Mała martyrologia

Mała martyrologia

W moim felietonie sprzed paru tygodni nie było żadnych insynuacji pod adresem Henryka Wujca; była otwarta krytyka. (Poruszając tam również sprawę lustrowania Wałęsy, którego wcześniej mimo wszystko broniłem, napisałem en filigrane [między wierszami] nie więcej, niż wyczytałem w wielu publikacjach solidarnościowych). Chciałem pod względem wulgarności dostosować się do stylu Henryka Wujca (“pies im mordę lizał”), ale na szczęście nie potrafiłem. Z niejakim zdziwieniem dowiaduję się, że pomnik wystawiony w Biłgoraju byłemu powiatowemu sekretarzowi i członkowi KC PZPR jeszcze stoi. Jest to albo jakieś niedopatrzenie, albo potwierdzenie tego, co napisałem o tym aparatczyku, że bardzo zasłużył się miastu. Nie udało się tego objąć antykomunistyczną amnezją.
Henryk Wujec sądzi, że największą zasługą Józefa Dechnika było to, że nie chcąc brać udziału w akcji propagandowej o wymowie antyrobotniczej, targnął się na swoje życie. Moim zdaniem, znaczenie tego tragicznego czynu zamyka się w dramacie indywidualnej biografii. Nikomu się z tego powodu los nie polepszył ani w Biłgoraju, ani gdzie indziej. Realne i trwałe znaczenie miały skuteczne starania Dechnika o uprzemysłowienie Biłgorajszczyzny i podniesienie poziomu życia mieszkających tam ludzi. Nie wiem, dlaczego przypominanie tego miałoby oznaczać brak szacunku dla jego pamięci. Imponderabilia to są, jak sama nazwa wskazuje, rzeczy nieważkie. Ważne są ponderabilia.
Do protestów robotniczych, jakie miały miejsce w roku 1976 w Radomiu i Ursusie, wielu przywiązuje niewłaściwe znaczenie. Jedno z tamtych czasów przypominam sobie bardzo dobrze: społeczeństwo życzyło sobie, aby robotnicy sprawili lanie milicji. Niestety, wyszło odwrotnie. Lamenty z powodu tego qui pro quo do dziś nie mogą ucichnąć. Mimo sympatii dla robotników nie można było nie wiedzieć, że ich żądania wzrostu płac i zamrożenia cen muszą przyczynić się do galopującej inflacji. Dla ideowego komunisty sedno rzeczy tkwiło w czym innym. Istotnym składnikiem jego poglądu na świat był mit przodującej klasy robotniczej, której służenie dawało legitymizację partyjnej władzy. Każdy konflikt władzy z robotnikami powodował u wierzących komunistów autentyczny dramat sumienia. Pewna pani komunistka bardzo uprzykrzała mi życie na uniwersytecie z powodów ideologicznych, innym zresztą też. Nie dopuszczała żadnej krytyki marksizmu, a miała nosa do tych spraw i nie można było uciec przed jej przenikliwością nawet w rozważaniu o starożytnościach. Wszystko było dla niej dobre w komunizmie, wystąpiła z partii demonstracyjnie dopiero z powodu pacyfikacji kopalni “Wujek”. Też była uczciwa na swój sposób, ale w przeciwieństwie do Dechnika nigdy nie zrobiła nic pożytecznego dla ludzi.
Dobrze, że Henryk Wujec wie o sekretarzu Dechniku przynajmniej tyle, że miał sumienie i dramatycznie przeżywał sprzeczność między ideologią a wymaganiami życia. Szanuje on ten konflikt sumienia i od innych domaga się takiego szacunku. Powinien więc był o aparatczykach napisać: “pies im, z wyjątkiem Dechnika, mordę lizał”. Bo Dechnik niewątpliwie był aparatczykiem (porównaj: słownik Maleszki w “Gazecie Wyborczej”) i uogólnienia jego również obejmują. Niewątpliwie należał do mniejszości, nie tak jednak nikłej, by można ją pominąć, mówiąc o aparacie partyjnym.
Ten aparat jako obiektywna struktura był stworzony do funkcji dla społeczeństwa szkodliwej. Nie była to instytucja organiczna, wyrastająca z potrzeb państwa, narodu czy ludności. Jej celem było ciągłe naginanie rzeczywistości do marksistowskiego schematu, “budowanie socjalizmu”, wymuszanie rezygnacji z praw człowieka w imię mirażu komunizmu. Dlatego częściowe odsunięcie aparatu partyjnego od władzy przez wojsko podczas stanu wojennego było krokiem w kierunku dekomunizacji państwa. (Dyktatura wojskowa nie jest żadną innowacją komunistyczną, że też muszę takie rzeczy przypominać. Występuje ona z reguły ze stosunkowo skromnymi projektami sanacyjnymi i najczęściej w krajach katolickich). Nie można na podstawie przypisanej aparatowi partyjnemu funkcji wnioskować o wszystkich jego pracownikach i szefach. Nie były to ślepe automaty, wielu z nich zamiast naginać rzeczywistość do ideologii, naginało aparat do mniej szkodliwej lub wprost użytecznej roli. Opowiada się na ten temat powierzchowne opinie, ukształtowane kiedyś w celach propagandowych, w nastroju złości i podtrzymywane nadal z przyczyny umysłowego lenistwa. Ja się dosyć prędko nudzę panującymi poglądami, tak samo komunistycznymi, jak antykomunistycznymi, pezetpeerowskimi, jak kościelnymi, a jak już słyszę biadanie z jednego i tego samego powodu przez ćwierć wieku, to mnie od tego mdli.
Moja polemika z Henrykiem Wujcem nie dotyczy kwestii politycznych. Nie uważam się za jego przeciwnika politycznego, zdaje mi się nawet, że głosowałem kiedyś na Wujca, gdy mnie wybory zastały na urlopie w jego okręgu. Nie znoszę tylko tego morałowego ględzenia, tego ciągłego powtarzania “wybili, panie, wybili” i domagania się hołdów z tego powodu, że “wybili”.

Wydanie: 38/2000

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy