Listy

Listy

*Chojnów – nie tylko agonia szpitala
Szczęścia to miasteczko Chojnów zbyt wiele nie miało, a już ostatnio to limit wyczerpał się chyba całkowicie.
Zlikwidowano wszystko, co można, z wyjątkiem urzędów. W Urzędzie Miasta pracowało kiedyś 13 osób, a księgowa, pani Tosia Kulczycka, miała duże liczydło, takie na kulki, ale ani złotówki długu. W budynku na placu Zamkowym, gdzie nie powiewały flagi, mieścił się Urząd Miasta, Urząd Gminy, Urząd Stanu Cywilnego z cywilizowaną salą ślubów, Spółdzielnia Mieszkaniowa, no i dwa Komitety PZPR, w tym jeden miejski wyłożony na okrągło czerwienią.
Słowo honoru na okrągło z wyjątkiem okien.
No, za to dziś jeden Urząd Miasta zajmuje kilka budynków, zatrudnia 3/4 setki pracowników, komputerów nie ma chyba tylko w toaletach. Za to jak obsługiwani są petenci! Nie wierzycie? No to proszę bardzo, ale tylko trochę, bez nudziarstwa.
Rozwaliłem łeb o znak drogowy, więc podreptałem do Urzędu Miasta. Co to takiego podnieść kawałek blachy o pół metra wyżej? Ano nic. Szef od dróg – nic, szef od gospodarki – nic, burmistrz – nic, ba, nawet sam powiatowy szef komunikacji, bardzo uprzejmy człowiek, też nic.
Taki to jest opór tej głupiej materii.
O, przepraszam, od burmistrza, gdzie bezczelnie wszedłem zapytać, za ile kwadransów od wyznaczonego przezeń czasu mnie przyjmie (minęły dopiero trzy), mogłem wyjść w kajdankach po to, by mnie nauczyć kultury, jak to określił szef straży miejskiej.
Miałem kilka uwag, a może i pomysłów odnośnie służby zdrowia, więc zasygnalizowałem je szefowej Rady Miasta. Odpowiedzią była informacja, kiedy odbędzie się sesja Rady, ale bez zaproszenia, bym chociaż oklaskami mógł fetować jej efekty. Data była na tyle ścisła, że rok i miesiąc się zgadzał.
Trzy razy w czymś, co się nazywa “Gazeta Chojnowska”, chciałem napisać o czymś, co być może nie tylko mnie interesuje.
Wytłumaczono mi, że, po pierwsze, jest to gazeta rządowa (autentyk), po drugie, oni mi tego nie wydrukują i tłumaczyć się nie będą, dlaczego, a jak już tak bardzo chcę, to muszę dostać zgodę Urzędu Miasta na to, by umieścić podziękowania dla urzędników.
O tym, kto pozwoliłby na krytykę, brak mi wyobraźni.
Był taki czas w historii Chojnowa, że jeden z jego mieszczan w rozpaczy ofiarowywał swój dom w zamian za parę butów, by iść stąd, gdzie oczy poniosą.
Dziś tylko światło na wieży kościelnej wskazuje drogę – tylko do czego?
Kazimierz Jędrzejczyk, Chojnów

Wydanie: 4/2001

Kategorie: Od czytelników

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy