Lewicy coś się śni

Lewicy coś się śni

Aleksander Kwaśniewski przed wyjazdem za granicę powiedział (opieram się na relacji telewizyjnej), że będzie gotów po powrocie stanąć na czele partii czy formacji lewicowej, pod warunkiem że w jej skład wejdą oprócz SLD socjaldemokraci Borowskiego oraz Partia Demokratyczna (dawniej Unia Wolności). Inicjatywy byłego prezydenta dotyczące kombinacji partyjnych obejmujących Unię Wolności nie przynosiły owoców, raczej szybko osiadały na mieliźnie. Nie więcej szczęścia miał Włodzimierz Cimoszewicz, który najpierw zapowiedział, że będzie kandydował w wyborach prezydenckich, jeżeli poprze go Partia Demokratyczna. Gdy ta odmówiła mu poparcia, szukał już tylko pretekstu do wycofania się. Wszystko, co w myśl „paradygmatu” Kwaśniewskiego osiągnięto, to koalicja tych trzech partii w obecnych wyborach samorządowych. Wszystkie one znajdują się w takim położeniu, że lepszego wyjścia nie miały. Podtrzymanie tej koalicji do wyborów parlamentarnych nie wydaje się możliwe, chyba że SLD w dalszym ciągu będzie oddalał się od swojego naturalnego elektoratu, licząc na to, że znajdzie jakiś nowy, dogadzający koalicjantom.
Każda z tych trzech partii ma jakieś zalety. Borówki mają duże zdolności koalicyjne, ich szef od początku zapowiadał, że może poprzeć Platformę Obywatelską, a współdziałanie z PD nie nastręcza im wielkich trudności.
Partia Demokratyczna może liczyć na życzliwość wielkiej gazety codziennej i gotowość Aleksandra Kwaśniewskiego do niesienia jej pomocy, co nie jest dużo, ale partie lewicowe i tego nie mają. Sojusz zaś, jako jedyny w tej trójce, obok samych wad posiada zdolność przekroczenia progu wyborczego. Jego liderzy robią jednak wiele, aby tę zaletę utracić.
Od dwu osób biegłych w politycznej analizie, jednej lewicowej, drugiej prawicowej, słyszałem opinię, że gdyby wybory sejmowe odbyły się teraz, SLD mógłby uzyskać sukces tylko pod przywództwem Leszka Millera. Nikt inny – mówili – z widocznych na scenie nie jest zdolny odzyskać dla SLD wyborców lewicowo-konserwatywnych, zwanych we wrogim obozie elektoratem postkomunistycznym. Ta opinia mnie dziwi, ponieważ Miller skupia na sobie wrogość wszystkich mediów, a wśród wyborców „postkomunistycznych” uchodzi za wicezdrajcę (pełnym zdrajcą miałby być Aleksander Kwaśniewski). Zdaje się, że nie są to obciążenia, z którymi nie mógłby sobie poradzić. Jego naturalni wyborcy, którymi są ludzie niepogodzeni z delegitymizacją i totalnym potępieniem PRL, nienawidzą propagandy głoszonej przez wszystkie media, ponieważ jest ona skierowana tak samo przeciwko nim, jak przeciw Millerowi, a nawet przeciw nim jeszcze bardziej.
Usunięcie Leszka Millera z kierownictwa SLD nie miało za powód jego błędów, które były niemałe, niewiele mniejsze od błędów tych, którzy w kierownictwie pozostali, lecz wynikało głównie z animozji osobistych oraz krótkowzrocznego wyrachowania. Złożono ofiarę z Millera w nadziei, że w ten sposób będzie można przebłagać okrutnego boga sondaży. Liderzy lewicy nie zauważyli, że jedyną rzeczą, która dawała im przewagę nad partiami prawicy, było zgodne działanie i robienie wrażenia, że wszyscy nawzajem się szanują.
Zmiana kierownictwa Sojuszu była niezbędna, ale niezbędna była także zmiana koncepcji politycznej, co jeśli nastąpiło, to tylko na gorsze. Odsuwając od władzy Millera i robiąc dalej te same błędy co przedtem, Sojusz stracił jedynego dobrego polemistę, jakiego miał, a boga sondaży nie przebłagał.
Gdy młodzi robią od początku swoją partię lewicową, jasne jest, że będzie miała ona swoją hierarchię problemów, swoje tematy i swoją ocenę rzeczywistości. Starsi mogą im sprzyjać, ale to nie znaczy, że zapomną o tym, czego nauczyło ich własne życie.
Młodzi nie tworzą jednak swojej partii lewicowej. Jest to zastanawiające. Duch czasu nie sprzyja ideom lewicowym. Gdy nie ma rewolucji i gdy nie jest projektowana, podział na lewicę i prawicę przestaje mieć znaczenie. W takim właśnie czasie żyjemy. Rewolucję mamy tylko w pamięci i ta rewolucja się skompromitowała. Panuje duch kontrrewolucyjny i restauracyjny. Historia cofnęła się o pół wieku i jak pisał Miłosz, „kluczowe miejsce zajmuje Katyń i Powstanie Warszawskie, tudzież całkowita rehabilitacja postawy nieprzejednanych na emigracji. Zegar cofnął się do roku 1944”. Państwo zdobyte przez „Solidarność” wbija dostępnymi sobie środkami ludziom do głowy, że ich najważniejsze problemy to problemy sprzed pół wieku. Młodzi w to wierzą i są intelektualnie bezradni wobec tego, co jest ich teraźniejszością. Jeszcze nie pojawił się na lewicy młody lider, który by się tej wizji oparł. Wojciech Olejniczak, młodzieniec sympatyczny i skądinąd inteligentny, jest niewolnikiem tej wykreowanej nadrzeczywistości jak całe jego pokolenie. Pisze on („Gazeta Wyborcza”) o „lewicy obciążonej winą za budowę państwa komunistycznego w Polsce, częściowo tylko odkupionej pokojowym oddaniem władzy w 1989 r.”. Ileż razy i, jak się okazuje na próżno, Jan Karski, najrozumniejszy chyba człowiek na prawicy, powtarzał: żaden pojedynczy Polak i żadna polska siła nie miała wpływu na wprowadzenie komunizmu w Polsce! Gdzie tu jest miejsce na winę lewicy? Budowanie w obiektywnie złych warunkach państwa było zasługą, a nie winą lewicy. Pisze dalej Olejniczak: „lewica powinna odważyć się na krytyczną i pozbawioną przemilczeń ocenę PRL…”. Odważyć się? A kto zabrania? Co za to grozi? Czy nie jest to aby nakazane? Przecież media, IPN, podręczniki szkolne, księża itp. każdego dnia odważnie potępiają PRL. Sama lewica także nic innego nie robi od dwudziestu lat. Przewodniczący SLD do swojej tradycji lewicowej włącza nie tylko Jacka Kuronia, co jest bezpodstawne, ale także cały KOR. Jeżeli PRL jest oceniana według tego, co w niej było najgorsze, dlaczego w ten sam sposób nie oceniać KOR-u? Nie zniknął on bez śladu, nie umarł wraz z Jackiem Kuroniem, on istnieje; jego czołowi działacze odgrywają pierwszoplanowe role w prawicowej władzy: Macierewicz rządzi tajnymi służbami, senator Romaszewski już siedemnasty chyba rok obmyśla najlepsze sposoby lustrowania, Lityński jest współtwórcą IPN-u, pomniejsi współpracownicy KOR-u zajmują najwyższe urzędy w państwie.
Nawała propagandowa obozu solidarnościowego (który przywłaszczył sobie wszystkie korzyści wynikłe z upadku systemu radzieckiego) jest tak potężna, że lewica nie potrafi się jej oprzeć. Opamiętania się i odkrycia rzeczywistej historii powojennej Polski można się będzie spodziewać raczej gdzieś w rejonach realistycznej prawicy, u nowych Stańczyków. Nie dojdzie do tego, zanim oszołomstwo się nie wyszumi, nie wykipi i nie wyparuje.

Wydanie: 46/2006

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy