Mały Rycerz i mit Łomnickiego

Mały Rycerz i mit Łomnickiego

Stracić rolę przez konia?! Nie wybaczyłbym sobie tego do końca życia Zbigniew Zamachowski Po „Panu Wołodyjowskim” z 1969 r. i „Potopie” z 1974 Jerzy Hoffman wiele lat zbierał siły i pieniądze na ekranizację „Ogniem i mieczem”, ostatniej części Trylogii Henryka Sienkiewicza. Jak wiemy, kolejność pisania Trylogii była odwrotna. – Trylogia zaczyna się dla mnie w zamierzchłym dzieciństwie, kiedy Telewizja Polska zaczęła emitować czarno-biały serial „Przygody pana Michała”. Gdy kończył się kolejny odcinek przygód pana Wołodyjowskiego, wszyscy chłopcy wybiegali na podwórko, większość miała przygotowane kijaszki, reszta musiała szybko je zorganizować. Te kijaszki stawały się szablami, którymi ostro się napierdzielaliśmy. Oczywiście każdy był Wołodyjowskim. Byłem więc wolny od myśli, że może fajnie byłoby zostać aktorem i zagrać Wołodyjowskiego na ekranie. Dla mnie to już się dokonało na podwórku, przecież ja byłem ośmioletnim panem Michałem! Miałem 36 lat, kiedy Jurek Hoffman zaczął przebąkiwać, że w końcu będzie robił „Ogniem i mieczem” i w roli Wołodyjowskiego widziałby mnie. Jurek jak Jurek, ale przede wszystkim jego żona Wala Hoffmanowa widziała mnie w tej roli, bo to jednak Wala decydowała o obsadzie, mam nadzieję, że Jurek się nie obrazi. Więc obsadzili mnie oboje, Wala i Jurek. Łaska na mnie spłynęła. Epifania. Było już po transformacji ustrojowej, nastały nowe czasy, wiedzieliśmy, że nie będziemy robić tego za pięć złotych, tylko za duże pieniądze. Banki dawały kredyty, było oczywiste, że to będzie wielka produkcja, jak onegdaj bywało. W każdym razie gdy okazało się, że film powstanie, nagle dotarło do mnie – a może ktoś mi to uświadomił – że będę musiał, proszę pani, jeździć konno… Ba, wspaniale jeździć konno, Mały Rycerz urodził się przecież w siodle. – I tu dopiero zaczęły się schody, gdyż jako student miałem obowiązek jeżdżenia latem każdego roku na kurs jazdy konnej. Pomysły tych, którzy za to odpowiadali, były odjazdowe. Na przykład na pierwszy obóz wysłali nas, absolutnie nieopierzonych debiutantów, do Bogusławic pod Wolborzem, do stada ogierów, zamiast do lajtowej stajni z łagodnymi konikami. Bogusławice to był idealny scenariusz na program: „Jak zniechęcić człowieka do jazdy konnej”. Pandemonium! Gdy na padok wyjeżdżało 12 koni, to po godzinie lekcyjnej dwa wracały z jeźdźcami. Te ogiery były nie do opanowania. Nie zapałałem więc miłością do koni. Między drugim a trzecim rokiem pojechaliśmy do Borkowa, pod Kielce, i tam było trochę lepiej. Ale któregoś razu w samym środku jazdy mój koń stwierdził, że już bardzo dziękuje, dał z kopyta, zrzucił mnie z zada i pokłusował sobie do stajni, a ja zostałem w środku lasu ze złamanym obojczykiem. Wtedy powiedziałem: nigdy więcej. (…) W związku z tym, co tu dużo mówić, na koniu ni cholery nie umiałem jeździć. I gdy nagle uświadomiłem sobie, że mam być dowódcą dragonów, uuuu, proszę pani… Bałeś się, że stracisz rolę? – Nigdy bym do tego nie dopuścił. Stracić rolę przez konia?! Nie wybaczyłbym sobie tego do końca życia. Wyrzucałbym to sobie jeszcze na łożu śmierci. Ale to nie wszystko. Kiedy ktoś mnie pyta, czy bałem się zagrać Wołodyjowskiego, głównie ma na myśli – zagrać po Mistrzu Tadeuszu Łomnickim. Oczywiście, że się bałem, wierzyłem jednak, że z mitem Wołodyjowskiego z pomocą Jurka jakoś dam sobie radę. Natomiast wejście na kobyłę… to mnie przerażało! Sytuacja, przynajmniej na jakiś czas, rozwiązała się sama. Pół roku przed pierwszymi zdjęciami produkcja zmusiła mnie, żebym wreszcie poszedł na pierwszą lekcję jazdy. Trudno, chłopie – myślę sobie. Wziąłem buty, kurtkę, co tam było trzeba i z tętnem 125 poszedłem. Na Legii w Warszawie, gdzie odbywały się jazdy, jest kryty maneż, prowadzą do niego drewniane wrota. Zrobiłem głęboki wdech, otwieram wrota, żeby wejść, i widzę scenę jak z filmu: duży człowiek, który leci przede mną i wbija się głową w piach. To był Wiktor Zborowski, który trenował jazdę na inflanckiej kobyle. Gdy go zobaczyłem, takiego Małysza w powiększeniu, frunącego, to jak wolno otworzyłem te wrota, tak je błyskawicznie zamknąłem i wróciłem do domu. Nie, nie i nie! Wszystkie moje najgorsze przeczucia właśnie się zwizualizowały. Gdy pół roku później doszło do realizacji pierwszych scen, koń wciąż był dla mnie jedną wielką tajemnicą. Wiedziałem, że kluczowe sceny, w których umiejętność

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 09/2022, 2022

Kategorie: Kultura