Kościół z partią, partia z Kościołem

Kościół z partią, partia z Kościołem

Jak biskupi i politycy niszczą polską demokrację

Każdy bowiem arcykapłan z ludzi brany, dla ludzi bywa ustanawiany w sprawach odnoszących się do Boga, aby składał dary i ofiary za grzechy. (Hbr 5,1)

Polski kler budzi zrozumiałe zaciekawienie nie tylko socjologa czy psychologa religii. To grupa społeczna, która od dziesięcioleci, ale szczególnie po zmianie ustrojowej w 1989 r., wywiera ogromny wpływ na życie publiczne naszego kraju. Co ciekawe, wzbudza również niesłabnące zainteresowanie mediów i polityków. Wszyscy zabiegają o względy duchownych, ale też nie kryją lęku przed karzącym palcem proboszcza czy biskupa. Łaskawe spojrzenie człowieka Kościoła może się przełożyć na sukces wyborczy bądź na wzrost nakładu, słyszalności lub oglądalności. Jednocześnie właśnie ta wpływowa grupa mężczyzn jest otoczona nieprzeniknionym murem tajemniczości, który tylko nielicznym dane jest przekroczyć. Dotyczy to zarówno dzisiejszego życia plebanii i kurii biskupich, jak i kościelnych archiwów. Polscy historycy Holokaustu pytani o rolę Kościoła w tym tragicznym wydarzeniu zgodnie utrzymują, że nie mogą udzielić pełnej odpowiedzi ze względu na brak dostępu do kościelnych zasobów archiwalnych. Jednak nie tylko okres II wojny światowej jest objęty klauzulą tajemnicy (dodajmy – nigdzie niezapisaną), również okres PRL pozostaje białą plamą. Nie oznacza to wcale, że nie są one badane przez historyków kościelnych i przez kościelne autorytety dopuszczone do wewnętrznych tajemnic. To jednak temat na oddzielny artykuł, który można roboczo zatytułować: „Kościelna polityka historyczna” albo „Archiwa w służbie heroicznej wizji historii”.

Kasta księży

Można więc bez ryzyka nadużyć powiedzieć, że przynależność do kasty księży (niezależnie, czy dotyczy to kleru diecezjalnego, czy zakonnego) spełnia kryterium instytucji totalnej, o której przed laty pisał Erving Goffman. Jak wiadomo, amerykańskiego socjologa interesowały przede wszystkim szpitale psychiatryczne, jednak zaproponowana przez niego definicja jest na tyle pojemna i otwarta, że można ją zastosować również do innych instytucji, w tym do kleru katolickiego w Polsce. Otóż najważniejszym wyznacznikiem totalnego charakteru danej instytucji jest jej mniejsze czy większe zamknięcie. Goffman pisze: „Każda instytucja wymaga od skupionych w niej ludzi poświęcenia pewnej ilości czasu i zaangażowania, oferując im w zamian swój świat. Krótko mówiąc, każda obraca się w określonej sferze problemów. Gdy się przyjrzymy rozmaitym instytucjom w naszym zachodnim społeczeństwie, to zobaczymy, że niektóre z nich są znaczenie bardziej zamknięte niż pozostałe”. Wśród pięciu kategorii takich zamkniętych instytucji wymienia również „placówki będące miejscem ucieczki od świata, służące często jako ośrodki praktykowania ćwiczeń duchowych czy religijnych”. Moja propozycja włączenia do nich kleru katolickiego nie jest zatem pozbawiona podstaw. Co więcej, mam wrażenie, że zdecydowana większość polskiego kleru nie tylko akceptuje wspomniane zamknięcie, ale wręcz widzi w nim źródło własnej siły i wyjątkowości. Opieram to przekonanie na obserwacji z dwóch dopełniających się perspektyw: wewnętrznej i zewnętrznej. Tę pierwszą zawdzięczam prawie 30-letniemu życiu w ramach struktury zakonu jezuitów, podstawą drugiej jest baczna, choć niepozbawiona empatii obserwacja sposobu funkcjonowania instytucji Kościoła katolickiego w Polsce już po odejściu z zakonu i kapłaństwa w 2005 r. W obu perspektywach jest jednak obecne głębokie przekonanie, że kler odgrywa kluczową rolę w sposobie funkcjonowania tej instytucji w demokratycznym społeczeństwie, ma też największe możliwości wzmacniania bądź niszczenia demokracji. Z pełną odpowiedzialnością muszę stwierdzić, że o ile w latach 1945-1989 ta grupa społeczna sprzyjała obronie praw człowieka i przyczyniła się do rozkładu totalitarnej struktury PRL, o tyle od zmiany systemu do dzisiaj jest największym hamulcowym demokratycznych przemian w kraju. Trafna diagnoza sformułowana w tekstach Barbary Stanosz pisanych właśnie od roku 1989, a zebranych w książce „W cieniu Kościoła, czyli demokracja po polsku” wydanej w 2004 r., nie tylko nie straciła aktualności, ale wręcz miała charakter proroctwa.

To, co proponuję, to nie pełny i zobiektywizowany opis życia polskiego kleru, ale raczej wskazanie pewnych napięć wewnątrz tej grupy, istotnych z punktu widzenia funkcjonowania Kościoła w przestrzeni publicznej. Nie będę epatował skandalicznymi szczegółami życia moralnego niektórych księży czy biskupów. Akurat ta swoista kronika obyczajowa jest dość skrupulatnie odnotowywana przez takie periodyki jak „Nie”, „Fakt”, „Super Express” czy „Fakty i Mity”. Chodzi mi raczej o uchwycenie mechanizmów autodestrukcji polskiego katolicyzmu, które w ostatnich latach nasiliły się głównie za sprawą ścisłej, wręcz intymnej współpracy większości kleru z PiS, a przede wszystkim histerycznego popierania przez niektórych biskupów i księży tzw. religii smoleńskiej i związanej z nią bogatej symboliki religijnej i retoryki politycznej, którą rozpoczął pochówek pary prezydenckiej na Wawelu 18 kwietnia 2010 r. Jak wiadomo, głównym kapłanem tej religii jest obecny metropolita krakowski abp Marek Jędraszewski. Dziwi to tym bardziej, że jest on jednym z najlepiej filozoficznie wykształconych polskich biskupów. Jego rezygnacja z racjonalnego myślenia i przyjęcie fantastycznych interpretacji najnowszej historii Polski i świata to jedna z największych zagadek polskiego Episkopatu. Tym dziwniejsza, że jak głoszą dobrze poinformowane źródła, karierę zawdzięcza on z jednej strony oddaniu abp. Juliuszowi Paetzowi, na którym ciążą poważne oskarżenia o nadużycie władzy i demoralizację kleryków, a z drugiej – przyjaźni z nowo mianowanym kard. Konradem Krajewskim, jałmużnikiem papieża Franciszka. Widać, te powikłane powiązania nie sprzyjają jasności myślenia.

Portret zbiorowy

Nakreślenie zbiorowego portretu polskich biskupów i polskiego kleru katolickiego przy końcu drugiej dekady XXI w. jest przedsięwzięciem wręcz karkołomnym, i to z wielu powodów. Najważniejszy to potrzeba zderzenia triumfalistycznej narracji prezentowanej przez sam kler z rosnącym zażenowaniem wywoływanym komentarzami, jakie sam wielokrotnie słyszałem na temat zachowań i stylu pracy polskich księży. Ta pierwsza ma związek z poczuciem wyjątkowości polskiego katolicyzmu i roli wyznaczonej mu przez Opatrzność. Jest ona prezentowana zwłaszcza przez media zbliżone do środowiska Radia Maryja i Telewizji Trwam, zarówno w Polsce, jak i poza jej granicami. Poza Polską w ostatnich latach jest szczególnie wykorzystywana gęsta sieć polskich parafii obsługujących środowiska polonijne w USA, Australii czy krajach Europy Zachodniej. W tej działalności bardzo aktywni są członkowie zgromadzenia księży chrystusowców założonego przez kard. Augusta Hlonda w 1932 r. (jego pełna nazwa brzmi Towarzystwo Chrystusowe dla Polonii Zagranicznej). Wyznacznikiem tej świadomości jest nie tylko wspomniane poczucie specjalnej misji powierzonej polskim katolikom przez Boga, ale również poczucie wyższości wobec zsekularyzowanych środowisk katolickich w krajach, w których żyją polscy katolicy.

Ostatnio to przeświadczenie jest wzmacniane przez konserwatywnych hierarchów, znanych jako przeciwnicy papieża Franciszka. Jednym z nich jest amerykański kardynał Raymond Burke, który na początku czerwca przebywał w Polsce na zaproszenie bp. Wiesława Meringa (ur. 1945), znanego eurosceptyka. Na Meringu ciąży również zarzut świadomej współpracy ze służbą bezpieczeństwa (to ustalenia zbliżonego do Kościoła historyka Jana Żaryna). Otóż w wywiadzie dla Katolickiej Agencji Informacyjnej Burke powiedział, że „Polska jest takim promykiem nadziei w coraz bardziej zdechrystianizowanym i zsekularyzowanym świecie, promykiem, który inspiruje Kościół powszechny”.

Natomiast poczucie zażenowania łączy się zwykle z homofobicznymi i szowinistycznymi postawami polskiego kleru, jego niską kulturą teologiczną, zakorzenioną bardziej w ludowej, a nawet magicznej obrzędowości lubującej się w przejawach pobożności bezrefleksyjnej. Co więcej, ta niska kultura teologiczna wyraźnie odstaje od głównego nurtu katolicyzmu posoborowego, ekumenicznego i otwartego na dialog z innymi religiami. Poza tym polscy księża (widziałem to na własne oczy w Niemczech, Australii i USA) lepiej się czują we własnym środowisku i przeważnie nie przejawiają żadnego zainteresowania kulturą lokalną, utwierdzając polskich katolików w zasadności postaw izolacjonistycznych nie tylko wobec innych wyznań chrześcijańskich i innych religii, ale także wobec innych form samego katolicyzmu.

Niekiedy powstaje uzasadnione wrażenie, że polski kler w zdecydowanej większości (i to zarówno w Polsce, jak i za granicą) coraz bardziej rozmija się z głównym nurtem katolicyzmu posoborowego. Reprezentuje katolicyzm bliższy duchowi soboru trydenckiego, który wypracował teologię polemiczną i kontrreformacyjną, oraz literze soboru watykańskiego I, znanego z antymodernistycznej krucjaty rozpoczętej w połowie XIX w. przez papieża Piusa IX. Duch dialogu z soboru watykańskiego II zdecydowanie ulotnił się z polskiego katolicyzmu. Dominują w nim polemiczne zacietrzewienie i lęk przed współczesnością, zanurzone w mesjanistycznych rojeniach niczym z romantycznych uniesień polskiej literatury. Warto też dodać, że dwa najważniejsze wymiary pontyfikatu papieża Franciszka, czyli walka z pedofilią w Kościele i zaangażowanie w pomoc uchodźcom, są przez polskich biskupów marginalizowane.

Razem z imperium

Przywołane na początku zdanie z Listu do Hebrajczyków, przypominające, że księża są częścią społeczności, dla której pracują, więc w istocie są dziećmi swego czasu, tylko do pewnego stopnia jest słuszne. Zmiany zachodzące w księżach pochodzenia chłopskiego wskazywał przed laty Wincenty Witos, dziwiąc się ich brakowi zrozumienia dla problemów własnej klasy społecznej. Spostrzeżenie zanotowane na kartach wspomnień tego wybitnego działacza chłopskiego jest na tyle ciekawe, że warto je przywołać: „Spodziewać się należało, że oni [księża pochodzenia chłopskiego], znając nędzę i upośledzenie swoich ojców i współbraci na wsi, przyjdą do nich z miłością i chrześcijańskim zaparciem siebie. Stało się inaczej. Poza ślepym, bezkrytycznym wykonywaniem każdego polecenia swej władzy zaczęli się odznaczać najdalej posuniętą gorliwością i zaciętością w walce, nienawiścią i pogardą dla przeszłości, lekceważeniem chłopów i forsownym zbieraniem groszy na różne cele, nie zapominając także o sobie”. Podobne procesy wypierania się własnych korzeni można zauważyć u dzisiejszych księży, w większości wszak wywodzących się ze środowisk wiejskich.

Główna w tym „zasługa” procesu socjalizacji, jakiemu przyszli księża zostają poddani w seminariach, jak też mechanizmów karier w Kościele. Jak się wydaje, właśnie lata spędzone w ścisłym odosobnieniu w seminarium mają znacznie większy wpływ na kształtowanie systemu wartości przyszłego kapłana niż socjalizacja w rodzinie, szkole i środowisku parafialnym. Wiele materiału na ten temat można znaleźć w udokumentowanych publikacjach, jak chociażby w „Celibacie” autorstwa Marcina Wójcika czy „Żeby nie było zgorszenia. Ofiary mają głos” mecenasa Artura Nowaka i jego żony, psychoterapeutki Małgorzaty Szewczyk-Nowak. Pomijając tytułowe problemy tych książek, warto je czytać pod kątem uchwyconych portretów psychologicznych polskich księży. Jak się wydaje, i dla bohaterów tych publikacji, i dla ich przełożonych znacznie ważniejsze jest zachowanie pozorów (w tym wypadku społecznego obrazu kleru jako wzoru moralności) niż rozwiązanie bolesnych i społecznie uciążliwych problemów.

Równie istotna jest kwestia rozliczeń z peerelowską przeszłością i współpracą znacznej części kleru (w tym biskupów) z aparatem bezpieczeństwa. Znowu mimo pojawienia się prawdziwej lawiny publikacji na ten temat, poczynając od znakomitej i wyważonej książki Andrzeja Grajewskiego „Kompleks Judasza. Kościół zraniony. Chrześcijanie w Europie Środkowo-Wschodniej między oporem a kolaboracją”, nic nie wskazuje na gotowość polskiego kleru do zmierzenia się z własną przeszłością. Charakterystyczny jest w tym kontekście przykład abp. Stanisława Wielgusa, którego niedoszły ingres do katedry warszawskiej na początku 2007 r. odbił się echem nie tylko w Polsce, czy ostatnio dobrze udokumentowany artykuł w „Rzeczpospolitej” poświęcony współpracy abp. Sławoja Leszka Głódzia z agentami Służby Bezpieczeństwa. W obu przypadkach szczególną gorliwością w ich obronie wykazuje się Radio Maryja.

Wspominam o tym wymiarze życia kleru bynajmniej nie kierowany pasją lustracyjną, ale by wskazać podwójne standardy obecne w narracji Kościoła. Z jednej strony, gdy w mediach publikowane są dokumenty świadczące o współpracy dzisiejszych dostojników, nieodmiennie pojawiają się argumenty w stylu: „Cóż to za sąd na podstawie świstków, dokumentów trzeci raz odbijanych” (to kard. Józef Glemp broniący abp. Wielgusa). Z drugiej natomiast, oskarżenia o zdradę, o komunizm to stała retoryka w mediach podległych Tadeuszowi Rydzykowi. Chciałoby się przypomnieć starą zasadę: kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie. I nie jest zapewne dziełem przypadku, że publicyści zajmujący się działalnością toruńskiego redemptorysty i zaprzyjaźnionych z nim polityków (jak Tomasz Piątek piszący o Antonim Macierewiczu) wskazują jego rosyjskie powiązania. Zapewne nie jest też przypadkiem, że z ramienia Konferencji Episkopatu Polski abp Głódź w latach 2001-2012 był przewodniczącym Rady ds. Środków Społecznego Przekazu, a w latach 2002-2012 przewodniczył Zespołowi Biskupów ds. Duszpasterskiej Troski o Radio Maryja. W praktyce oznaczało to bezwarunkowe i bezkrytyczne wsparcie dla mediów nie tylko sprzeciwiających się wejściu Polski do UE w 2004 r., ale też konsekwentnie popierających partie prawicowe. Można więc powiedzieć, że sukces wyborczy PiS w 2015 r. był również sukcesem mediów Rydzyka. Nie dziwiły zatem hołdy składane toruńskiemu redemptoryście przez cały rząd z prezesem Jarosławem Kaczyńskim na czele właściwie od początku sprawowania władzy.

Ścisłe związki wielu biskupów z medialnym imperium Rydzyka mogą dziwić z uwagi na jego antyintelektualny i ksenofobiczny charakter, bo większość polskich hierarchów ma stopnie akademickie, i to często zdobyte na renomowanych katolickich uczelniach Europy Zachodniej i USA. Czy jest tak, jak powiada jeden z księży, że piuska biskupia działa na księdza jak gaśnica na rozum, czy może to po prostu syndrom zachowań stadnych, obawa przed narażeniem się grupie i stąd się bierze opinia, że biskupi (przynajmniej polscy) to najbardziej solidarny związek zawodowy? Moim zdaniem spory w tym udział polskiego papieża Jana Pawła II, który od 1978 r. aż do śmierci w roku 2005 kształtował polski Episkopat. Oczywiście należy wziąć poprawkę na ostatnie lata pontyfikatu, gdy zniedołężniały papież praktycznie przekazał politykę personalną i nominacje biskupie swojemu sekretarzowi Stanisławowi Dziwiszowi. W każdym razie faktem jest, że krytyka pod adresem skrajnie upolitycznionych hierarchów pojawia się rzadko i w sposób nader oględny bodaj tylko ze strony dzisiaj już emerytowanych biskupów Tadeusza Pieronka i Henryka Muszyńskiego. Zwykle jednak i oni nie wymieniają nazwisk.

Rzymskie kariery

Tymczasem mamy do czynienia ze środowiskiem nie tylko podzielonym, ale wręcz skrajnie spolaryzowanym. Problem polega na tym, że w imię źle pojętej solidarności kastowej poszczególni biskupi i księża nie są w stanie, albo po prostu nie chcą, tych różnic publicznie artykułować. W związku z tym, że mnie ta solidarność nie obowiązuje, spróbuję dokonać wstępnej charakterystyki poszczególnych grup.

Najważniejszą grupę stanowią księża, którzy mają za sobą tzw. rzymskie kariery. Ich poczet otwiera oczywiście kardynał emeryt Stanisław Dziwisz (ur. 1939), rozdający karty w polskim Kościele. Zaraz po nim sytuuje się również emerytowany nuncjusz (1989-2010) i prymas (2010-2014) Józef Kowalczyk (ur. 1938). Rzymskie lata bądź epizody mają abp Juliusz Paetz (ur. 1935), abp Józef Michalik (ur. 1941), bp Tadeusz Rakoczy (ur. 1938), a z młodszych wspomniany już abp Marek Jędraszewski i abp Stanisław Gądecki (obaj rocznik 1949), z najmłodszych zaś abp Konrad Krajewski (ur. 1963). Tę listę można ciągnąć jeszcze długo (w tej chwili w Polsce jest 153 biskupów). Najważniejsze na drodze do kościelnej kariery (czytaj: zdobycia sakry biskupiej) jest ich doświadczenie Rzymu, a nie rzetelnych studiów teologicznych przygotowujących do mierzenia się z najistotniejszymi problemami współczesności. Nie jest to przypadek odosobniony, ale sprawdzony system rekrutacji biskupów w całym Kościele katolickim. Jednak katolicyzm polski wyróżnia się wyjątkową słabością krytycznej refleksji teologicznej i całkowitym podporządkowaniem dekretom wydawanym przez poszczególne kongregacje rzymskie. Zdumiewa to tym bardziej, że twórcza refleksja teologiczna po soborze watykańskim II rozwija się na świecie w nieustannym sporze właśnie z Watykanem. O ile mi wiadomo, żaden polski teolog nie stał się obiektem zainteresowania watykańskich urzędników, co oczywiście może budzić szacunek dla ich ortodoksji, ale też wskazywać wtórność ich teologii. Jedyny przypadek buntu wysokiego urzędnika watykańskiej Kongregacji Nauki Wiary polskiego pochodzenia to odejście z kapłaństwa ks. Krzysztofa Charamsy (ur. 1972) w 2015 r. Swoje doświadczenia z Kościołem opisał on w książce „Kamień węgielny. Mój bunt przeciw hipokryzji Kościoła”.

Większość młodych księży i kandydatów do kapłaństwa znakomicie wtopiła się w totalną instytucję i czeka spokojnie na zmianę pokoleniową, by przejąć schedę po odchodzących weteranach. Nawet młodzi biskupi, znani wcześniej z otwartych i liberalnych poglądów, zdają się wpisywać w obowiązujący model katolicyzmu przedsoborowego. Choć papież Franciszek obudził nadzieje na zmianę również w polskim Kościele, wydają się one coraz bardziej płonne, gdyż nad Wisłą dominuje cierpliwe czekanie na zmianę, a niektórzy księża wprost modlą się o „odejście do Pana” niewygodnego papieża. Pewne nadzieje zwykło się łączyć z grupą młodszych biskupów, takich jak prymas abp Wojciech Polak czy arcybiskup łódzki Grzegorz Ryś (obaj rocznik 1964) oraz arcybiskup metropolita białostocki Tadeusz Wojda (ur. 1957) i bp Krzysztof Zadarko (ur. 1960) odpowiedzialny za sprawy imigracji. Reprezentują oni skrzydło umiarkowane, zdystansowane wobec środowiska Radia Maryja i zbliżone do „Tygodnika Powszechnego”. Deklaratywnie stoją oni po stronie papieża Franciszka, jednak ich znaczenie jest marginalizowane przez główny nurt, od którego zresztą nie potrafią bądź nie mogą się odciąć.

Papież swoje, biskupi swoje

Warto w tym kontekście rzucić okiem na strukturę Episkopatu i jego poszczególne komisje. Nie jest ona zbyt czytelna, ale pozwala zrozumieć, kto tak naprawdę w tym gronie rządzi i jaki ma wpływ. Choć teoretycznie każdy biskup diecezjalny jest „panem na zagrodzie”, zasadnicza polityka jest uzgadniana na tzw. konferencjach plenarnych, które kończą się zwyczajowym komunikatem. Na tyle jednak ogólnikowym, że niewiele z niego wynika. Dla pamiętających dawny system jest to dokładne odzwierciedlenie oficjalnych komunikatów ogłaszanych przez KC PZPR. Tylko wtajemniczeni potrafili odczytać z nich, jak wyglądają rozgrywki między poszczególnymi frakcjami. Tak jest i dzisiaj w Kościele. Przykładem może być siedem stron z ostatniego takiego spotkania, które odbyło się w Janowie Podlaskim 9 czerwca (chętnym polecam lekturę kościelnej nowomowy dostępnej na oficjalnym portalu Episkopatu).

Otóż z tego tekstu można się zorientować, że polscy biskupi nadal trzymają się starej i sprawdzonej strategii dyscyplinowania wiernych, a wskazania papieża Franciszka z adhortacji Amoris laetitia traktują jako pretekst do „ewolucji mentalnej” (tak wyraził się bp Andrzej Czaja, przewodniczący Komisji Nauki Wiary KEP, referując przygotowany dokument – wytyczne pastoralne). Mówiąc krótko, papież Franciszek swoje, polscy biskupi swoje. I tak już zostanie. Polska specyfika oznacza absolutną stagnację nie tylko doktrynalną, ale i dyscyplinarną. A kto stoi za taką strategią przeczekiwania argentyńskiego papieża? Członkowie najważniejszego gremium, czyli Prezydium i Rady Stałej Konferencji Episkopatu Polski. Są też przeróżne komisje, rady i zespoły. O wynikach działań tych grup dowiadujemy się dzięki rzecznikowi prasowemu. Nie muszę dodawać, że głos decydujący mają biskupi. Nie ma tam żadnych świeckich osób, o kobietach nie wspominając. Od 2014 r. najważniejszy jest przewodniczący KEP abp Stanisław Gądecki, który wielokrotnie dał się poznać jako zdecydowany przeciwnik jakichkolwiek zmian w dyscyplinie kościelnej. To abp Gądecki razem z wiceprzewodniczącym KEP abp. Markiem Jędraszewskim i sekretarzem bp. Arturem Mizińskim stanowią prezydium. Jednak najważniejsza jest Rada Stała, do której z urzędu oprócz członków prezydium wchodzą prymas abp Wojciech Polak i kard. Kazimierz Nycz, a z wyboru sześciu biskupów diecezjalnych (abp Stanisław Budzik, abp Sławoj Leszek Głódź, abp Grzegorz Ryś, abp Józef Kupny, bp Andrzej Czaja, abp Wiktor Skworc) i dwóch biskupów pomocniczych (bp Marek Mendyk, bp Piotr Turzyński). Ta grupa będzie jeszcze rządziła przez rok. Potem będą nowe wybory. Czy coś zmienią? Wątpię. Oczywiście będą zmiany ze względu na tzw. czynnik ludzki (emerytury, choroby, możliwe spektakularne skandale związane z nowymi odkryciami w zbiorach zastrzeżonych IPN itd.). Jednak zasadniczo biskupi polscy będą się trzymać sprawdzonej linii.

Na zakończenie tych uwag poświęconych polskim biskupom warto przypomnieć, że papież Franciszek pozbył się z kurii rzymskiej trzech bardzo wpływowych kardynałów, którzy nadawali ton poczynaniom tej instytucji. Chodzi o wspomnianego już Amerykanina Raymonda Burke’a, Niemca Gerharda Ludwiga Müllera i ostatnio Włocha Angela Amata. Kardynałowie ci nie ukrywali niechęci, a nawet wrogości do Franciszka oraz jego prób liberalizacji dyscypliny kościelnej i otwarcia na inne religie. Jednak papież obszedł się z nimi na tyle łagodnie, że kardynałowie nadal jeżdżą po świecie, przekonują, że Franciszek nie ma racji, i wspierają konserwatywne skrzydło w Kościołach lokalnych (np. w Polsce). Odsunięcie od władzy aroganckich i wrogich hierarchów nie jest równoważone promocją ludzi naprawdę sprzyjających jego próbom reformy. Owszem, nie odczuwają oni wrogiego ostrza rzymskich kongregacji, ale nic nie wskazuje, by ich otwarte idee znalazły przełożenie na codzienną praktykę lokalnych Kościołów. Przypomina to nieco politykę Jana Pawła II, który sam był otwarty na inne religie, zwłaszcza na judaizm, lecz nie zrobił nic, by zmniejszyć siłę rażenia antysemickich i ksenofobicznych poglądów lokalnego kleru, chociażby w Polsce. Obawiam się, że podobnie będzie teraz. Dla zachowania świętego spokoju Franciszek nie wtrąca się w problemy peryferyjnych Kościołów, a to oznacza, że lokalny kler będzie decydował o kształcie lokalnego katolicyzmu. Nie jest to dobry prognostyk dla polskiej demokracji.

Stanisław Obirek jest profesorem nauk historycznych, teologiem i antropologiem kultury, pracuje w Ośrodku Studiów Amerykańskich Uniwersytetu Warszawskiego


Struktura Konferencji Episkopatu Polski
Prezydium:
przewodniczący – abp Stanisław Gądecki
wiceprzewodniczący – abp Marek Jędraszewski
sekretarz generalny – bp Artur Miziński

Rada Stała KEP
Członkowie prezydium oraz:
abp Wojciech Polak – prymas Polski
kard. Kazimierz Nycz – metropolita warszawski
abp Stanisław Budzik – metropolita lubelski
abp Sławoj Leszek Głódź – metropolita gdański
abp Grzegorz Ryś – metropolita łódzki
abp Józef Kupny – metropolita wrocławski
bp Andrzej Czaja – biskup opolski
abp Wiktor Skworc – metropolita katowicki
bp Marek Mendyk – biskup pomocniczy diecezji legnickiej
bp Piotr Turzyński – biskup pomocniczy diecezji radomskiej


Najważniejszą grupę w Episkopacie stanowią księża, którzy mają za sobą watykańskie kariery: kard. Stanisław Dziwisz, abp Józef Kowalczyk, abp Juliusz Paetz, abp Józef Michalik, bp Tadeusz Rakoczy, abp Marek Jędraszewski, abp Stanisław Gądecki, abp Konrad Krajewski.

Wydanie: 25/2018

Kategorie: Kościół

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy