Pustynia może przerażać, ale jednocześnie intryguje i pobudza fantazję Tamanrasset, czyli mityczny Tam dla przyjaciół i wtajemniczonych, to niepisana stolica Sahary. Moda turystyczna w końcu lat 80. sprawiła, że starożytna oaza, niegdyś centrum karawanowe, zatraciła swój dawny urok i dziś sprawia wrażenie wypranej z kolorów, anonimowej mieściny. Motocykliści, hałaśliwie przejeżdżający obok Tuaregów na wielbłądach, wnoszą coś z nastroju rajdu Paryż-Dakar, najbardziej idiotycznej imprezy, która czyniąc gwałt na przyrodzie, zburzyła atmosferę Sahary. Dotarłem tutaj wczoraj z gośćmi Explorersa, agencji specjalizującej się w odbiegających od schematów wyjazdach, zapewniających dużą porcję mocnych wrażeń. Sfatygowani dziesięciodniowym morderczym upałem regenerujemy teraz siły, odpoczywając w cieniu daktylowych palm hotelu Tahat. Zapraszam do stolika pełnego godności Tuarega z długim mieczem u pasa. To przedstawiciel legendarnych, wojowniczych Błękitnych Ludzi, w przeszłości absolutnych władców Sahary. „Napijesz się z nami piwa?”. Milcząco kręci głową. „Może coca?”. „Nie. Woda”, odpowiada zimno, patrząc w oczy zza niebieskiego zawoju szczelnie omotującego twarz. „Nie lubisz piwa?”. „Nie znam jego smaku, bo wiem, że pragnienie gasi się wodą. Wy, biali, jesteście nieobliczalni. Mówicie, że u was płyną rzeki, biją fontanny i często padają deszcze. Jeśli to wszystko prawda, po co przyjeżdżacie do nas, gdzie człowiek cierpi pragnienie? Ja – ciągnie uparcie – nie rozumiem was. Mówiłeś, że z Algieru do Tam przyleciałeś samolotem w ciągu jednego dnia. Dla mnie i moich wielbłądów trzeba na to miesiąca. Chciałbym wiedzieć, co robisz w pozostałe 29 dni”. Ta lekcja na zawsze pozostanie mi w pamięci. Nasze miary, nasz styl życia i sposób wypełnienia czasu różnią się krańcowo. Na pustyni czas liczy się w tysiącach lat, u nas dni lecą szybko, wciąż coraz szybciej. Do stolika dosiada się Sersouf, jeden z najlepszych przewodników na Saharze. Wielokrotnie towarzyszył mi w moich eksploracjach i do wczoraj też był z nami. Zawsze w dobrym humorze, pochodzi ze szlacheckiego rodu beduińskiego plemienia Beni Hilan. Jego ojciec walczył w wyborowym oddziale dromaderów u boku Francuzów, okupujących terytorium Tuaregów. To dzięki niemu Sersouf poznał wszystkie sekrety pustyni. Zajmował się kontrabandą, wrodzoną pasją wszystkich mieszkańców Sahary, a kiedy na początku lat 60. nieśmiało rodził się ruch turystyczny, zajął się pilotowaniem obcokrajowców. Był dla mnie niezastąpionym mistrzem, nauczając istotnych pustynnych zasad: być uważnym, pokornym i przezornym. Jeszcze do wczoraj, w poszukiwaniu mitu Sahary, znosiliśmy trudy życia na pustyni. Jedliśmy kuskus i chleb pieczony w piasku przykrytym rozżarzonym węglem, budziliśmy się nocą od lamentu szakali, chroniliśmy się przed oszalałą nawałnicą piaskową i przed naprzykrzającymi się muchami. Walczyliśmy z upałem, piliśmy mętną, przesiąkniętą zapachem kozy wodę z bukłaka i często niepokoiliśmy się o jej brak. Pragnienie to córka piekła – mówią Tuaregowie. Śmierć z pragnienia wisi jak miecz Damoklesa nad każdą karawaną, bo może się okazać, że oczekiwana studnia jest wyschnięta i następna także. „Akel”, mruczy pod nosem Sersouf. Ten tuareski termin oznacza „zgubić się, nie mając nadziei na odnalezienie”. Słowo, które przywodzi na myśl niezliczone tragedie, od zawsze rozgrywające się pośród bezmiernych pustkowi o powierzchni równej Europie. Największa wydarzyła się w 525 r. p.n.e., kiedy na terytorium dzisiejszego Egiptu zaginęła bez śladu, pochłonięta przez niebywałej siły burzę piaskową, 50-tysięczna armia perskiego króla Kambyzesa II, podążająca na podbój Kartaginy. Z kolei ok. 1800 r. na jałowym płaskowyżu Tanezrouft w południowo-zachodniej części Sahary zaginął słuch po karawanie liczącej 2 tys. dromaderów. Po dzień dzisiejszy nikt nie znalazł jej śladów. Pustynia pokryta jest chaotyczną pajęczyną „pist”, saharyjskich gościńców. Przecinają ją też główne szlaki komunikacyjne, od wybrzeża Morza Śródziemnego do serca Czarnej Afryki. Początkowo pokryte są one asfaltem, który ginie nieoczekiwanie i podróżnika oczekują już uciążliwe, lepiej bądź gorzej oznakowane drogi polne. Pomocą w orientacji są najczęściej zardzewiałe beczki po paliwie, nieduże stosy kamieni, wbite w grunt metalowe drągi lub zużyte opony samochodowe. Ich widok zawsze podnosi człowieka na duchu. Poza nimi istnieje nieskończona liczba traktów i śladów pozostawionych przez auta geologów,
Tagi:
Jacek Pałkiewicz







