W mojej pamięci Brzechwa jest słoneczny…

W mojej pamięci Brzechwa jest słoneczny…

Radził, pomagał nawiązać kontakty z wydawcami, pożyczał pieniądze, krył niewiernych mężów

Nie pasował do dziewiętnastowiecznego stereotypu poety. Nie nosił peleryny ani kapelusza z opadającym rondem, nie był chudy ani zabiedzony, nie miał długich włosów ani błyszczących chorobliwie oczu. „Wyglądał jak bardzo zamożny i bardzo wypielęgnowany pan mecenas”, pisał Antoni Marianowicz. Czyli wyglądał dokładnie tak, jak powinien wyglądać człowiek, którym był. Szanowany prawnik, autorytet w dziedzinie prawa autorskiego, adwokat odnoszący sukcesy na sali sądowej, działacz kilku stowarzyszeń pisarzy i organizacji zajmującej się ochroną praw twórców.
Zawsze w nienagannie skrojonym garniturze, eleganckich okularach w grubej, rogowej oprawie, z markowym piórem w kieszonce i przywiezionym z Francji notesem. Był estetą, nie znosił bylejakości ani niechlujstwa, w przaśnej powojennej Polsce od razu czuło się, że jest kimś, wspominał Marianowicz. Bezbłędnie odgadywali to kelnerzy w restauracjach, w których biesiadował z przyjaciółmi. Z rachunkiem podchodzili zawsze właśnie do niego, choć przy stole siedziało kilka, czasem nawet kilkanaście osób.
Wielu przyjaciół wspominało Brzechwę jako mentora.
– Był dla mojego męża wzorem elegancji – mówi Rita, żona Antoniego Marianowicza. – Traktował go trochę jak syna, w końcu był starszy o 25 lat. Sam nie miał syna, a Kazik (tak Marianowicza nazywali przyjaciele i żona – M.U.) stracił ojca w czasie wojny.
Stefania Grodzieńska, przed wojną girlsa w teatrzykach rewiowych, po wojnie autorka satyrycznych opowiadań i wierszy, mówiła, że Brzechwa ją wychowywał. Był elegancki i starał się nauczyć tej elegancji także innych. Kiedy Grodzieńska była zapraszana na jakieś ekskluzywne przyjęcie, najpierw dzwoniła do Brzechwy. Mówiła, gdzie jest zaproszona, na którą godzinę i kto jeszcze będzie: – On opowiadał, w co i jak się ubrać, uprzedzał rozmaite wpadki, które mogą się zdarzyć – wspominała w rozmowie z Moniką Zakrzewską. Kiedy indziej napisała: „miał tę już niespotykaną bezbłędność w zachowaniu, prawdziwe zainteresowanie rozmówcą, intuicję, delikatność, takt, a przy tym ogromny autorytet”.
Przed przyjęciem w polskiej ambasadzie w Wiedniu też zadzwoniła do Brzechwy. Nie zawiodła się. – Na pewno dadzą truskawki, bo to o tej porze roku rarytas. Jeżeli będzie misa z truskawkami z szypułkami, to bierz ręką za szypułkę. Nie żaden widelczyk ani łyżeczki. I zobacz, czy ludzie w czymś maczają. Jak tak, to rób tak samo.
Stefania Grodzieńska wspominała też, że sam zawołany epistolograf, uczył także innych czerpania radości z bezinteresownej korespondencji: „Zdarzało się, że był u nas na brydżu, a po powrocie do domu siadał i pisał do kogoś z nas”. Pisał zawsze ręcznie. Bo list pisany na maszynie uważał za zbyt oficjalny i biurowy, a więc niewłaściwy w kontaktach z osobami, które lubił. Bo maszyna jest narzędziem pozbawionym duszy. Bo, żartował, spadkobiercy będą mieli większą satysfakcję, gdy odziedziczą po pisarzu autograf, wreszcie, bo pismo własnoręczne przybliża autora listu do adresata. Ale nie lubił listów niechlujnych, pisanych na wydartej z zeszytu byle jakiej kartce.
Był wolny od zawiści o dokonania kolegów, nawet tam, gdzie mógł się zasłużenie czuć gospodarzem, czyli w literaturze dziecięcej. Szancerowi sam polecił Igora Sikiryckiego; efektem był bardzo pięknie zilustrowany przekład „Konika Garbuska”. A kiedy zdarzyło się, że Sikirycki napisał wiersz bardzo przypominający jedną z bajek Brzechwy, pocieszał go, że nic złego się nie stało: „pomysły zawsze się powtarzały. Kryłow nic sobie z tego nie robił i zrzynał z La Fontaine’a”.
Podobnie zareagował, kiedy któryś z recenzentów książki Wandy Chotomskiej „Wiersze pod psem” zasugerował ich nadmierne podobieństwo do utworów Brzechwy. Chotomska wysłała poecie swój tomik, dołączając recenzję.
– Odpisał natychmiast, zapewniając, że książeczka będzie ozdobą jego biblioteki, bo wiersze świetne, psi temat jest mu bardzo bliski, a wzmianka o powinowactwie literackim przepełniła go dumą – wspominała Wanda Chotomska.
Kiedy otrzymała nagrodę literacką ZAiKS-u (domyślała się, że to Brzechwa stał za wyróżnieniem) i martwiła się, czy wygląda dość dobrze wśród nobliwego literackiego towarzystwa w młodzieżowej sukience na sztywnej halce i butach rokendrolkach (był początek lat 60.), Brzechwa pospieszył ze słowami otuchy.
– Ma pani świetną publicyty i nie mniej znakomitą kreację – zapewnił.
„Powiedział to, co każda dziewczyna na moim miejscu chciałaby usłyszeć” – pisała Chotomska.
Stanisław Ryszard Dobrowolski napisał, że wśród setek, a może nawet tysięcy ludzi, z którymi sam współpracował albo których po prostu znał, nie było drugiej osoby tak bardzo wyzbytej zawiści i niechęci wobec innych, „bardzo pospolitej w artystycznych środowiskach”. Podczas przyjęć i zabaw był ostoją nieśmiałych i przerażonych sławą literackich gwiazd oraz ucieczką zagubionych, wspominała Irena Szymańska. „W tym nieskazitelnie wytwornym panu nie było śladu ostentacji” – zapamiętała. Raz tylko wydało się jej, że dostrzegła w Brzechwie zazdrość. Spotkali się jak zwykle przy brydżu, ale tego wieczora poeta nie mógł skupić się na grze. Wreszcie zdradził, co się stało.
Przed południem przyszedł do jego gabinetu w ZAiKS-ie dawny kolega, który właśnie stał się nową… koleżanką. Poddał się operacji i zmienił płeć, zmieniając się w kobietę, w dodatku, jak twierdził Brzechwa, ładną. Opowiadając mu o swej przemianie, rozpięła bluzkę, żeby pokazać, że ma nawet piersi. Uczyniła to gestem naturalnym u mężczyzny, bezwstydnym u kobiety, relacjonował Brzechwa. Powiedziała, że pod każdym względem lepiej być kobietą. Właśnie wtedy Szymańska dostrzegła u przyjaciela zazdrość. Przemiana mężczyzny w kobietę wydała mu się wręcz cudem, a coś, co powstało, istotą z baśni. „Tylko tego umiał zazdrościć – pełni doznań, przygód, jakich sam nie mógł doświadczyć” – wspominała.
Potrafił się z siebie śmiać. Kiedyś wystąpił w „Tele-Echu”, programie Ireny Dziedzic złożonym z wywiadów, który oglądali wszyscy. Na koniec dziennikarka poprosiła, żeby goście zatańczyli walca. Także Brzechwa. Zobaczyła to cała Polska. Kilka dni później nieprawidłowo przejechał przez skrzyżowanie. Milicjant, który go zatrzymał, uważnie obejrzał dowód i prawo jazdy, potem zlustrował Brzechwę i zapytał:
– To wy tańczycie w telewizji?
Na wszelki wypadek nie zaprzeczył. „Dzięki temu uniknąłem mandatu” – wspominał w jednym z felietonów.
Kiedy indziej doroczny majowy kiermasz książek zbiegł się z zakończeniem kolarskiego Wyścigu Pokoju, w którym startował najsłynniejszy polski kolarz tamtych czasów, Stanisław Królak. Brzechwa podpisywał książki na stoisku wydawnictwa Czytelnik, gdy pojawił się Marcin Szancer.
– Wiesz, Janek, na giełdzie autografów zamieniają „dwie Brzechwy za jednego Królaka”.
– Literatura na końcu peletonu – uśmiechnął się poeta.
W wielu artykułach i wywiadach wspominał przygody podczas wieczorów autorskich. Pokory w podejściu do własnej popularności nauczyła go kierowniczka pewnej świetlicy w Krakowie, wspominał. Zapowiedziała jego występ: – A teraz wystąpi nasz znany pisarz i poeta – Jan Brzytwa! A bywało jeszcze gorzej: był panem Drzewko i panem Grzywką, a nawet panem Rzuchwą, Szewką i Grzeszką.
W Poznaniu jakiś młody człowiek zapytał go, czy potrafi śpiewać romanse cygańskie, w Sobieszowie, kiedy skończył czytać wiersze i poprosił o pytania, pierwsze brzmiało: – Proszę pana, a jak pan się nazywa? W Łodzi dyrektor szkoły pochwalił się, że uczniowie przygotowali na spotkanie swój ulubiony wiersz jego autorstwa. Wyrecytowali „Lokomotywę” Juliana Tuwima. „Tak, proszę państwa! (…) popularność to rzecz złudna i raczej – pośmiertna” – napisał.
Bał się niemowląt i małych dzieci, wspominała żona. Im były młodsze, tym bardziej wpadał w panikę. Ze starszymi, z którymi można było nawiązać kontakt, spotykał się chętnie, żartował, rozmawiał jak z dorosłymi.
Pewnego razu pięciolatek, który towarzyszył znajomej odwiedzającej Brzechwów, na widok ściany książek zapytał:
– To te wsystkie ksiąski pan napisał?
– Tak – potwierdził Brzechwa, budząc w oczach chłopca bezbrzeżny podziw.
– Dlaczego okłamałeś dziecko? – zapytała po wyjściu gości żona.
– Gdybym zaprzeczył, chłopiec byłby zawiedziony, a co gorsza mógłby stracić respekt dla mnie – odparł bajkopisarz.
Sporo jeździł, służbowo i prywatnie, za granicę i po kraju, najczęściej do któregoś z domów ZAiKS-u albo Związku Literatów Polskich. Oficjalnie, żeby pracować, nieoficjalnie, by spędzić przyjemnie czas na kartach i literackich dyskusjach.
Po jednym z pobytów w Zakopanem wpisał się do księgi pamiątkowej pani Puci, bardzo lubianej w środowisku zaiksowców barmanki w restauracji Watra. Wpisów i rysunków w księdze było mnóstwo, ale zdaniem Marianowicza, prawie nikt nie włożył w swój tyle wdzięku, co Brzechwa. Napisał: „Gdy żonę człowiek porzuci/Przeniesie się do Puci./Bo tylko z cudną Pucią/Poradzi sobie z chucią”.
Zofia Nałkowska wspominała spotkania z poetą w Krynicy. Przebywała w uzdrowisku na kuracji, gdy przyjechał Brzechwa. Wieczorem przyszedł ją odwiedzić. Miała gości. „Dowcipy przycichły wobec tego autorytetu” – zapamiętała. Wizyt było więcej, „jeszcze herbata i tort z towarzyszeniem Brzechwy i jego żartów, i jego jakości” – zanotowała w dzienniku innego dnia.
Podczas pobytu w jednym z domów ZAiKS-u poznała Brzechwę Maria Iwaszkiewicz, córka Jarosława. Wspomina bardzo przystojnego, wysokiego mężczyznę („Był chyba tak duży, jak mój ojciec”), który bawił wszystkich swoimi żartami.
– Miał niebywałe poczucie humoru, ale nie było w nim nawet cienia złośliwości – dodaje. – Ojciec napisał gdzieś o nim, że był jednym z najmilszych ludzi, jakich spotkał w życiu. Może nie był najbardziej utalentowanym poetą, jeśli chodzi o rzeczy poważne, ale to, co pisał dla dzieci, było rozkoszne i po prostu genialne.
Na wypoczynek przyjeżdżał zwykle z żoną, która bywała obiektem żartów środowiska.
– Była bardzo piękna, on zakochał się w niej w czasie wojny śmiertelnie, ale pamiętano jej, że była żoną fryzjera – opowiada Maria Iwaszkiewicz.
– Brzechwa był o nią bardzo zazdrosny, mówiono nawet, że dawał jej do przepisywania jakieś teksty, bo miał wtedy pewność, co robi.
Na temat swojego żydowskiego pochodzenia milczał, choć nie było wątpliwości, że wszyscy, których to interesuje, doskonale o tym wiedzą.
„Nigdy nie odcinał się od swoich korzeni” – napisał Marianowicz. Z Żydów próbujących ukrywać pochodzenie kpił. Opowiadał anegdotę o Żydzie i garbusie, którzy spędzili kilka lat w jednej więziennej celi. Kiedy wychodzili na wolność, pierwszy postanowił zdradzić towarzyszowi niedoli długo skrywaną tajemnicę:
– Jestem Żydem.
– Ja też wyjawię ci mój sekret – odrzekł garbus. – Jestem garbaty.
O koledze, który przypisał sobie autorstwo cudzego tekstu, powiedział Ryszardowi Rokickiemu:
– Nie ma większego nieszczęścia, niż jak się urodzi głupi Żyd.
Ci, którzy go znali, wspominają, że nigdy nikomu nie odmówił pomocy. Radził, pomagał nawiązać kontakty z wydawcami, pożyczał pieniądze, krył niewiernych mężów przed podejrzliwymi małżonkami. Raz znalazł się przez to w poważnych tarapatach. Jednemu z przyjaciół, z którym namiętnie grywał w karty, potrzebne było alibi, usprawiedliwiające przed zazdrosną żoną dłuższe niż zwykle nieobecności. Brzechwa, pracujący właśnie nad przekładem poematu Puszkina „Rusłan i Ludmiła”, wpadł na pomysł, że przecież oficjalnie mogą to robić razem. Co prawda przyjaciel nic nigdy wcześniej nie napisał, ale żona, dumna z powodu nowo odkrytego talentu męża, we wszystko uwierzyła.
Słabość fortelu wyszła na jaw, gdy przekład ukazał się drukiem… podpisany wyłącznie nazwiskiem Brzechwy. Rzekomy współautor tłumaczył żonie, że wszystko przez Brzechwową pazerność na sławę. Bo jemu zależało wyłącznie na pieniądzach, więc się przy nazwisku pod tłumaczeniem nie upierał. By uspokoić wątpliwości niewiasty, kupił jej drogie futro. Kobieta, „dotknięta do żywego krzywdą męża, zrobiła dziką awanturę” – napisał Marianowicz, ale Brzechwa do końca nie zdradził, jak było naprawdę.
Ale ostatecznie i jemu dojadły ciągłe nagabywania, prośby i żądania, zarówno te przyjacielskie, jak i te służbowe, w ZAiKS-ie, ZLP i Pen Clubie, coraz bardziej natrętne i pełne pretensji, jeśli nie dość szybko zajął się ich załatwianiem. Marianowicz wspominał, że „od czasu do czasu wpadał w furię i zapowiadał, że już nigdy nie kiwnie palcem w niczyjej sprawie”. (…)
Lubił dobrze zjeść.
– Poziom jadłospisu wybitnie podniósł Jan Brzechwa. Bywały tam nawet raki – opowiadała o pobytach w Oborach poetka Julia Hartwig.
Często jednak powtarzał, że lubi nie tyle jeść, co ucztować, a to zasadnicza różnica. Równie ważne było towarzystwo, interesująca rozmowa, miło spędzony czas. „»Ucztować« znaczyło podnieść proces jedzenia do rangi wyższej niż prymitywne zaspokajanie głodu” – wspominała Janina Brzechwowa.
– Szkoda, że nie urodziłem się w czasach rzymskich – westchnął kiedyś. – Mógłbym jak Petroniusz wśród grona przyjaciół ucztować na leżąco, w laurowym wieńcu na głowie i prowadzić błyskotliwe rozmowy.
Żona postanowiła sprawić mu przyjemność i zorganizować obiad a la Petroniusz. Uplotła z liści laurowych dwa wieńce, pospinała agrafkami prześcieradła i podała ułożonemu na tapczanie mężowi krupnik, kurczaka i czerwone wino. Efekt był zniechęcający: pooblewane zupą stroje i meble, walające się po podłodze kości i wariująca suczka Negri. Na powtórkę rzymskiego przyjęcia „na leżąco” Brzechwa już się nie zgodził.
– Nie wiem, co ci Rzymianie w tym widzieli. To piekielnie niewygodna pozycja – oświadczył.
Czasem to zamiłowanie do kulinarnych eksperymentów prowadziło do katastrofy. Podczas pobytu z żoną w Nicei wypatrzył w jednej z portowych uliczek restaurację, w której menu była bouillabaisse, słynna francuska zupa rybna.
– Idziemy na bujabes! – ogłosił.
– Musisz spróbować tej wspaniałej potrawy.
Był tak zachwycony odkryciem, że bez najmniejszego zastanowienia rarytas zamówił. „To, co nam podano, przypominało raczej zupę pomidorową wielokrotnie podgrzewaną” – wspominała żona. A Brzechwa był zażenowany, że tak się wygłupił:
– Przecież wiadomo, że bujabes można jeść tylko w Marsylii – przepraszał.
Chude diety, przyznawane przez socjalistyczne państwo na służbowe wyjazdy za granicę, wydawał na przyzwoite pióra, które nie robiły kleksów, wykwintną papeterię oraz dobrej jakości papier, niedostępny w PRL (twierdził, że na innym nie jest w stanie pisać). Potrafił całe godziny spędzać w paryskich sklepikach z materiałami piśmiennymi, szukając dobrze leżącego w ręku pióra (nikomu innemu nie wolno było potem zdobyczy używać!) i papieru, którego chciałoby się bez przykrości dotykać. „Twierdził, że poprzez pióro dusza piszącego wraz z atramentem spływa na papier” – wspominała żona.
Z równym zaangażowaniem wyruszał na poszukiwanie markowych papierosów, o które w socjalistycznej Polsce było jeszcze trudniej niż o papier i pióra. Był nałogowym palaczem. Dobrowolski, z którym pojechali jako delegaci ZAiKS-u na konferencję w Brukseli, z przerażeniem patrzył, jak Brzechwa wydaje wszystkie pieniądze na kolejne paczki egipskich, tureckich i amerykańskich papierosów, nie przejmując się, że nie będzie miał za co zjeść obiadu.
Ale największą namiętnością Brzechwy były karty. Brydż, remik, czasem poker, a najbardziej czerwony król, czyli kierki. W Warszawie konfiguracja karcianych partnerów była stała: aktorka Lidia Wysocka, satyryk Jerzy Jurandot, znajomy z przedwojennych kabaretów Artur Tur oraz aktor i współzałożyciel ZAiKS-u Tadeusz Żeromski. Z czasem dołączyła do nich jeszcze Irena Szymańska. Wolała brydża, ale Brzechwa przekonał ją do króla, w którego grywali na Opoczyńskiej przez osiem lat prawie co tydzień. Szarżowali, podwajali stawki, blefowali, wrzeszczeli na siebie i innych, „pożerani żądzą pokonania przeciwników” – wspominała. Było nawet kilka sylwestrów, gdy znajdujący się w „szponach hazardu” karciarze porzucali niegrające żony i mężów w jednym pokoju, a sami zasiadali w sąsiednim do upragnionej partyjki. „Ze śmiercią Jasia król się skończył i wróciliśmy do brydża” – napisała Irena Szymańska.
Grał w karty także podczas pobytów w domach pracy twórczej: ZLP w Oborach i ZAiKS-u w Zakopanem. „Najlepsza partia »rządząca« skupiała się przy stoliku Jana Brzechwy” – wspominała Helena Kołaczkowska pobyty w Oborach. Skład przy stoliku często się zmieniał, dochodził Antoni Słonimski z żoną, hrabia dramaturg Ludwik Hieronim Morstin, także z żoną, przedwojenną pięknością, wytworny mecenas z fajką i kierowniczka domu z herbowym sygnetem na palcu (jej rodowy majątek, upaństwowiony podczas reformy rolnej, znajdował się po drugiej stronie rzeki). „Wszyscy oni wyglądali jak towarzystwo z minionych czasów. Pasowali do pałacu” – Marek Nowakowski należał do grona młodych pisarzy, którzy ukradkiem podglądali nobliwe towarzystwo.
Do grających dołączał czasem Tadeusz Konwicki. Razem z Brzechwą, arystokratyczną kierowniczką i zmieniającym się tzw. czwartym rżnęli wieczorami w brydża. Zwykle w którymś momencie Brzechwa, rozdając karty, rzucał trochę do siebie, trochę do Konwickiego: – Tadziu, wiesz, tam za firanką.
To oznaczało, że Konwicki ma szybko iść do pokoju Brzechwy, gdzie za firanką stoi „butelka sympatycznego płynu”, przynieść ją „i jeszcze w trakcie skromnego hazardu robiliśmy sobie taką przyjemność napitkową” – wspominał autor „Kalendarza i klepsydry”. Jak każdy nałogowy karciarz, jednocześnie cieszył się grą i irytował. Zbyt odważne zagrania partnerów komentował: „Janko ryzykant”, a te, z których był niezadowolony (grający w brydża wiedzą, że takich jest zwykle najwięcej): „Ażebyś popękał w szwach”. Jego pasja była tematem żartów. Słonimski, będąc w 1958 r. w Japonii, wysłał do Szymańskiej depeszę, w której ostrzegał ją przed grasującym tam międzynarodowym oszustem, niejakim Brzechwą, znanym już przed wojną w Gliwicach z oszustw karcianych.
Utrzymywał, że człowiek, który wymyślił grę w karty, był geniuszem większym nawet niż „jakiś” Archimedes, Newton czy Marconi.
Umieszczał karty w bajkach (namiętnym karciarzem był na przykład król Fafuła IV z „Baśni o korsarzu Palemonie”) i lirykach, choćby w „Spóźnionych refleksjach”. O tym, że każdy wiek ma swoje przyjemności: piłkę nożną, rozkosze miłości, podróże, a nawet… naukę. W końcu jednak człowiek mądrzeje i dostrzega to, co w życiu najważniejsze.

Teraz, gdym się zestarzał, umysł mam otwarty,
Przejrzałem, zrozumiałem i wiem już niezbicie,
Że przez to, iż tak późno zacząłem grać w karty,
Bezpowrotnie i głupio zmarnowałem życie.

(…) Pracował rano. Wstawał wcześnie i pisał, wykorzystując pomysły zanotowane poprzedniego wieczora albo przywiezione z jakiejś podróży. W południe szedł na dyżur w jednej z organizacji, do której zarządu znów dał się wciągnąć, albo na spotkanie w kawiarni z innymi pisarzami. Posłuchać najświeższych plotek, nowych dowcipów i zjadliwych recenzji na temat książek nieobecnych akurat kolegów. Po południu już tylko poprawiał i przepisywał na czysto to, co napisał rano.
– Najpierw mąż pisze ręką. Potem to poprawia. Potem to się przepisuje. Potem to się poprawia. Potem to się przepisuje. Potem to się poprawia. Potem… – opowiadała w jednym ze wspólnych wywiadów żona. Brudnopisy darł dokładnie na drobne kawałki. Utwory Brzechwy bardzo rzadko mają po kilka wersji.
Do końca próbował oszukać śmierć. Kokietował ją żartobliwymi wierszami, kpił, uwodził, tak jak uwodził przez całe życie dzieci, ich mamusie, a nawet kolegów. Starał się żyć jak dawniej. Ale śmierć w końcu i tak przyszła, jak kelner w czarnym fraku z gotowym rachunkiem, napisała Magdalena Samozwaniec: „– Proszę, tu są wymienione wszystkie butelki wina i koniaku, które pan szanowny wypił, gdy już był chory, a tutaj tysiąc »gauloisów«, kiedy szanownemu panu nie wolno już było palić. A tutaj proszę, podróże samolocikami w tę i w tę przy chorobie układu krążenia niezbyt wskazane. Serduszko u szanownego pana było już słabe, miewał szanowny pan skoki temperatury, a tymczasem z podróży do Jugosławii, po krótkim odpoczynku w Oborach, pofrunął szanowny pan do Paryża – no i to był już ostateczny koniec. – Dziękuję uprzejmie. Moje uszanowanie…”.
Wszyscy, którzy Brzechwę znali, wspominali jego życzliwość, otwartość, ciepło. „Nie było w całej Polsce jednego człowieka, który by na Janka powiedział cokolwiek złego (…). Ów wielki zniewalający urok wypływał z jego psychicznego stosunku do ludzi” – napisała Magdalena Samozwaniec. Człowiek o uśmiechu pogodnym jak letnie niebo, patrzył na ludzi jak Czechow, rozczulały go ich smętne zabiegi i wysiłki, mówił Jarosław Iwaszkiewicz. „Był satyrykiem bez potrzeby agresji” – takim zapamiętała go Irena Szymańska.
„Janek Brzechwa w mojej pamięci jest słoneczny, z nim nie łączą się w mojej pamięci żadne jakieś chmury, żadne zawieruchy, żadne wiatry. To był wspaniały, strasznie sympatyczny człowiek” – wspominał go po latach Tadeusz Konwicki.

Rozdział z książki Mariusza Urbanka Brzechwa nie dla dzieci, Iskry, Warszawa 2013

Wydanie: 24/2013

Kategorie: Książki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy