynowe. W niewielkiej Łęknicy postawiono aż cztery stacje benzynowe. Niemcy kupowali benzynę w Polsce taniej niż u siebie.
Kupują nadal, ale różnica nie jest tak znacząca jak niegdyś. Prawie wyrównały się ceny towarów po obu stronach granicy. Głównie z powodu wysokiego kursu złotówki. Niemcom przestało się opłacać.
Burmistrz Łęknicy Jan Bieniarz nie ukrywa zaniepokojenia. Zmalał ruch graniczny, spadły obroty na targowisku. Kupcy narzekają. Żądają redukcji wygórowanych opłat dzierżawnych. Handel przestaje być opłacalny.

Coraz mniej pieniędzy

Z tamtej strony granicy bezrobocie niewiele mniejsze niż w Polsce. Niemcy liczą każdą wydaną monetę. Często porzucają swe mieszkania. Wyjeżdżają w zachodnie rejony Niemiec w poszukiwaniu pracy i lepszego życia. Pustoszeją niemieckie wioski i miasta. Od kilku miesięcy statystyki alarmują o wyludnianiu się wschodnich niemieckich landów. W przygranicznych miastach pustostany sięgają niekiedy nawet 50%.
Sytuacja po niemieckiej stronie ma niewątpliwy wpływ na polskie targowiska przygraniczne. Kończą się bazarowe pieniądze. W bieżącym roku do gminnej kasy Łęknicy wpłynie kilka milionów złotówek mniej.
– I tak jesteśmy w lepszej sytuacji niż inne miasta w regionie – pociesza się burmistrz.
Szare, smutne miasteczko rozkwitło w minionym dziesięcioleciu. Uzbroiło się w bogatą infrastrukturę. Dzięki temu w Łęknicy powstanie ośrodek sanatoryjno-wypoczynkowy. Przed wojną miasto słynęło z parku Mużakowskiego z bogatym, zabytkowym drzewostanem. Od kilku lat trwa jego restrukturyzacja. Pracują przy tym wspólnie grupy młodych bezrobotnych z Niemiec i Polski. Na terenach przylegających do parku już wyznaczono place pod budowę pensjonatów.

 

Wydanie: 15/2002

Kategorie: Reportaż

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy