Monika, czyli singielka

Monika, czyli singielka

Ze spokojem układam się do zimowego snu, świadoma jego nieuchronności. To ostatni etap świadomej zmiany

Imię dla starej panny
Gdy byłam mała, myślałam, że moje imię to jedynie skrót od nazwy Ministerstwa Obrony Narodowej. Z nieistotnym sufiksem „ika”, który w chwilach drobnych czułości zamieniał się w „iczka”. Rodzinna etymologia mojego imienia pozostaje wciąż niewyjaśniona. Ojciec podobno chciał, żebym była Joanną lub Anną. Bo nawet nie śmiał żonie zaproponować imienia Wanda po swojej matce. Moja mama podeszła do zagadnienia ekonomicznie – i zażądała Zuzanny, jako że urodziłam się 11 sierpnia, w dniu imienin mojej potencjalnej patronki. Gdyby tak się stało, obydwa jubileusze można by odtrąbić jednego dnia. Bez większych ceregieli. Tu ojciec zaoponował. Twierdząc podobno, zupełnie nie w duchu socjalistycznej poprawności politycznej, że Zuzia to panna pokojowa w librettach lub francuskich komediach. Pewno chodziło mu o „Wesele Figara”.

Babcia po latach opowiadała, że to ona była pomysłodawczynią mojego imienia. Chciała, aby imię było nowoczesne, a przede wszystkim oryginalne. Natchnęła ją lektura skandalizującej powieści Pera Andersa Fogelströma „Lato z Moniką”. Bohaterka podczas wakacji ucieka z chłopakiem Harrym na wyspę, gdzie spędzają upojne lato. Po powrocie okazuje się, że Monika jest w ciąży. Harry chce ślubu i stabilizacji, ale jej się nie podoba życie rodzinne. Rodzi dziecko i zostawia je chłopakowi. Bardzo szybko na podstawie książki powstał film Ingmara Bergmana, pełen śmiałych scen erotycznych. Monika o twarzy aktorki Harriet Andersson stała się symbolem szwedzkiej rozwiązłości.

Prawda jest taka, że książka w Polsce ukazała się dopiero w 1974 r. Ja już miałam 11 lat. Ale sama historia ładna. Najwyraźniej więc inna Monika musiała być dla babci natchnieniem. Może aktorka Monica Vitti? Wtedy filmy Michelangela Antonioniego – „Przygoda”, „Noc” i „Zaćmienie” – podbijały całą Europę. A Vitti jako czołowa muza włoskiego reżysera – stała się ikoną kobiecości.

W każdym razie ojciec na propozycję babci miał zareagować entuzjastycznie: – Też o tym myślałem! Córka Stefana Żeromskiego tak ma na imię. Monika Żeromska!

Taka jest wersja oficjalna: mam imię po jedynej córce ulubionego pisarza mojego ojca. Jak to się stało, że tym razem wyjątkowo z babcią nie posłuchali się mamy, nie wiem. A prawdziwa geneza imienia wszystkich Monik to greckie słowo monos – osobny, pojedynczy, samotny. I tak, nomen omen, zostałam singielką, a właściwie, zgodnie z tradycyjną nazwą, po prostu starą panną. A gdybym tak została Polą, od poligamii…

Zeszyt
Mam szary notatnik z telefonami. Właściwie już nieużywany. Ale najcenniejsza w nim jest kartka, na której ojciec wypisał listę imion dla swojego wnuka. Ponieważ nie był zadowolony, w czym oczywiście wtórowała mu mama, z mojego wyboru. Nie wiem, czy to dlatego, że sam do mnie mówił w sposób żartobliwy Gustaw? I dlatego imię wydawało mu się mało poważne? Czy może problemem był Mickiewiczowski bohater – słaby, kochliwy i histeryczny, który dopiero po przemianie w Konrada stał się odpowiednim wzorcem do naśladowania? Nawet jeżeli takie miałby skojarzenia, to przecież imię Gustaw nosili: Flaubert, Mahler, Klimt. No i nasz Holoubek.
W zeszycie imiona rozpisał mi w odpowiedniej kolejności:
Stefan – wiadomo, no bo Żeromski.
Julian – czyli ulubiony poeta ojca, Tuwim.
Paweł, Rafał, Maciej – nie mam pojęcia, skąd te pomysły.
Adam – pierwszy mężczyzna? Któryś z dwóch panów Adamów M.? Mickiewicz czy Michnik?
Michał – na pewno na cześć wieloletniego przyjaciela aż do śmierci, pułkownika Sadykiewicza1.
Leon – czyżby Kruczkowski? A może Niemczyk?
Kazimierz – chyba Wierzyński.
Krzysztof – to na pewno Baczyński.
Lucjan – może Rydel?
Grzegorz, Piotr, Tomasz, Ludwik, Jacek, Łukasz, Marek, Mariusz, Bogdan – żeby nie było, że dostałam zbyt mało propozycji.
Stefana brałam pod uwagę wcześniej, choć też nie wykluczałam Ignacego lub Witolda. Jednak nie miałam żadnych wątpliwości, kiedy w szpitalu przyciskałam do siebie leżące obok mnie zawiniątko w beciku. To mój syn Gustaw.
Co do ojca, myślę, że mógł mieć jeszcze inne obawy związane z tym imieniem. Kiedy Gustaw był już Gustawem, ale niezarejestrowanym jeszcze formalnie w Urzędzie Stanu Cywilnego, ojciec dalej drążył temat. Z mojej strony padło imię Konstanty.
– Powiedzą, że to od Rokossowskiego2 – odpowiedział.
– A Gustaw to pewno, że Husák3? To rozumiem, że Leonid też odpada…
Zaśmialiśmy się, ale rozumiałam, że dla ojca imię wnuka to bardzo istotna sprawa. Co to jest, że kiedy rodzi się dziecko, nagle cała rodzina, a często też znajomi chcą przypisać sobie autorstwo i następuje casting imion. Przy okazji ujawniają się różne poglądy. Właśnie przypomniała mi się historia przyjaciół. Kiedy babcia ich nowo narodzonego syna dowiedziała się, że chcą mu dać na imię Jakub, próbowała przekupić złotym pierścionkiem synową, aby tylko tego nie robili. Wiadomo, no bo żydowskie… Nie pomogło – Kuba został Kubą.

Życie to nie bajka
Nikt chyba już nie myśli, że stylista jest jak dobra wróżka z „Kopciuszka”, która przemienia zakurzonego, zahukanego kocmołucha w powabną damę i jeszcze w bonusie dorzuca księcia w białym bmw za męża. Nie ubiera za to złych sióstr, bo i tak są wystrojone w Versace.
Życie to nie „Projekt Lady” czy „Sablewskiej sposób na…”. Moje wieloletnie doświadczenie pokazało mi, że można komuś zmienić styl na chwilę, ale głębsza zmiana wymaga czasu, intymności i pracy bardziej psychologicznej niż stylistycznej. Natychmiastowy efekt szybko mija, jeśli nie towarzyszy mu wewnętrzna potrzeba. Więc prawda jest taka, że dla stylisty często większym wyzwaniem jest… a zresztą, zdarzają się cuda jak w bajce. I to bez czarodziejskiej różdżki.

Kilkanaście lat temu w jednej z międzynarodowych firm szkoliłam około tysiąca osób z całej Polski. Każdemu ze szkoleń z dress codu towarzyszyły metamorfozy uczestników. Zwykle bardziej chętne do przemian były kobiety, które uważały, że odnalazły już swój styl, były z siebie zadowolone – i dlatego miały ochotę się pobawić. Tak, właśnie pobawić się i bez kompleksu pokazać się po metamorfozie kolegom i koleżankom. To nie było dobre wyzwanie dla stylisty. Trudno przekonać kogoś, że ma zbyt mocny makijaż albo że drapieżne tipsy nie przystoją menedżerce od finansowych negocjacji. Łatwiej jest komuś coś dać, niż odebrać – jak w „Modlitwie” Bułata Okudżawy: „Panie, ofiaruj każdemu z nas, czego mu w życiu brak…”.

Dobrze jednak pamiętam zmianę dziewczyny, która na początku przypominała przysłowiową szarą myszkę. Była pozbawiona właściwości. Jej uroda została wyjałowiona przez korporacyjne zmęczenie, brak wewnętrznego światła i pewności siebie. Po kilku rozmowach przyznała, że nie potrafi ocenić swego wyglądu i boi się wziąć udział w metamorfozach, bo woli być niewidoczna i chować się pośród innych. Udało mi się ją przekonać. I zajęłam się nią od strony stylistycznej, bo rzeczywiście łatwiej z kopciuszka zrobić królewnę niż z królewny królewnę. Dziewczyna miała bardzo jasną cerę, jak u Śnieżki, do tego włosy popielate niczym rzeczny kamień, bez połysku, złapane gumką w niezbyt obfity kucyk. Zdecydowaliśmy się na mocne przyciemnienie włosów, daliśmy okulary w wyrazistych prostokątnych oprawkach, które dopiero wtedy zaczynały być modne. Długie włosy skróciliśmy na wzór fryzury Umy Thurman w „Pulp Fiction” – krótka geometryczna grzywka i proste cięcie. Do tego grafitowy garnitur oraz podkreślający kości policzkowe i usta makijaż. Przez dopasowaną marynarkę wzmocniliśmy w niej zarówno męski atrybut, jak i kobiecą seksowność. Jej wygląd nabrał charakteru, a jednocześnie dalej mogła czuć się schowana dzięki strojowi i okularom.

Dziewczyna, zanim wyszła do innych uczestników, stanęła w garderobie przed lustrem i zrozumiała proces, który się dokonał. Nosiła w sobie głęboko zakorzeniony swój obraz, który teraz mogła wreszcie porzucić. Nowy styl pokazał jej, że może wyglądać atrakcyjnie, a zarazem wciąż się chować. Stał się dla niej strojem ochronnym, dodającym pewności siebie. Był trochę jak zbroja, w której mogła wyruszyć do codziennej korporacyjnej walki. W lustrze po raz pierwszy zobaczyła też swój prawdziwy potencjał. Wcześniej widziała w nim tylko mankamenty i deficyty, teraz mogła zobaczyć atrybuty i możliwości.

Są kobiety, które od najmłodszych lat mają przekonanie o własnej urodzie. Najczęściej utrwala się ono w dzieciństwie. I nawet jeśli zdarzy im się przytyć, przez co zmieni się ich wygląd – nadal przekonane są o swej atrakcyjności. Ale są też wieczne brzydkie kaczątka, które choć ładne, wciąż tkwią w przekonaniu o własnej szpetocie.

Nie istnieje coś takiego jak intuicja w modzie. Intuicja to nieuświadomione doświadczenie. Na początku lat 90., kiedy pracowałam w „Twoim Stylu”, przysyłano z agencji modelek do działu stylizacji dziewczyny na castingi. Często przychodziły zupełnie nowe, które dopiero zaczynały tę pracę. Tak na 80% byłam w stanie ocenić, czy dana dziewczyna zrobi karierę, czy też nie. Nie na podstawie urody, ale pewności siebie. Jeśli to była dziewczyna, którą w dzieciństwie, przystrojoną w kokardę, rodzina stawiała na stole, aby recytowała wiersze, za które wszyscy jej bili brawo, bo była księżniczką tatusia – stając naprzeciwko fotografa, nawet bez kontaktu wzrokowego, od razu świetnie z nim się rozumiała. Eksponowała urodę wpisaną na swoim twardym dysku.

Pojawiały się również dziewczyny o spektakularnej urodzie, lecz z mocno zakodowanym na ich twardym dysku brakiem akceptacji – czy to w domu, czy to w szkole. Być może szło też o wartości, które były im wpajane. W każdym razie wiedziałam, że taka dziewczyna albo nie zrobi kariery wielkiej modelki, albo będzie to kariera przejściowa.

Poczucie naszego wyglądu jest bowiem wpisane zarówno w naszą świadomość, jak i podświadomość. Z wiekiem to poczucie może się jeszcze utwierdzać, choć jest zależne od innych doświadczeń. Te z urodą na twardym dysku w starszym wieku nadal będą przekonane o swej urodzie. Inne będą się ostrzykiwać albo reagować agresją na kobiety, które wyglądają lepiej. W tym wypadku jest to pamięć zewnętrzna urody, bez wewnętrznych korzeni.

Owszem, metamorfozy twardego dysku są możliwe. Głównie za sprawą głębokich doznań, jak choćby odwzajemniona miłość. Samoakceptacja dzięki udanej stylizacji też w wielu wypadkach byłaby możliwa, gdyby trafiła na odpowiedni grunt życia codziennego. Po efektownej zmianie wyglądu na ogół ktoś jest chwalony, komplementowany – i jest w stanie to przyjąć. Ale jeśli wróci do domu i już od progu usłyszy od matki: „Jak ty wyglądasz? W tych okularach to sobie chłopaka nigdy nie znajdziesz!”, a jeszcze siostry zachichoczą złośliwie, to żadna stylistka wróżka z „Kopciuszka” nie pomoże.

Jezioro
Powoli zanurzam nogi. Noce już chłodne, więc woda coraz bardziej rześka. Jeszcze chwila… Jestem mokra do połowy. Najgorsze już za mną. Zanurzam się cała. Ostatnia kąpiel tego lata. Jezioro pachnie jak zwykle. Trzciny szeleszczą jak zawsze. Coroczne zaklęcie – żeby tu wrócić za rok, wracać i pływać choć jeszcze z dziesięć lat. Może i z piętnaście…? A z drugiej strony – może to dziś był ten ostatni raz? Tego nigdy nie wiemy. Niby panta rhei, ale dla mnie wciąż to samo jezioro i wciąż to jestem ja. Choć kiedyś odpoczywał tu generał Kiszczak, a dziś być może minister Macierewicz, dla mnie ta woda jest tak samo zielona. A ja, już choć trochę zmurszała i zgorzkniała, ciągle jestem tym samym dzieckiem, które pół wieku temu zanurzało stopę w tym samym jeziorze.

Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, a jednak pływam wciąż w tym samym jeziorze.

Ostatni etap
Czuję jesień na karku, mimo że dosłownie przed chwilą była jeszcze wiosna. Lato, choć upalne, przeszło jakby obok. Cały rok się na nie czeka, bo wakacje, las, słońce, miłość i poziomki. Pełnia życia. Ale jak wszystko się kończy. Jesień nieuchronnie zbliża nas ku zimie.
A przecież „owoce są najsmaczniejsze, kiedy się kończą. Dzieciństwo najpiękniejsze jest, kiedy się z niego wyrasta. Pijakom największą przyjemność sprawia ostatni kielich wina, ten, który ich pogrąża, który wieńczy pijaństwo. Wszelka rozkosz odsuwa na sam koniec to, co ma w sobie najmilszego. Najprzyjemniejszy jest wiek już podeszły, ale jeszcze nie podupadły. A nawet i ów, uważam, stojący na samej krawędzi życia, ma swoje przyjemności. Albo już samo to zastępuje przyjemności, że wcale się nie odczuwa ich braku”4.
Ze spokojem układam się do zimowego snu, świadoma jego nieuchronności. To ostatni etap świadomej zmiany.

„Nie chciał żyć, kto nie chce umrzeć. Życie bowiem zostało dane pod warunkiem śmierci. Ku niej idziemy. Dlatego głupotą jest lękać się jej, ponieważ boimy się tego co niepewne, na to co pewne, czekamy”5.

1 Pułkownik Michał Sadykiewicz (ur. w 1924 r. w Łodzi) – będąc zastępcą Szefa Zarządu Szkolenia w Dowództwie Wojsk Lądowych, został usunięty z LWP w ramach czystek antysemickich w 1968 r.
2 Radziecki i polski marszałek Konstanty Rokossowski (1896-1968) – w latach 1945-1956 sprawujący w PRL władzę jako marszałek, szef MON i wiceprezes Rady Ministrów.
3 Gustáv Husák – wieloletni przywódca Komunistycznej Partii Czechosłowacji, w latach 1975-1989 prezydent Czechosłowacji.
4 Seneka, Listy moralne do Lucyliusza, w: Myśli, Tower Press, Gdańsk 2000.
5 Tamże.

Tytuł, wybór i ilustracje pochodzą od redakcji

Fragmenty książki Moniki Jaruzelskiej Zmiana, Prószyński i S-ka, Warszawa 2016

Wydanie: 48/2016

Kategorie: Książki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy