Ludowe poczucie sprawiedliwości

Ludowe poczucie sprawiedliwości

Prawo i obyczaje

Nieodzownymi składnikami kultury prawnej każdego cywilizowanego narodu są pewne niewzruszalne zasady, od których odstąpić nie wolno w żadnym razie ze względu na jakieś „wyższorzędne” racje polityczne, światopoglądowe lub inne. Do tych fundamentalnych zasad należy przede wszystkim obowiązek działania wszystkich organów władzy publicznej na podstawie prawa i wyłącznie w jego granicach. Państwo, którego władze stawiają ponad obowiązujące procedury prawne cele walki politycznej i gwałcą lub omijają prawo, powołując się na zasadę „cel uświęca środki”, nie zasługuje na miano państwa prawnego. Do tego argumentu sięgały wszelkie totalitaryzmy. Władza bolszewicka walczyła w ten sposób z „wrogami ludu pracującego miast i wsi”, a narodowy socjalizm rozprawiał się krwawo z prawdziwymi bądź choćby podejrzanymi tylko przeciwnikami ustroju. Władza sowiecka postawiła po zagarnięciu rządów w 1917 r. ponad prawem ustawowym tzw. rewolucyjne poczucie prawa. Podobny odwrót od idei prawa stanowionego dokonał się w Trzeciej Rzeszy, w której wszelkie decyzje państwowe odwoływały się do tzw. narodowego poczucia prawa. Dowolne manewrowanie pojęciem ludowego (vel narodowego) „poczucia sprawiedliwości” było w tych ustrojach źródłem nihilistycznych poglądów na prawo.
Z zażenowaniem przypominam powyższe banalne prawdy historyczne. Sądziłem, że w państwie prawnym, jakim z mocy konstytucji jest Trzecia Rzeczpospolita, poglądy nawiązujące do wspomnianych doktryn zostały już dawno odrzucone. Okazało się jednak, że idee Lenina i wodza Trzeciej Rzeszy pokutują nadal w mentalności polityków współczesnej doby, którzy wynoszą się ponad obowiązujące prawo, stawiając ponad nim chęć zniszczenia przeciwnika per fas et nefas.
Myślenie kategoriami z gruntu obcymi państwu prawnemu zaprezentował ostatnio, ku memu najwyższemu zdziwieniu, przewodniczący sejmowej Komisji Śledczej badającej tzw. aferę Rywina. Podczas dyskusji nad książką „Rzeczpospolitej” pt. „System Rywina, czyli druga strona III Rzeczypospolitej” w dniu 30.06.br. wicemarszałek Sejmu, prof. Tomasz Nałęcz, powiedział, że sprawozdanie wspomnianej komisji będzie odzwierciedleniem „ludowego poczucia sprawiedliwości” (cyt. za „Gazetą Wyborczą” z 2.07.br). Dodał, że „werdykt ludu już zapadł i jest on sprawiedliwy”. Podobnym językiem posługiwali się powojenni komuniści, którzy zagarnąwszy bezprawnie władzę, gwałcili prawa pod hasłem „cel uświęca środki” i powiadali, że pragnie tego „lud”.
Nieraz już na łamach „Przeglądu” występowałem z krytyką gadaniny ludzi, którzy parają się polityką w sposób urągający regułom racjonalnego myślenia. I oto mamy nowy przykład zamętu pojęciowego w języku politycznym. Mówienie, że w sprawie Rywina zapadł jakiś „werdykt ludu”, jest nonsensem. W państwie prawnym lud nie wydaje żadnych „wyroków” miarodajnych dla prawnej czy moralnej oceny odpowiedzialności osób publicznych. Doszukiwanie się tej podstawy w tzw. opinii publicznej jest po prostu nadużyciem. Opinia obywateli o winie aktorów dramatu kształtowała się pod wpływem sugestii medialnych, na które przeciętni obywatele są bardzo podatni. Telewizyjny obraz świadków odbierany był przez telewidzów w sposób nader nieobiektywny.
Pojęcie opinii publicznej jest kategorią mocno uproszczoną. Dawno już pisała Hannah Arendt, że pojęcie to w sensie potencjalnej jednomyślności wszystkich jest błędne („O rewolucji”). Dyktatorskie władze chętnie odwoływały się zawsze do opinii ludu w celach propagandowych. Mówienie dziś o jednolitym werdykcie opinii publicznej w sprawie ustawy medialnej jest obraźliwe dla polskiego społeczeństwa, które nie jest społeczeństwem masowym poddanym indoktrynacji, jak niegdyś zniewolone narody. Podszywanie się pod rzekomą opinię całego społeczeństwa jest nieetycznym chwytem politycznym. Niedawno redaktor jednego z tygodników (nb. bardzo cenionego) posunął się jeszcze dalej. Napisał, że to „cała Polska” oskarża ministrów, którzy pracowali nad projektem ustawy o radiofonii i telewizji („Tygodnik Powszechny” z 23.02.br.).
Z niepokojem patrzę, jak coraz bardziej pogrąża się w kryzysie ustrojowa zasada państwa prawnego, polegająca na podziale (i równowadze) władzy ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej (art. 10 ust. 1 konstytucji). Warto przypomnieć, że już w 1918 r. Lenin doprowadził do zniesienia tej zasady jako obcej sowieckiemu systemowi rządzenia (L. Kołakowski „Główne nurty marksizmu).
Sejmowa Komisja Śledcza badająca sprawę L. Rywina nie respektowała ściśle zakresu swej kompetencji, wtrącając się w działania organów prokuratorskich. Świadkowie z układu rządzącego byli przesłuchiwani de facto w charakterze podejrzanych. Członkowie komisji wypowiadali w licznych wywiadach stronnicze i apodyktyczne oceny na temat kwalifikacji prawnej zachowań aktorów dramatu, m.in. jego czołowej postaci. Do orzekania o winie podejrzanych powołane są wyłącznie niezawisłe sądy, na które nikomu wpływać nie wolno. W systemie ustrojowym RP prokuratura jest organem niezależnym od komisji sejmowych. Komisja Śledcza nie ma więc prawa do rozliczania Prokuratury Apelacyjnej w Warszawie z jej działań, m.in. z tego, że wniosła do sądu akt oskarżenia wyłącznie przeciw L. Rywinowi.
W działaniach wszystkich władz publicznych w państwie prawnym obowiązuje bezwzględnie zasada sprawiedliwości proceduralnej, czyli ścisłego przestrzegania reguł uczciwego postępowania w dochodzeniu do prawdy. W postępowaniu przed Komisją Śledczą muszą być przestrzegane ogólne metody śledcze wzorowane na obowiązującym kodeksie postępowania karnego. Nie znaczy to, że komisja ta musi rządzić się w każdym szczególe wspomnianym kodeksie, co trafnie stwierdził prof. Nałęcz w wywiadzie w „Przekroju” z 29.06.br.).
Przedstawione zastrzeżenia nie podważają sensu istnienia sejmowych komisji śledczych. Celem tych uwag było ukazanie ujemnych następstw wszczęcia sejmowego śledztwa bez żadnych właściwie doświadczeń praktycznych i podbudowy teoretycznej. Najcięższą wadą tego bezprecedensowego eksperymentu okazało się podważenie pryncypialnej zasady rozdziału władz. Doszło nawet do tego, że wysoki hierarcha Kościoła katolickiego (ks. abp. Józef Życiński), nie bacząc na konkordatową zasadę niewtrącania się Kościoła w sprawy państwowe, wystąpił publicznie z postulatem, by ustawa medialna została z Sejmu wycofana, a jej autorzy odwołani z zajmowanych stanowisk!
Piotr Skarga powiedział w jednym ze swych kazań sejmowych, że prawa nie mają w sobie żadnych namiętności i uwieść się krzywo nie dadzą. Sprawie Rywina towarzyszyły od początku nieokiełznane emocje, które stanęły ponad prawem. A powinno być odwrotnie. Prawo po to bowiem zostało przed wiekami wymyślone, by trzymało w ryzach ludzkie szaleństwa niekontrolowane rozumem.
W państwie prawnym każde, nawet z pozoru nieistotne odstąpienie od formalnych gwarancji prawidłowego stosowania prawa otwiera furtkę dla kolejnych coraz poważniejszych nadużyć. Naszym politykom obca jest prawda, którą słowami bohaterki „Kupca weneckiego” wypowiedział William Szekspir: „Nie ma w Wenecji potęgi mogącej łamać stanowione prawo. Sąd taki złym byłby przykładem, za którym liczna gromada nadużyć w prawa nasze by się wkradła”.

 

Wydanie: 30/2003

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy