Potrzebny kaganiec finansowy

Potrzebny kaganiec finansowy

Nieposkromione ambicje reżyserów Opery Narodowej powodem rezygnacji Kazimierza Korda?

Wiemy tylko jedno. Kazimierz Kord, dyrektor muzyczny Teatru Wielkiego-Opery Narodowej, pełniący także obowiązki dyrektora naczelnego, złożył rezygnację ze swych funkcji. Reszta to nic pewnego, same plotki.
Choć obrażony dyrektor wyjechał do Niemiec, zdążył jeszcze zdementować pogłoski, że powodem odejścia był konflikt z dyrektorem artystycznym tej sceny, Mariuszem Trelińskim. – Konfliktu nie było – powiedział. Inna plotka mówiła, że opuścił stanowisko na wiadomość, że minister kultury Kazimierz Ujazdowski szykuje na naczelnego Janusza Pietkiewicza. Pietkiewicz nad Kordem? Nie do pomyślenia!
Ale Ministerstwo Kultury od razu zareagowało. Ustami wiceministra Jarosława Sellina. – Nie było mowy o nominacji dla Pietkiewicza. Mało tego, minister nawet nie przyjął rezygnacji Kazimierza Korda – mówi „Przeglądowi” Jarosław Sellin.

To o co poszło?

Na pewno o pieniądze i ambicje. Kazimierzowi Kordowi jako pełniącemu obowiązki dyrektorowi naczelnemu przypadła niewdzięczna rola pilnowania kasy. Jego kolega Mariusz Treliński ma wszelkie tamy za nic, bo na plecach warszawskiej opery chce wjechać do Nowego Jorku i Mediolanu, ściąga znów do Warszawy Placida Dominga, Gergiewa, Minkowskiego i inne sławy. To oczywiście piękne, ale bardzo kosztowne hobby, a dla przeciętnego zjadacza kultury jednorazowy koncert, bez kostiumów i dekoracji, z samą orkiestrą i stojącymi sztywno solistami, jest jednak wątpliwą atrakcją. Co więcej z repertuaru znikły ludyczno-popularne pozycje wprowadzone jeszcze przez dyrektora Pietrasa I Wielkiego, takie jak kultowy balet „Grek Zorba”, choć było wiadomo, że na to każda publiczność, z Pułtuska, z Olsztyna i z Będzina chętnie przyjedzie. Na „Czarodziejski flet” czy na „Wozzeka” bałbym się zaprosić moją ciocię z Mławy z wnukami, bo miałaby do mnie pretensje, że dzieci znów się moczą w nocy. Oczywiście Teatr Wielki w Warszawie ma w repertuarze pozycje dla odbiorców mniej wyrafinowanych – „Straszny dwór”, „Dziadek do orzechów”, „Jezioro łabędzie” czy nawet „Aidę”, ale one pojawiają się na scenie rzadko albo wcale. W ostatnim sezonie do repertuaru nie weszła żadna pozycja dla zwykłej, a nie snobistycznej publiczności. To zapowiada dramat – finansowy. Ale na razie mamy tylko…

atmosferę niepewności.

Szeregowy pracownik teatru naświetlił w jednym zdaniu nastroje w tej wielkiej, zatrudniającej ponad 1000 osób instytucji, w której samych dyrektorów i ich zastępców jest tuzin: – W teatrze panuje pogłębiająca się atmosfera tymczasowości, świadomości braku gospodarza i braku perspektyw. Takie opinie musiały już wcześniej docierać do dyrekcji i wpłynęły na decyzję o podaniu się do dymisji p.o. dyrektora. Aby przekazać do resortu nastroje panujące w teatrze, związki zawodowe zorganizowały referendum na temat opinii o dyrektorach. Wyniki były katastrofalne. Choć Kazimierz Kord okazał się najlepszy – popierało go prawie 50% wszystkich pracowników, jednak gównie administracyjnych, bo muzycy nawet jemu powiedzieli „nie” – uznał on ten rezultat za niewystarczający. Dodatkowo poczuł się dotknięty doniesieniami na temat nowego szefa, którego szykuje minister, i wreszcie głosami krytyki na własny temat. Poszło o opinie po premierze „Czarodziejskiego fletu”. Publiczność i krytyka zwróciły uwagę na ciężko i nieprecyzyjnie grającą orkiestrę i buczenie na sali po wykonaniu arcytrudnej arii Królowej Nocy. Na pierwszej premierze śpiewała debiutantka Anna Kutkowska-Kass, można więc było na nią zwalić winę za niechęć widowni, ale na drugiej premierze Królową Nocy stała się znana i doświadczona diwa, Joanna Woś, a mimo to orkiestra też się spóźniała. To był dowód, że plamę dał dyrygent Kord, i jeszcze jeden

sygnał, aby się wycofać.

Teatr Wielki to, jak nazwa wskazuje, ogromna instytucja. Ale jedyną osobą, która mówi tu otwartym tekstem, jest właściciel sklepiku z płytami. Stoisko firmy Classic otwiera podwoje podczas przedstawień, a Maciej Frączak zbiera wtedy nie tylko pochwały, lecz także opinie krytyczne i zażalenia od widzów. – W teatrze brak długofalowej koncepcji działania – mówi – co skutkuje ciągłymi zmianami na stanowiskach dyrekcyjnych. Problemem nie jest to, co teatr robi, ale też to, czego nie robi. Podstawowa sprawa – spektakli jest za mało, co już wykazała kontrola NIK. Zdarzało się, że nagle, bez zapowiedzi odwoływano przedstawienia, bo na głównej scenie trwały przygotowania do nowej wielkiej premiery. Tak było np. przed Nowym Rokiem, kiedy nawet nie dano dla dzieci baletu „Dziadek do orzechów”. Ale czy Najwyższa Izba Kontroli ma się interesować tym, by teatr funkcjonował właściwie? Jeśli nie znajdzie się człowiek, który chciałby to zmienić, nadal będzie źle. Bo na razie funkcja dyrektora Opery Narodowej jest dla wielu osób celem samym w sobie.
Maciej Frączak próbuje się wczuć w rolę kandydata na stanowisko szefa opery. – Musiałbym najpierw się dowiedzieć, czego ode mnie oczekuje minister i kogo chce mianować na dyrektora muzycznego i artystycznego. Jeśli minister nie oczekiwałby niczego – zrezygnowałbym. Niestety ze statutu Teatru Wielkiego podpisanego przez ministra Waldemara Dąbrowskiego wynika, że minister mianuje aż trzech dyrektorów, a nie tylko naczelnego. Jest mało prawdopodobne, aby to nie rodziło konfliktów już na samym wstępie. Wszystko teraz zależy od ministra, niestety wygląda na to, że brakuje mu koncepcji i decyduje się po omacku. Zanim więc zapadną rozstrzygnięcia, należałoby ogłosić publiczną debatę na temat roli i przyszłości sceny narodowej – proponuje sprzedawca płyt.
W ramach konsultacji można

ministrowi coś doradzić.

Warto oprzeć przyszłość Teatru Wielkiego-Opery Narodowej na młodych kadrach. Mariusz Treliński mógłby zostać dyrektorem artystycznym i naczelnym, ale trzeba by mu założyć kaganiec finansowy w postaci mocnego i zależnego tylko od resortu kultury głównego księgowego. Jako dyrektora muzycznego proponujemy młodego i uzdolnionego kapelmistrza Łukasza Borowicza, który był przez kilka lat asystentem Antoniego Wita w Filharmonii Narodowej, a ostatnio pełnił tę samą funkcję przy Kazimierzu Kordzie. Uczył się pragmatyki instytucji artystycznej u największych mistrzów, ale jest młody i zanim jego ambicje zagroziłyby dyrektorowi Trelińskiemu, upłynęłoby sporo czasu, a największa scena w Polsce potrzebuje stabilizacji. Dyrektor artystyczny zadbałby o eksperymenty (jak cykl Terytoria) i światowe ambicje, Borowicz zatroszczyłby się o repertuar klasyczny i bardziej tradycyjny. I wszystko w ramach przydzielonej, w sumie pokaźnej kasy pilnowanej przez księgowego Frączaka. Być może teatr podziękowałby na razie pani Elżbiecie Pendereckiej, której festiwal pochłonął lwią część środków na kulturę muzyczną. Ale to już inna historia.


Bogusław Kaczyński, popularyzator opery, b. kandydat na stanowisko dyrektora
Przyczyną nieszczęść, jakie od wielu lat przeżywa Teatr Wielki, jest to, że kolejni ministrowie podejmują fatalne dla Opery Narodowej decyzje dyrektorskie. Mam nadzieję, że tym razem minister kultury podejmie właściwą decyzję i wskaże na to stanowisko człowieka, który nie tylko kocha operę i balet, ale także jest wybornym specjalistą w tej dziedzinie; że będzie to człowiek, który nie będzie pytał o pensję i dodatkowe zarobki, ale podaruje temu teatrowi kilka lat swojego życia.


Sławomir Pietras, dyrektor Teatru Wielkiego w Poznaniu, dwukrotny dyrektor Teatru Wielkiego w Warszawie
Należałoby przede wszystkim naprawić kardynalny błąd ministra Dąbrowskiego, polegający na wyposażeniu w identyczne uprawnienia dyrektora naczelnego, artystycznego i muzycznego. Z tego wynikną implikacje dotyczące tego, kto ma decydować, jaki repertuar, jacy realizatorzy, jacy wykonawcy, jakie przedsięwzięcia okołorepertuarowe, jaka promocja, jaka współpraca z mediami, jakie kontakty zagraniczne itd. mają obowiązywać Operę Narodową.

Wydanie: 28/2006

Kategorie: Kultura