Miejsce krytyków zajęli influencerzy

Miejsce krytyków zajęli influencerzy

Łatwo z wolnego artysty stać się wykonawcą poleceń ludzi z pełnymi kieszeniami

Pietro Marcello – włoski reżyser filmowy

Krytycy nazwali cię nadzieją włoskiego kina. Czy podczas pracy nad „Martinem Edenem” czułeś w związku z tym szczególną presję?
– Nie, w ogóle nie myślałem w ten sposób. Chcę z filmu na film się rozwijać i szukać nowych wyzwań. W związku z tym dążyłem do tego, aby „Martin Eden” był zdecydowanie najbardziej złożonym i skomplikowanym projektem w całej mojej dotychczasowej karierze.

Jakie trudności towarzyszyły ci na planie?
– Musieliśmy uwinąć się ze zdjęciami w ciągu trzech tygodni, a to bardzo mało czasu, zwłaszcza jak na film, który trwa 130 minut. Poza tym kręciliśmy w wielu miejscach, więc musieliśmy sprawnie przemieszczać duże grupy ludzi. Takie sytuacje uczą pokory i elastyczności. Gdyby nie to, że dysponuję odrobiną wiedzy na temat sztuki operatorskiej i parę razy sam stanąłem za kamerą w zastępstwie głównego operatora, nie ukończylibyśmy tego filmu w terminie.

Takie podejście wymaga chyba grubej skóry i dużej dawki pewności siebie?
– W moim przypadku to raczej kwestia doświadczenia. Przez wiele lat kręciłem filmy dokumentalne, a przy pracy nad nimi nie masz wyjścia, musisz umieć improwizować i być przygotowanym na wszystko. Poza tym od dawna pozwalam sobie na luksus niebycia perfekcjonistą. Moje poprzednie filmy spodobały się krytykom, ale wiem, że nie ustrzegłem się przy nich wielu błędów. Sporo popełniłem ich także przy pracy nad „Martinem Edenem”. Pomyłek nie da się jednak uniknąć. Grunt to pogodzić się z nimi i wyciągnąć wnioski na przyszłość. Właśnie tego zabrakło tytułowemu bohaterowi mojego filmu, który po osiągnięciu niespodziewanego sukcesu literackiego popadł w samozachwyt i przestał reagować na jakąkolwiek krytykę.

I ten wątek wydał ci się najciekawszy w napisanej ponad sto lat temu książce Jacka Londona, której twój „Martin Eden” stanowi luźną adaptację?
– Nie tylko. W ogóle uważam, że historia wymyślona przez autora doskonale pasuje do naszych czasów, zdominowanych przez kulturę narcyzmu i wpływ influencerów. Zerknij na swoje podwórko. Dawniej głos krytyków był słyszalny, czytelnicy liczyli się z waszym zdaniem. Dziś, przykro to stwierdzić, ale wasze miejsce zajęli właśnie influencerzy.

Na szczęście pytania wciąż zadaję ci ja, a nie gwiazdka z Instagrama.
– Poczekaj, to twoje ostatnie podrygi… Wracając do Jacka Londona, jak sam wspomniałeś, moja adaptacja jest luźna, bo szanując profetyczne zdolności pisarza, muszę przyznać, że w kilku aspektach rzeczywistość przegoniła już jego wyobrażenia. Dlatego postanowiłem pomajstrować trochę choćby przy zakończeniu opowieści. U Londona Martin Eden przegrywa, bo cierpi z powodu nieszczęśliwej miłości. U mnie ponosi klęskę, gdyż zdaje sobie sprawę, że stracił kontakt z rzeczywistością, nie ma już nic do powiedzenia, a czytelnicy mają go gdzieś. Przykro stwierdzić, ale taki los stał się udziałem wielu artystów, także tych, którzy swego czasu wydawali się najwięksi.

Eden przegrywa wyłącznie dlatego, że okazał się narcyzem?
– Jeszcze ważniejsze wydaje mi się co innego. Martin Eden zdradził swoją klasę społeczną i świat, z którego się wywodził. Choć zaczynał jako przedstawiciel klasy robotniczej, polubił wygodne życie tak bardzo, że odciął się od korzeni i nie zauważył, że elity nigdy tak naprawdę go nie zaakceptowały i nie uznały za swego.

Myślisz, że w dzisiejszym świecie takich Martinów Edenów jest wielu?
– Coraz więcej. Trudno zresztą nie być Martinem Edenem w rzeczywistości, w której właściwie zanikła walka klas. Świat dzieli się wyłącznie na bogatych i biednych, a różnice między nimi są tak duże, że jeśli komuś uda się awans, myśli tylko o zachowaniu swojego dorobku i zapomina o elementarnej solidarności. Tak samo dzieje się zresztą nie tylko między ludźmi, ale i między państwami. Bogate kraje wykorzystują biedne i nie chcą dzielić się z nimi zasobami, bo utrzymywanie przewagi leży po prostu w ich interesie.

Może więc należy uznać, że twój bohater nie zasługuje na nadmierną krytykę, bo po prostu nie miał wyboru?
– Ależ miał! Wystarczyłoby, żeby posłuchał swojego mentora – Brissendena. Ten mówi mu otwarcie: „Martinie, idź z ludem, zostań socjalistą”. Zdaję sobie sprawę, że socjaliści są nudni, utopijni, a w przeszłości popełnili wiele błędów, ale nie ma dziś innej drogi, jeśli nie chce się pogłębiać już i tak gigantycznych podziałów w społeczeństwie.

Współcześnie partie socjalistyczne czy socjaldemokratyczne tkwią jednak w głębokim kryzysie.
– To prawda, tyle że ja nie mówię tu o świecie wielkiej polityki. Socjalizm, który jest nam niezbędny, powinien w moim rozumieniu dotyczyć życia codziennego, organizowania się w małe grupy i wspólnego dbania o podstawowe potrzeby.

Współtworzyłeś kiedyś taką wspólnotę?
– Zanim na dobre wsiąkłem w świat kina, zajmowałem się aktywizmem społecznym w Neapolu. W połowie lat 90., gdy miałem jakieś 18 lat, razem z Mauriziem Brauccim, późniejszym współscenarzystą „Martina Edena”, założyliśmy coś w rodzaju centrum społecznego. Nie uprawialiśmy tam potocznie rozumianej polityki, lecz zajmowaliśmy się np. pielęgnowaniem zapuszczonego ogrodu przy pewnej kamienicy albo organizowaniem czasu dzieciom zaniedbywanym przez rodziców.

To bardzo szlachetne, ale nie sądzisz, że bylibyście skuteczniejsi, gdybyście dostali się choćby do rady miasta i zyskali wpływ na systemowe zmiany rzeczywistości?
– Może w dawniejszych czasach. Zarówno w okresie mojej młodości, jak i dziś polityka stała się maksymalnie zależna od wielkiego biznesu. Jeśli nie masz z nim powiązań, nie liczysz się. Nie ma nawet co próbować. Lepiej staraj się zdziałać cokolwiek przynajmniej w twojej najbliższej okolicy.

Reżyseria filmowa jest dziś dla ciebie przedłużeniem tamtego aktywizmu?
– Bardzo możliwe. Od dawna uważam, że reżyseria to idealne zajęcie dla tych, którzy chcieli w życiu robić coś innego, ale nie umieli albo się zniechęcili. Nie ma się czego wstydzić, bo to przypadek wielu twórców, którzy ostatecznie okazywali się wybitnymi reżyserami. Za młodu chciałem zostać malarzem, ale nie miałem wystarczającego talentu.

Kino rzeczywiście ma z malarstwem wiele wspólnego.
– Poza tym, jak zauważyłeś, łączy się z moją drugą pasją, czyli aktywizmem. Zawsze podobał mi się w kinie jego aspekt ludyczny, antyelitarny. Bycie reżyserem, inaczej niż np. pisarzem, to ciężka, rzemieślnicza praca, która wymaga znajomości techniki… W dodatku kino nigdy nie aspirowało do miana sztuki czystej, zawsze czerpało garściami z innych dziedzin, co czyni je sztuką demokratyczną i przystępną. Ta przystępność bywa oczywiście pułapką. Nie bez powodu kino wykorzystywali do swoich celów Hitler, Stalin i inni tyrani, którzy mamili społeczeństwo za sprawą filmów propagandowych. Dlatego największa odpowiedzialność, jaka spoczywa na artyście, to pozostać wiernym sobie i unikać kompromisów.

Dziś, gdy autorytarnych reżimów jest dużo mniej niż kiedyś, to chyba nie aż takie trudne?
– Zagrożenia wciąż istnieją, choć ich natura zmieniła się na subtelniejszą i bardziej podstępną. Teraz reżyser musi stawać przed producentami albo rozmaitymi komisjami finansowymi, które dadzą ci pieniądze, pod warunkiem że spełnisz ich oczekiwania. W związku z tym łatwo z wolnego artysty zamienić się w wykonawcę poleceń ludzi z pełnymi kieszeniami.

Jak tego uniknąć?
– Musimy brać przykład z mistrzów z przeszłości, którzy mierzyli się z jeszcze trudniejszymi przeciwnikami. Szczerze uważam, że pod tym względem wzorem do naśladowania może być wasz Andrzej Wajda, który mimo szalejącej cenzury i politycznych nacisków ze wszystkich stron był w stanie nakręcić tak wspaniałe filmy jak „Kanał” czy „Człowiek z marmuru”. Zamiast utyskiwać na własne położenie, my, reżyserzy z ambicjami zachowania niezależności, musimy po prostu zakasać rękawy i iść w jego ślady.

Fot. materiały prasowe

Wydanie: 22/2021

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy