Linda – macho w teatrze

Linda – macho w teatrze

Słaby Hamlet, dobry Rawski

Inna rzecz z teatralnymi wcieleniami artysty – widzowie zapomnieli o nim jako aktorze i reżyserze teatralnym, choć absolwent solidnej krakowskiej szkoły teatralnej (1975) rozpoczął karierę, jak przystało, od debiutu na scenie. Zagrał niewielką rolę w zapomnianym dramacie Bohdana Urbankowskiego „Białe ogrody” (o gen. Jarosławie Dąbrowskim) na deskach Starego Teatru. Grywał zresztą w niezgorszych tytułach – w Starym wystąpił jeszcze w „Warszawiance” Wyspiańskiego oraz w „Zbrodni i karze” Dostojewskiego. Po czym przeniósł się do wrocławskiego Teatru Polskiego, gdzie zaprezentował się, bagatela, w roli tytułowej w „Hamlecie”. Recenzenci nie zostawili na nim suchej nitki. Krytyk „Wiadomości” pisał: „Od pierwszego wejścia na scenę aktor jednakowo zawodzi, utrzymując swoje kwestie w manierycznie jednostajnej tonacji, co mu uniemożliwia później jakiekolwiek zróżnicowanie stanów psychicznych bohatera, momentów buntu, rozpaczy czy chęci pomsty”. Wtórowała mu recenzentka „Wieczoru Wrocławia”: „Po pierwsze, nie ma w nim Hamleta. Z szekspirowskim duńskim księciem nie ma nic wspólnego błąkający się po scenie młody człowiek”. Trudno więc uznać, aby wówczas Linda zjednał sobie publiczność, choć bez wątpienia zwrócił na siebie uwagę.

W Polskim grał ze zmiennym szczęściem przez trzy sezony, lepiej już pisano o nim po roli Witusia w „Skizie” Gabrieli Zapolskiej – warto odnotować, że tym razem był także asystentem reżysera. Wprawdzie reżyser Ewie Bułhak dostały się cięgi, ale Lindę już chwalono: „Najdzielniej przed pułapkami wymyślnej reżyserii broni się Bogusław Linda w roli żywiołowego, prostego i obcesowego hreczkosieja Witusia”, oceniał niedawny krytyk Hamleta w „Wiadomościach”.
Potem zagrał jeszcze we Wrocławiu Hansa Castorpa, głównego bohatera „Czarodziejskiej góry” Thomasa Manna, w spektaklu Piotra Paradowskiego „Według Thomasa Manna”, a przede wszystkim Rawskiego w „Koczowisku” Tomasza Łubieńskiego. Rola na tyle zwróciła uwagę krytyki, że Linda otrzymał za nią wyróżnienie na XXI Festiwalu Polskich Sztuk Współczesnych – pierwsze w życiu wyróżnienie aktorskie i, co warte podkreślenia, za rolę teatralną. Prawdę mówiąc, za epizody filmowe trudno byłoby wówczas Lindę wyróżniać. Przełom miał nastąpić wraz z początkiem lat 80.

Pojawia się i znika

To mogło być prawdziwe trzęsienie ziemi, w latach 1980-1982 Linda nakręcił bowiem ponad 10 filmów, jeden ważniejszy od drugiego. Na tej liście znalazły się „Kobieta samotna” i „Gorączka” (z kreacją anarchisty Gryziaka) Agnieszki Holland, „Wolny strzelec” Wiesława Saniewskiego, „Przypadek” Krzysztofa Kieślowskiego, „Dreszcze” Wojciecha Marczewskiego, „Matka Królów” Janusza Zaorskiego czy „Człowiek z żelaza” i „Danton” Wajdy – w tym ostatnim polsko-francuskim obrazie, nakręconym na podstawie zapomnianej sztuki Stanisławy Przybyszewskiej „Sprawa Dantona”, Linda zagrał ideowego jakobina Saint-Justa. We wszystkich tych filmach pokazał skalę swoich możliwości, a zarazem zarysował wyrazisty profil gorączkowego ideowca, zdolnego do wyrzeczeń i wielkich czynów, „demonicznego, opętanego buntem i pragnieniem wolności, ale także pogardą dla świata, ludzi i własnego życia”, jak pisała Grażyna Stachówna. To powody, dla których Tadeusz Lubelski porównywał Lindę z tych pierwszych filmów do Humphreya Bogarta, a potem czuł się przez aktora porzucony, kiedy ten zaczął grać ludzi moralnie podejrzanych, ubeków, zabójców, nawet jeśli o gołębim sercu, to i tak budzącą odrazę „karykaturę samego siebie”.

Nie wszystkie jednak tytuły z przytoczonej listy trafiły u progu lat 80. na ekran. Cenzura wstrzymała dystrybucję „Przypadku”, „Kobiety samotnej”, „Wolnego strzelca” i „Matki Królów”. Mimo to pojawienie się silnej osobowości ekranowej stało się faktem i od tego czasu kino zaczęło aktora na dobre odciągać od teatru.

Strony: 1 2 3

Wydanie: 1-2/2015

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy