Męczeństwo braci Szumowskich

Męczeństwo braci Szumowskich

Tylko głupi by się nie schylił po środki unijne

W ostatnich tygodniach bracia Łukasz (minister zdrowia) i Marcin (prezes spółki OncoArendi Therapeutics) Szumowscy nie mają dobrej prasy. Człowiek, którego podkrążone oczy stały się symbolem walki z epidemią koronawirusa w Polsce, jest oskarżany o umożliwienie zrobienia interesu życia na trefnych maseczkach znajomemu instruktorowi narciarskiemu z Zakopanego. A także o znajomość z podejrzanym suwalskim biznesmenem Danielem O., który okazał się przebywającym w areszcie twórcą piramidy finansowej. I o budowę wraz z żoną i bratem rodzinnego imperium biznesowego dzięki pozyskaniu przez założone przez nich spółki nawet 300 mln zł różnych dotacji, głównie z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Media i politycy opozycji sugerują, że było to możliwe, bo Szumowski wykorzystał swoją pozycję najpierw wiceministra nauki, a następnie ministra zdrowia w rządzie Mateusza Morawieckiego. I zapowiadają, że w przyszłości zostanie doprowadzony – z żoną i bratem – przed surowe oblicze prokuratora, tudzież rozszarpany przez sejmową komisję śledczą.

Na razie wniosek Platformy Obywatelskiej o wotum nieufności wobec ministra został odrzucony przez sejmową większość. Przy okazji wystąpienie w czasie posiedzenia sejmowej Komisji Zdrowia posła Prawa i Sprawiedliwości Czesława Hoca – „Panie ministrze, nasz bohaterze, ikono skutecznej walki z koronawirusem” – wyznaczyło na Wiejskiej nowe granice wazeliniarstwa. Prawda jest taka, że spółki należące do brata i żony ministra tylko korzystały ze sposobności. I nie był to najbardziej bulwersujący przypadek.

Jak się kręci lody nad Wisłą

11 stycznia 2016 r. na łamach „Gazety Wyborczej” ukazał się artykuł Ireneusza Sudaka „OncoArendi Therapeutics szuka leczniczej cząsteczki” opisujący w wielce pochwalnym tonie historię spółki. Jej założycielami byli dwaj chemicy, Adam Gołębiowski i Stanisław Pikul, którzy zdobyte w Stanach Zjednoczonych doświadczenie postanowili przenieść na grunt polski. Prof. Jakub Gołąb z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego zachęcił do współpracy z nimi Marcina Szumowskiego, który wspólnie z Markiem Dziubińskim w 2005 r. założył Medicalgorithmics SA, zajmującą się tworzeniem urządzeń telemedycznych. Media pisały, że opracowano w niej najnowocześniejszy na świecie system zdalnego monitorowania zaburzeń pracy serca. Od roku 2012 spółka notowana jest na Warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych. Ze zmiennym szczęściem. W marcu 2017 r. jej kurs oscylował wokół 340 zł za akcję, a dziś sonduje granicę 20 zł, co dowodzi, jak ryzykowne są inwestycje w firmy z branży biomedycznej
i biotechnologicznej.

Tu dochodzimy do sedna sprawy – osoby kierujące podobnymi spółkami muszą stale zdobywać niemałe pieniądze, by prowadzić działalność. I to w sytuacji, gdy latami nie będzie żadnych przychodów. Najlepszym sposobem ich pozyskania – poza giełdą – są dotacje. Najlepiej unijne. Dlatego nie powinno nikogo dziwić, że spółka ubiegała się o nie tak często, jak to było możliwe. Brat minister na pewno nie przeszkadzał.

Choć obawiam się, że dziś w OncoArendi Therapeutics SA nie dzieje się najlepiej. Po pierwsze, to nie bracia Szumowscy są jej największymi akcjonariuszami. W 2015 r. poprzez fundusz Ipopema 112 FIZ AN 12 mln zł zainwestował w spółkę jeden z najbogatszych Polaków, Michał Sołowow, i to on dysponuje obecnie pakietem ponad 30% akcji OncoArendi. Marcin Szumowski ma jedynie 8%. Z kolei jeden z założycieli i dyrektorów spółki, Stanisław Pikul, w 2019 r. sprzedał część swoich walorów i przeszedł do założonej w lutym tego roku nowej firmy Pikralida, której prezesem jest była pracownica OncoArendi, dr Joanna Lipner. Łatwo się domyślić, że i w tej spółce pojawiła się dotacja unijna, a profil naukowo-badawczy pozostał ten sam.

Dlatego nie uspokajają mnie sygnały płynące ze strony Marcina Szumowskiego, że np. do końca bieżącego roku ma zamiar podpisać z partnerem strategicznym umowę, której wartość szacowana jest na 200-400 mln euro. Prezes nie ujawnił, kim ma być ów partner. Byłoby lepiej, gdyby spółka zakończyła sukcesem pełny cykl badań klinicznych cząstki, a najlepiej cząstek, nad którymi pracowała. Myślę, że wszyscy jej tego życzą. Zwłaszcza gdy, jak zapowiadają politycy Platformy Obywatelskiej, sprawa dotacji dla OncoArendi Therapeutics zostanie dokładnie zbadana przez kompetentne organy. Innymi słowy, braci Szumowskich i powiązane z nimi spółki czeka męczeński zgon.

Kasa, misiu, kasa unijna!

By ułatwić zrozumienie, na czym polega biznes uprawiany przez innowacyjne firmy biotechnologiczne – i nie tylko – przedstawię schemat, jaki wykształcił się nad Wisłą po roku 2008.

Etap pierwszy: pod egzotycznie brzmiącą nazwą zakładamy spółkę, która ma rewolucyjny pomysł, i natychmiast występujemy o dotację z funduszy unijnych.

Etap drugi: jeśli potrzebny jest wkład własny, szukamy bogatego partnera (tzw. anioła biznesu), który wyłoży niezbędną kwotę, a gdy otrzymamy środki, przeksięgowujemy je na rachunek spółki bogacza, by nie czuł się pokrzywdzony.

Etap trzeci: rozpoczynamy prace badawcze i szeroko reklamujemy je w mediach.

Etap czwarty: wchodzimy na GPW albo odsprzedajemy udziały funduszom inwestycyjnym. Można też wyemitować obligacje lub zaciągnąć kredyty, choć to trudniejsze, bo banki dobrze wiedzą, czym się skończy.

Etap piąty: spadek notowań na giełdzie, kłopoty z akcjonariuszami i wierzycielami, a w końcu upadłość. Cóż, tłumaczymy, że przedsięwzięcie było obarczone bardzo wysokim ryzykiem… I zakładamy następną spółkę.

To nie tylko polska specjalność. Najbardziej znanym przykładem takiego dojenia frajerów jest historia Elizabeth Holmes, założycielki spółki Theranos, która w wieku 30 lat została obwołana przez magazyn „Forbes” najmłodszą miliarderką na świecie. Jej firma z Doliny Krzemowej miała zrewolucjonizować rynek medyczny w USA, oferując, dzięki wynalazkowi młodej damy, bardzo tanie testy krwi. Udało się jej pozyskać od inwestorów ponad 700 mln dol., gdy okazało się, że nic nie działa. Elizabeth Holmes, którą porównywano do założyciela Apple’a Steve’a Jobsa, grozi teraz 20 lat więzienia. A inwestorzy liczą straty.

Nad Wisłą 31 marca 2020 r. zarząd notowanej na GPW rodzimej spółki Braster złożył w sądzie wnioski o otwarcie przyśpieszonego postępowania układowego oraz o ogłoszenie upadłości. Produkowane przez nią innowacyjne urządzenie miało służyć do diagnozowania raka piersi i zastąpić mammografię. Tak od lat przedstawiano je w mediach. Oczywiście nie obeszło się bez ponad 5 mln zł dotacji w ramach Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka. Dziś mało kto ma złudzenia co do przyszłości Brastera. Po prostu urządzenie się nie sprzedaje.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 25/2020, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Fot. Jacek Domiński/REPORTER

Wydanie: 25/2020

Kategorie: Kraj

Komentarze

  1. Gal Anonim
    Gal Anonim 15 czerwca, 2020, 15:00

    Psy szczekają a karawana jedzie dalej . Unia nam nie jest potrzebna . Wystarczy PIN do bankomatu .

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy