Korupcja mediów

Korupcja mediów

Bez uprzedzeń

Rozważania o korupcji powinno się zaczynać od opowiadania Marka Twaina „Jak kandydowałem na gubernatora”. Cieszący się zasłużoną opinią uczciwego człowieka kandydat na gubernatora Nowego Jorku odczuwa dyskomfort psychiczny, ponieważ jego nazwisko będzie wymieniane razem z nazwiskami innych kandydatów, których ciemne sprawki były szeroko opisywane przez prasę. Dla dobra społecznego zgadza się jednak ponieść ofiarę. Ciekawy, co też o nim piszą, zagłębił się w lekturę gazet. W jednej przeczytał skierowane do siebie wezwanie, aby wytłumaczył się przed narodem z krzywoprzysięstwa, jakie popełnił w miejscowości Wakawak, na co gazeta ma 44 świadków. Nigdy nie był w Wakawak i nie składał żadnej przysięgi. Druga gazeta pytała, dlaczego jego współlokatorom w Montanie ginęły różne wartościowe drobiazgi i dlaczego dziwnym trafem znajdowano je później w jego kieszeniach. Nigdy nie miał współlokatorów w Montanie. Trzecia żądała wyjaśnienia, jak to było z tą kobietą, którą pobił, kiedy prosiła o jałmużnę. Jeszcze inna twierdziła, że otruł swojego wujaszka, i domagała się od władz ekshumacji zwłok.
Robert Nisbet, amerykański socjolog pierwszej rangi, zwracał uwagę na zawężenie pojęcia korupcji do obszaru polityki i biznesu. W istocie oznacza ono zepsucie i rozkład w różnych dziedzinach życia. Pojęcie korupcji – pisze – „uległo takiemu wyjałowieniu, że w jakimkolwiek z dawnych odniesień wydaje się w istocie szokująco niezrozumiałe. Choć spostrzeżenie, iż w uniwersytetach grozi, a często już postępuje degeneracja czy rozkład nauki i nauczania, winno być dzisiaj zwykłym truizmem, próżno by szukać w prasie, publicystyce, krytyce społecznej choćby wzmianki o korupcji profesorów czy instytutów”. Pisze się głównie o „korupcji elit politycznych”, w niektórych okresach wszyscy przywódcy uznawani są za skorumpowanych, dzieląc tę hańbę z ludźmi biznesu oraz – o czym wiemy z filmów amerykańskich – z policjantami. Twainowskiemu kandydatowi na gubernatora Nowego Jorku nic nie pomoże krystaliczna uczciwość, gdy gazetom z góry wiadomo, że wszyscy politycy, a zwłaszcza ci z wytypowanej partii są przestępcami.
Czym jest to „wiadome z góry”? Są to uprzedzenia nabyte w trakcie konkurencji o czytelników i reklamodawców, a zwłaszcza w rywalizacji politycznej. Zwalniają od krytycyzmu, wskazują, gdzie korzystnie jest szukać nadużyć lub dziury w całym. Z góry wiadomo, że partia przeciwna jest organizacją przestępczą, co niesłychanie uwiarygodnia każde oskarżenie. Podobnie „wiadomo”, że księża molestują seksualnie, a skoro wiadomo, to oskarżycielowi nie trzeba niczego więcej, tylko wytypowania jednego z nich i niech on się spróbuje wytłumaczyć. Trudniej uwierzyć w wyjątek niż w regułę. Oskarżanie według tego, co „z góry wiadomo”, jest przejawem korupcji nie mniej szkodliwej niż przekupstwo czy owo coraz częściej wymieniane kumoterstwo, o którym w PRL mówiło się, że jest ostatnim ludzkim uczuciem na drodze do komunizmu.
Wielu ludzi mówi o innych źle, niektórzy mówią źle o wszystkich („jeden u nas porządny człowiek, prokurator, ale i ten, prawdę mówiąc, świnia”) i tej właściwości nie tracą, gdy otrzymują do dyspozycji gazetę lub audycję telewizyjną. Gorzej – możliwość oskarżania przed milionową widownią w niektórych ludziach wzmacnia kompleks Sobakiewicza. Gdy czytam gazetę, włączę radio lub telewizor, zewsząd słyszę chór Sobakiewiczów. Oczywiście, Sobakiewiczów ukierunkowanych politycznie przez ich partyjne „z góry wiadomo”.
Jeżeli stosunki w Polsce są tak skorumpowane, jak podają media, to tylko interwencja boska mogłaby te media uchować przed korupcją. Nie widać jednak oznak boskiej interwencji. Mam taki głupi charakter, że pierwszą moją reakcją na oskarżenia jest: nie wierzyć. Przeważnie okazuje się, że w dziewięciu przypadkach na dziesięć mam rację, a w jednym się mylę. Wszystkie oskarżenia wysunięte przeciw profesorowi Mariuszowi Łapińskiemu są niewiarygodne, a posądzenia o jakieś związki z rzekomymi działaniami korupcyjnymi w Ministerstwie Zdrowia są niczym innym jak przejawem zepsucia w mediach. Można snuć bardziej lub mniej dowolne domysły co do błędów byłego ministra zdrowia i będą to tylko domysły. Za to sposób, w jaki SLD „oczyścił” się od niewygodnego swego ministra, jest całkiem jasny i każdemu znany. To, za co usunięto go z partii, było niewystarczające nawet na pretekst. Już samo usuwanie z partii prominentnego członka pod pretekstem, a nie z rzeczywistego powodu jest oznaką niezdrowych stosunków, a co dopiero mówić, gdy z braku pretekstu za podstawę oskarżenia bierze się nic nieznaczącą scenkę, w której ukarany nie miał nic do zrobienia i nic nie zrobił. Nie należy walczyć z korupcją sposobami mocno zakrawającymi na zepsucie, a już kompromitacją jest walczyć takimi sposobami z porządnym człowiekiem. Można się zastanawiać, skąd dokąd jest przenoszona korupcja: z polityki do mediów czy z mediów do polityki. Nieuczciwy sposób postępowania z prof. Łapińskim przez SLD został partii narzucony przez media. Andrzej Celiński i tym razem odegrał rolę echa od wewnątrz powtarzającego zarzuty i oskarżenia wychodzące od przeciwników partii, której jest wiceprzewodniczącym.
Liderzy SLD mogą się cieszyć: ich usiłowania odcięcia się od swojej przeszłości przyniosły wynik. SLD już nie jest partią postkomunistyczną. Zdobyła wreszcie nowy wizerunek: dla swoich przeciwników jest już „partią przestępczą”, powiązaną ze „strukturami mafijnymi”. Łatwiej zmienić wizerunek, niż ułagodzić przeciwnika.
Nie trzeba zawężać korupcji do przekupstwa i nadużyć finansowych. Zachodzą jeszcze inne procesy rozkładu i zepsucia. Oskarżycielska akcja mediów, niehamowana poczuciem odpowiedzialności ani względami na prawdę jest niewątpliwie zjawiskiem patologicznym.

 

Wydanie: 29/2003

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy