Kukułcze gniazda po Syberiadzie

Kukułcze gniazda po Syberiadzie

Nie wymierzam sprawiedliwości doznanemu światu. Pisząc tę sagę, chciałem tylko zrozumieć swój czas

Zbigniew Domino, autor „Syberiady Polskiej” i „Czasu kukułczych gniazd”

– Pana książka „Czas kukułczych gniazd” ukazuje się w szczególnym czasie. Niemcy domagają się odszkodowań za swe majątki utracone na terenach polskich, gdy uciekali przed styczniową ofensywą w głąb Rzeszy. Pan pokazuje ten exodus w relacji Sybiraków, którzy w 1946 r. znaleźli się w dolnośląskiej wsi, częściowo zamieszkanej jeszcze przez Niemców. Wtedy było oczywiste, że taki los zgotował swym rodakom Hitler i na jego rozkaz opuszczali rodzinne strony. Dziś mówi się o nich wypędzeni – w domyśle przez Polaków. Czy napisał pan „Czas kukułczych gniazd”, aby polemizować z Eriką Steinbach?
– Nie, skądże, nie jestem publicystą ani politykiem. Ten temat siedział we mnie, zwłaszcza po napisaniu „Syberiady Polskiej”, powieści o losach mieszkańców Czerwonego Jaru, wsi pod Zaleszczykami, którzy we wrześniu 1939 r. po zajęciu przez Armię Czerwoną wschodnich ziem II RP zostali przesiedleni na Syberię. „Czas kukułczych gniazd” to właściwie drugi tom tej epopei; losy tych samych bohaterów, ale już w powojennej Polsce. Nie spodziewałem się, że sięgnę po ten temat, bo uważałem, że moje obrachunki z dzieciństwem zakończyłem opisaną w „Syberiadzie” ciszą, gdy biedni zesłańcy z transportu PT-2564 zobaczyli biało-czerwony słup graniczny. Ale na moje spotkania z czytelnikami, zwłaszcza w Szczecinie, przyszli ludzie, z którymi walczyłem o przeżycie w syberyjskim Kaluczem. Potem jechaliśmy w tym samym transporcie. I oni namawiali: napisz, co się z nami działo, gdy przyjechaliśmy do tej wytęsknionej Polski!
– Losy repatriantów ze Wschodu były wielokrotnie przedstawiane w reportażach i powieściach. Świetnie oddała to Halina Auderska w „Ptasim gościńcu”, a książka wyszła równo 30 lat temu.
– A także Paukszta, Worcell…
– Co jeszcze nowego można było wymyślić?
– Ależ ja nie piszę o repatriantach, lecz o Sybirakach. To była osobna kategoria – nie przesiedleńcy, ale zesłańcy. Ci pierwsi jechali na Ziemie Odzyskane z jakimś skromnym dobytkiem – krową, kurami czy choćby pierzyną. Sybiracy mieli tylko zawszony tobołek. Ich rodziny były okaleczone, poszatkowane – w armii Andersa czy u Berlinga często potraciły ojców, mężów, synów. Wracali z tajgi po kilku latach zwierzęcego bytowania, odcięci od jakichkolwiek wieści o ojczyźnie. Dopiero na granicy dowiadywali się, że nie zobaczą swego wyśnionego wiśniowego sadu. Że powiozą ich dalej, na zachód i wrzucą w obce środowisko.
– Na końcowej stacji peregrynacji bohaterów „Czasu kukułczych gniazd”, w Zielonych Polach (dawniej Grünfeld), mieszkają jeszcze Niemcy. Nie zabrali się z pierwszym transportem, niektórzy, jak gwałcona przez czerwonoarmiejców Frau Asche, która do 1941 r. mieszkała na Wołyniu, przeżyli piekło. Nie wszyscy wyjadą na dobre do Vaterlandu. Zdarzy się, że w młodej Niemce zakocha się Polak, wezmą ślub. I, o dziwo, nie będą w tym środowisku wyklęci.
– Sybiracy zupełnie inaczej odbierali Niemców. Jeśli Niemka i Sybiraczka znalazły się w jednym gospodarstwie i ta pierwsza miała być wysiedlona, ta druga współczuła jej, bo pamiętała wyrzucanie z rodzinnej wsi przez NKWD. Poza tym skazani na tajgę nie mieli pojęcia, jak wyglądała hitlerowska okupacja. Powieściowy nastolatek Staszek Dolina dowiaduje się o tym dopiero w Zielonych Polach od swego rówieśnika, który pochodził z Poznańskiego i tu, na Dolnym Śląsku, z nieposkromioną mściwością za śmierć najbliższych z upodobaniem znęcał się nad starym, Bogu ducha winnym autochtonem. Sybiracy nie wypędzali Niemców. Nawet jeśli przyszło im dzielić wspólne obejście. Kaleką Niemkę Grudelkę wyrzucił z dnia na dzień przybysz z Łódzkiego.
– Wkrótce po zajęciu gospodarstwa w Zielonych Polach 16-letni Staszek Dolina jedzie odwiedzić swego dziadka Leona w Kalinowej pod Rzeszowem. Jest przekonany, że wreszcie ogrzeje się wśród swoich, odetchnie znajomym powietrzem. Staszek przeżyje szok na wieść o masowych mordach Żydów, którzy przed wojną tworzyli przecież koloryt galicyjskich miasteczek.
Swoją drogą – ten chłopak jest w stanie permanentnego zdziwienia. Nie wygłasza żadnych sądów, nie rozszyfrowuje mechanizmów historii, on tylko patrzy, podsłuchuje dorosłych i w milczeniu układa sobie w głowie mozaikę różnorodnych doznań. Czy Staszek to alter ego Zbigniewa Dominy?
– Prawdopodobnie.
– A inna, bardzo ważna postać w powieści – Jasiek Kalinowski, młody AK-owiec z Czerwonego Jaru, który jako jedyny uciekł w 1940 r. z transportu na Sybir, bo nie chciał opuścić swej Oksany, czarnobrewej Kozaczki. Był taki naprawdę?
– To licentia poetica. Akcja „Czasu kukułczych gniazd” toczy się w latach 1946-1947, w jednej wsi na Dolnym Śląsku. W dramaturgii powieści Kalinowski ma do spełnienia ważną rolę – przyjedzie do Zielonych Pól, aby opowiedzieć, co działo się w Czerwonym Jarze i w pobliskich miejscowościach po wysiedleniu stamtąd Polaków. A działy się rzeczy straszne. Brat ukochanej Jaśka szalał w UPA. Wypisane na płotach hasło „Smiert Lacham” zbroczyła krew mordowanych Polaków. Tak zginęła ciotka Kalinowskiego, nauczycielka, wcześniej dręczona przez NKWD. W miasteczku Tłuste bestialsko zabito prawie wszystkich Żydów. Banderowcy zamordowali też księdza i opiekujące się sierotami siostry zakonne. Sybiracy nie mogli sobie wyobrazić, że na ich Podolu doszło do czegoś takiego. Przecież w dawnej Rzeczpospolitej żyli zgodnie jeden obok drugiego: Polak, Żyd, Ukrainiec.
– Słuchają więc posłańca złych nowin i próbują jakoś podsumować nieprawdopodobne wieści…
– Co jest tym trudniejsze, że ich emocje nie dzielą się według stereotypu czarne-białe. W Czerwonym Jarze było sporo rodzin mieszanych, polsko-ukraińskich. Na Sybir wywożono głównie Polaków, ale zdarzało się, że podobny los spotykał tych Ukraińców, któryż pomagali polskim „panom”. To byli jacyś leśniczowie, sołtysi itd. I kiedy w 1946 r. Sybiracy mogli już wrócić do Polski, tamci zostawali, wcale nie z własnej woli, na terenie ZSRR.
– Akcja książki kończy się w 1947 r. Wygląda to na cezurę w odysei mieszkańców jednej wsi.
– W istocie nie jest to przypadek. W 1947 r. w Zielonych Polach słychać już było pomruki stalinizmu. Pod koniec powieści jest taka scena: miejscowy chłopak, który prosto z wojska poszedł do UB, pijąc wódkę z sołtysem Sybirakiem, szepcze mu do ucha, że w Zielonych Polach też są reakcjoniści. I kogo on podejrzewa? Kalinowskiego, bo na Podolu był w AK, oraz swojego kolegę, który na Sybirze wstąpił do armii Andersa. Ta cezura była więc w pełni świadoma. Na tym opowieść o losach moich bohaterów musiała się skończyć, bo nadchodziły inne czasy. Już nie mógłbym wszystkich mężczyzn z tej wsi umieścić którejś nocy na miedzy pod lasem, aby pilnując zagonów kartofli przed dzikami, otwarcie, bez strachu dyskutowali o amnestii, armii Andersa czy o „leśnych”.
– Nie chciał pan pokazać, kto z nich w tych sporach miał historyczną rację?
– Nie jestem historykiem. Nie wymierzam sprawiedliwości doznanemu światu. Historia – jak powiedział prof. Tazbir – to taka szkoła, gdzie jest wielu nauczycieli, ale nie ma uczniów. Ja, pisząc tę sagę, chciałem tylko zrozumieć swój czas.
– Staszek Dolina, choć nie wygłasza żadnych tyrad, wie o wiele więcej, niż mówi. To się czuje. Może stąd się bierze wyraźna sympatia czytelnika do tej postaci. Pan wzbogaca jego „zasłuchanie” swoją wiedzą o tamtych czasach.
– Takie prawo pisarza. Nawet jeśli przyjąć, że Staszek to w dużej mierze ja w latach 50., nie zbudowałbym ani „Syberiady Polskiej”, ani „Czasu kukułczych gniazd” tylko na podstawie własnych wspomnień. Gdy wywieziono mnie z rodzinnego Podola, miałem dziewięć lat, gdy wróciłem – 16. Pokazanie choćby formowania się polskiego wojska gdzieś w głębi ZSRR kosztowało mnie dużo studiów. Poza tym pisałem obie książki z pozycji człowieka o określonych poglądach politycznych.
– To znaczy?
– Posłużę się eufemizmem – serce noszę po lewej stronie.
– „Błędne ognie”, pana pierwsza uznana powieść – po wcześniejszych zbiorach opowiadań – została wydana w 1974 r. To dzieje trzech kolegów ze szkolnej ławy, których powojenne drogi życiowe powiodły w różne strony. Nie mam wątpliwości, że wykorzystał pan w fabule własne przeżycia, ale zamknął ją pan w klasycznych ramach powieściowej fikcji. Czy „Syberiada Polska”, a zwłaszcza „Czas kukułczych gniazd” są powieściami? A może to bardzo rozbudowane reportaże literackie? Ile jest w tym rzeczywistych historii, a ile autorskiego fabularyzowania?
– To proza niefikcyjna. Taki termin dla pewnego gatunku twórczości w drugiej połowie XX w. ukuł krytyk literacki, Przemysław Czapiński z Uniwersytetu Poznańskiego. Podparłbym się też opinią Andrzeja Mencwela, wyrażoną w posłowiu do prozy Igora Newerlego: że przetarł on pewną ścieżkę w teorii literatury – napisał powieść, która naprawdę się dzieje.
– Ciekawa jestem, co uznał pan za możliwe do pokazania bez kamuflażu, a co trzeba było ukryć czy wręcz skompilować z kilku życiorysów.
– Prawdziwe są losy Sybiraków i mechanizm, który nimi rządził. Zmieniłem prawem powieściopisarza niektóre nazwiska, bo przecież opisuję wiele osobistych, rodzinnych dramatów. Miejsce naszej zsyłki w tajdze, Kalucze, jest autentyczne. Fikcyjna jest nazwa wsi na Dolnym Śląsku. Ale można się domyśleć lokalizacji tej prawdziwej przystani Sybiraków w powojennej Polsce – pobliskie miasteczko ma w nazwie zmienioną tylko jedną literę. Zakamuflowane są losy Niemek w Zielonych Polach. Bo jeszcze żyje tam rodzina powieściowej Grudelki, a także ci Polacy, którzy nie mieli dla niej litości. Prawdziwa jest historia Michalewskich; oni nadal mieszkają w tamtej wsi. Tak więc autentyczne nazwiska i życiorysy mieszają się ze zmyślonymi. Przyjąłem takie kryterium – ci, o których bestialskich czynach nie powinno się zapominać, np. dwaj gestapowcy z Tłustego na Podolu, niech pozostaną na kartach książki ze swymi danymi biograficznymi. Są też wymienione z nazwiska ofiary banderowców: dwaj księża z Tłustego i siostry szarytki, które przechowywały polskie i żydowskie sieroty pod Czerwonogrodem. Nazwy startych z powierzchni ziemi miejscowości – Tłuste, Czerwonogród – są do odszukania na mapach. Mój dziadek Leon jest prawdziwy. Podobnie tyczyńscy Żydzi i nazwiska tych, którzy ich przechowywali. Ku pamięci – to jestem im winien.
– Te dziecięce lata spędzone na Syberii są nie do wytarcia z pana psychiki. Czy w dorosłym wieku nie ciągnęło pana, aby pojechać tam, obejrzeć się za siebie?
– Bardzo. Gdy w latach 80. pracowałem w Moskwie jako dyplomata, zrobiłem wszystko, aby dostać się do Kaluczego. Nie było łatwo. Moi przyjaciele Rosjanie doradzili: jedź do Irkucka, do Związku Pisarzy, a gdy tam wypijesz na powitanie, podpowiedzą ci, jak dalej sobie radzić. I tak zrobiłem. W miejscowym komitecie partii trafiłem na towarzysza, który był z pochodzenia Polakiem. Trochę ubyło z mojej teczki wypakowanej alkoholem, ale dostałem się do Tajszetu. A stamtąd do mojego baraku było już tylko 300 km. Z sekretarzem rejonowym lecieliśmy nad tajgą helikopterem. Nie miał żadnej mapy. Twierdził, że nie słyszał o przysiółku zesłańców. Ale ja prosiłem tylko: lećmy wzdłuż rzeki. Wreszcie w gęstwie starodrzewu dostrzegłem jasną plamę młodej sośniny. Wylądowaliśmy, znalazłem zmurszałe resztki baraków i pagórek, gdzie grzebaliśmy naszych. Wziąłem garść ziemi z grobu mojej matki. Poznałem go po złamanym krzyżu, który ojciec pomazał smołą, aby dłużej stał. Przypuszczam, że wtedy umocniło się we mnie przekonanie, iż powinienem to wszystko opisać.
– Czy pojechał pan też po latach do wsi, która była pierwowzorem Zielonych Pól?
– Tak. Stąd w „Czasie kukułczych gniazd” wziął się wątek powojennych losów miejscowych Niemek. Sporo opowiedziała mi ta, która wyszła za Polaka.
– Czy to prawda, że czekał pan pięć lat na wydanie „Syberiady Polskiej”?
– Prawda. Rękopis miałem gotowy w 1993 r. Potem zacząłem szukać wydawcy. Rozesłałem konspekty. Wszędzie mi odmawiali. Słyszałem, że owszem, dobrze się czyta, ale ta tematyka… Tak się złożyło się, że do Rzeszowa, gdzie mieszkam, przyjechał Wiesław Myśliwski. Wziął do pociągu na drogę powrotną mój maszynopis, bagatela, 600 stron. Potem zatelefonował, że ta książka musi być wydana. I wpadł na pomysł, aby pokazać maszynopis Jackowi Marciniakowi, właścicielowi wydawnictwa Studio EMKA. I książka się ukazała.
– Jaki był jej odbiór?
– Przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Dostałem mnóstwo listów. Nagrodę czytelniczą im. Raczyńskich. Książką zainteresowali się Ukraińcy w Kijowie. Przyznali mi międzynarodową Nagrodę im. Włodzimierza Winniczenki (to ukraiński pisarz, emigrant). Do tłumaczenia zabrało się pewne wydawnictwo moskiewskie. Byłoby w naszym, polskim interesie, aby „Syberiada Polska” tam się ukazała. Zwłaszcza że w mojej epopei o zesłańcach nie znajdzie się złego słowa o zwykłych Rosjanach. Bo nie usłyszy pani tego od żadnego Sybiraka. Teraz „Syberiada” jest przekładana na język francuski.
– Czas na tom trzeci. Zastanawiam się wraz z innymi czytelnikami, co stanie się ze Staszkiem Doliną. Rozstajemy się z nim, gdy chodzi do pierwszej klasy gimnazjum. Na rodzinny dom spada nieszczęście – umiera Bronia, jego macocha, która była dla Staszka jak matka. Jak potoczą się jego losy?
– Będzie musiał szybko dorosnąć. Gdy zabraknie dobrej Broni, zostanie puszczony samopas. Zrobi małą maturę w tym miasteczku, którego nazwę ukryłem. Przyjdzie na zapowiadane we wsi zebranie ZMP; będzie chciał dalej się uczyć, a ponieważ jest bez pieniędzy, organizacja podpowie mu drogę kariery wojskowej. Wciągnie go w swe tryby machina politycznej indoktrynacji. To go oddali od Zielonych Pól. We wsi pojawi się, aby namówić ojca do wstąpienia do spółdzielni produkcyjnej. Nie tylko rodziciela nie przekona, ale jeszcze będzie musiał wyciągać go z aresztu. Stary Dolina był przeciwny kontyngentom.
Oj, ciągnie mnie pani za język, muszę się bardzo pilnować, żeby nie wpaść w jakiś socjologiczny schemat.
– W księgarniach pana książki wyróżniają się nie tylko ciekawą oprawą graficzną, ale i opasłością. Jak pan utrzymuje w ryzach swoich bohaterów, jeśli trzeba ich przeprowadzić przez 600-700 stron maszynopisu?
– Zdarza się, że to oni prowadzą ołówek (bo ja po staroświecku nie używam komputera). Nieraz już zauważyłem, że stworzę jakąś postać, a ona w miarę pisania wychodzi ze pierwotnych ram, staje dęba albo zaczyna wplątywać się w jakieś nieprzewidziane przygody. W życiu nie wpadłbym np. na to, że szlachetny, romantyczny Janek Kalinowski zastrzeli w 1941 r. na Podolu znajomego policjanta, który wypatrzył, że Oksana ukrywa u siebie Żydówkę. Janek nigdy nikomu nie przyznał się do tego zabójstwa. A zastrzelił, bo tylko w ten sposób mógł uratować przed gestapo swoją dziewczynę, Ukrainkę (której ciotkę wcześniej zamordowali Polacy), i jej przyjaciółkę Żydówkę. Ten straszny czyn, tak nieprzystający do psychiki Janka, jakoś sam mi się wylał na papier. Jakby niezależnie od mojej woli.
Bardzo mnie ucieszyło, gdy dowiedziałem się, że również Wiesław Myśliwski ma kłopoty z poskromieniem książkowych postaci. I Józef Hen przyznaje się do tego. Znalazłem się w dobrym towarzystwie.


Zbigniew Domino (ur. w 1929 r.) poza sagą o Sybirakach napisał: „Błędne Ognie”, „Złotą Pajęczynę”, „Bukową Polanę”, „Cedrowe Orzechy”, „Pszenicznowłosą”, „Sztorm”,” Bramę Niebieskiego Pokoju” i „Notatki spod Błękitnej Flagi”. Proza Dominy tłumaczona była na francuski, rosyjski, ukraiński, bułgarski, słowacki, gruziński i kazachski.

Wydanie: 44/2004

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy