Marka Tyrol do stworzenia na nowo

Marka Tyrol do stworzenia na nowo

Tyrol się zamyka, choć mieszkańcy nie chcą się zgodzić z krytyką, że zlekceważyli niebezpieczeństwo COVID-19

Dla czego bije twoje serce, pyta agencja reklamowa odpowiedzialna za oficjalny wizerunek turystyczny Tyrolu. Dla zaśnieżonego stoku, skrzypiących desek czy promiennej twarzy gościa? Dla miejsca, w którym zwyczajnie cieszysz się chwilą? O miłości do regionu opowiadają w idyllicznych obrazkach z austriackiego Tyrolu jego mieszkańcy. Ale i o tym, że czasami chwila wywraca życie do góry nogami.

Rok temu życie regionu wywrócił koronawirus. Pierwsze infekcje w Austrii wykryto w hotelu w Innsbrucku już w lutym, potem pojawiły się masowe zarażenia w Ischgl, wynoszone z baru Kitzloch we wszystkich kierunkach. Odtąd region nosi też przydomek „Tirol-Virol”. Tu niestety rok temu znalazło się centrum roznoszenia koronawirusa na Austrię i Europę. Mimo ostrzeżeń lekarzy do połowy marca czekano z zamknięciem stoków i hoteli. Rządzący landem zapewniali: „Zrobiliśmy wszystko dobrze”, co podważyła później komisja śledcza badająca zarządzanie kryzysem epidemicznym w Tyrolu. Tylko kilka rozsądnych politycznych głosów przyznało, że katastrofa zachorowań i późniejsza izolacja landu były spowodowane błędnymi decyzjami, wymuszanymi przez lobby turystyczne i właścicieli wyciągów. Dodawano, że nigdy więcej to się nie powtórzy. Ale „nigdy więcej” nie trwało długo.

Brukowce i nizinne mądrale

Turystykę uważa się tu za świętą, daje ona prawie 18% tyrolskiego PKB. Ze średnim dochodem brutto w wysokości 27 312 euro rocznie Tyrol zajmuje drugie od końca miejsce w Austrii. Ponadto niemal połowa pracowników, tj. 47%, jest zatrudniona w niepełnym wymiarze godzin.

Krytyka nie jest tu mile widziana. Region od początku pandemii pojawia się w mediach w negatywnym świetle, a górale są wrażliwi na złe słowo, zwłaszcza od „nizinnych mądrali” z Wiednia. Tymczasem po roku, podczas lockdownu, turystów znów witały otwarte szkółki narciarskie w Jochbergu i wyciągi narciarskie w Zillertalu, do Arlbergu przyjeżdżali weekendowi i imprezowi turyści. Trudno się dziwić, że w prasie pojawiały się negatywne nagłówki. Mówienie o naruszaniu ograniczeń i niewłaściwym postępowaniu uznawane było za „biczowanie” Tyrolczyków. Krytyczne środki przekazu, takie jak dzienniki „Kurier” czy „Der Standard”, przedstawiano jako brukowce.

W minionym roku na odsiecz regionowi serca Alp ruszyli znani Tyrolczycy, m.in. szef tyrolskiej Caritas, a także aktor wiedeńskiego Burgtheater, Tobias Moretti. Zarzucał innym państwom brak solidarności, a „drobne błędy” niektórych krajan uznał za „wybaczalne”. W ramach podniesienia samopoczucia Tyrolczykom rząd landu z ÖVP zaproponował pozytywną kampanię wizerunkową „Tyrol trzyma się razem” (Tirol haltet zsamm) za 200 tys. euro.

„Błędy” zdarzają się również w innych regionach, choćby w Salzburgu 152 uczestników kursu instruktora narciarstwa w Pongau musiało się poddać kwarantannie. Wśród tych, którzy mieli wynik pozytywny, było dwóch Brytyjczyków, a brytyjska mutacja koronawirusa została wykryta w ściekach Salzach-Pongau. Mutant został znaleziony w 54% pozytywnych próbek przebadanych na początku stycznia. Na 109 szybkich testów 29 było pozytywnych, potem ich liczba wzrosła. „To są prawdziwi instruktorzy narciarstwa. Nie grupa wycieczkowa, ale grupa szkoleniowa”, zapewniali  urzędnicy z landu Salzburg.

Tyrol przez dwa tygodnie pod koniec stycznia gościł też 80 żołnierzy 1. Batalionu Piechoty Grenadierów z Leopoldsburga, elitarnej jednostki belgijskiej. Byli na obozie szkoleniowym. W ojczyźnie żołnierzy wzywa się do całkowitego powstrzymania od jazdy na nartach, ale w Tyrolu mogli to robić. Michael Bauer, rzecznik austriackich Federalnych Sił Zbrojnych, zapewniał, że żołnierze pozostawali na poligonie lub w koszarach. To wszystko w ramach Mountain Training Initiative, europejskiego projektu pod kierownictwem austriackich sił zbrojnych, którego celem jest zsynchronizowanie szkolenia w walce górskiej. W tyrolskim Jochbergu zaś uczyła się nieformalna grupa adeptów narciarstwa, nie wiadomo, czy legalna, choć kursy nie są zabronione. W Sankt Anton z kolei przebywało dziesiątki Skandynawów i Brytyjczyków, którzy zapewne oficjalnie przybyli w celach zawodowych, by móc się zameldować i uzyskać nocleg. Mówi się o „kombinacjach alpejskich” w kwestii organizacji pobytu oraz o instrukcjach, co robić, by policja nie mogła niczego turyście zarzucić. Policja w Sankt Anton ustaliła, że après-ski czasami odbywa się np. w stodole z sianem, przy puszkach piwa z marketu.

Byleby kasa wpadała

W Tyrolu niektórzy zachowywali się tak, jakby chcieli znowu zapewnić regionowi pierwszeństwo w liczbie zakażonych. Zamożni właściciele zamkniętych hoteli i ośrodków wracali z wakacji w RPA z  południowoafrykańską mutacją wirusa. Została wykryta w co najmniej siedmiu przypadkach w Zillertalu oraz Innsbrucku, a 21 innych przypadków jest wyjaśnianych. Także w powiecie Schwaz i sąsiednim Münster w 80% przypadków odnotowano odmianę południowoafrykańską. Brytyjscy goście przywieźli własny szczep koronawirusa. Policja rozwiązała imprezę 20 studentów w Innsbrucku, a mimo to część tyrolskiej branży hotelarskiej bez skrupułów oferowała pokoje lub mieszkania jako stałe lokum albo turyści „podróżowali służbowo”. W międzyczasie koszty stałe i utracone dochody przedsiębiorstw hotelarskich zostały przejęte przez państwo, więc można było przeczekać bez otwierania stoków i drzwi.

Tyrol tęskni za rosyjskim gościem sprzed nałożenia sankcji na Rosję i sprzed pandemii. Obok Wiednia to najchętniej odwiedzany przez zamożnych Rosjan region w Austrii, tutaj też Rosjanie inwestują w nieruchomości. W prasie pojawiają się informacje, że wyciągi zostają otwarte, a sporo „królów wyciągów” nie płaci podatków, „ponieważ ponoszą straty na coraz to nowych rozbudowach hoteli”. „Królowie” hoteli i wyciągów rządzą najdroższymi ośrodkami turystyki narciarskiej, takimi jak Ötztal, Ischgl, Zillertal, Kitzbühel i Arlberg, tym samym mają pod kontrolą Tyrol i lokalną politykę, uważają niektóre media. Walter Müller ze „Standardu” pisze, że to oni „tworzą feudalny obraz moralności, który tylko sami Tyrolczycy mogliby zmienić”. Bo zwykły mieszkaniec nie korzysta z turystyki, nie jest zamożny, słabo zarabia. Raczej cierpi z powodu konsekwencji. A te będą poważne, bowiem od 12 lutego Tyrol jest zamknięty. Kto nie ma testu nie starszego niż 48 godzin, nie wyjedzie stąd ani nie wjedzie. Do kontrolowania zmobilizowano 1200 żołnierzy i policjantów. W przypadku braku testu grozi kara do 1450 euro. Dotyczy to także osób regularnie przekraczających granicę, w tym dojeżdżających do pracy, ale nie transportu tranzytem. Intensywna kontrola ma trwać 10 dni, a być może do połowy marca.

Niewątpliwie ci, którzy uważają Tyrolczyków za odpornych na krytykę, a narciarskie lobby za niechętne do przeprosin za błędy, nie zechcą zrozumieć faktycznych problemów regionu.

Wnioski z kryzysu

Trwa konflikt pomiędzy Wiedniem, czyli kanclerzem Sebastianem Kurzem, a szefem rządu Tyrolu z ÖVP, Güntherem Platterem w sprawie naruszania lockdownu. Czy kryzys doprowadzi  do pojawienia się nowego sposobu myślenia w turystyce. „Marka Tyrol” musi zostać przeanalizowana i przedstawić inteligentne oferty, mówi dr Andreas Braun, który postawił tę markę na nogi w latach 1974-1989. Pod jego okiem powstała inteligentna kampania regionu. Obecny dyrektor Tirol Werbung, Florian Phleps, wyjaśnia, jak niesprawiedliwie jest traktowany Tyrol, i zapewnia, że przyjmuje głosy krytyczne. Ale nie rozmawia ze wspomnianym dziennikiem „Der Standard”. Były wicenaczelny regionalnego „Tiroler Tageszeitung”, Peter Plaikner, potwierdza, że Tyrolczycy mają „wielkie trudności w porównywaniu obrazu innych i siebie”, jakby z podejrzeniem, że „Tyrolczycy są potęgą tylko w Tyrolu”. A w tej dyskusji chodzi przecież o coś zupełnie innego. O zdrowie, czasem życie; o przyszłość.

b.dzon@tygodnikprzeglad.pl

Fot. Reuters/Forum

Wydanie: 8/2021

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy