MSZ: czas tropicieli

MSZ: czas tropicieli

List 59 amerykańskich senatorów w sprawie ustawy reprywatyzacyjnej stał się w MSZ kolejnym narzędziem intryg personalnych. Kolejnym strzałem. Trzeba bowiem zinterpretować to wydarzenie – otóż przez wiele lat polska dyplomacja potrafiła blokować zbieranie podpisów pod takim listem, pękło to wszystko teraz, za czasów Trumpa i ustawy o IPN.

W obozie władzy trwa poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, czyja to wina. Ministra Jakiego, który bezrozumnie wypuścił ustawę o IPN w świat, w ogóle nie rozumiejąc, co do niego mówiła np. ambasador Izraela, i naszej placówki w Waszyngtonie (obsadzonej przez „dobrą zmianę”), która nie potrafiła tym razem zatrzymać niekorzystnej dla Polski inicjatywy? Wobec tego na dywaniku powinni się znaleźć i ministrowie Ziobro z Jakim, i minister Waszczykowski, no i ten, kto do zmian na amerykańskiej placówce go przymusił.

Ale winą obarczyć można też inną grupę. Szefa MSZ, który nie przekazał ministrowi Jakiemu na czas ostrzeżeń z Departamentu Stanu, no i MSZ-etowską centralę, która zlekceważyła to, co się działo w Kongresie USA. Czyli ministra Czaputowicza i jego współpracowników.

Na razie górą jest ta druga wersja i to ona rozprzestrzenia się w prawicowej blogosferze. Warto więc ją opisać.

Przede wszystkim MSZ zawiniło, przetrzymując notatkę ze spotkania z 19 stycznia br. w gmachu resortu z Thomasem Yazdgerdim, który w amerykańskim Departamencie Stanu odpowiada za kwestie dotyczące Holokaustu. Spotkali się z nim Maciej Pisarski, pełnomocnik ministra do spraw kontaktów z diasporą żydowską, Anna Perl z Departamentu Ameryki oraz Filip Bartkowiak z Departamentu Strategii Polityki Zagranicznej. Notatkę ze spotkania Pisarski napisał 22 stycznia, a do Ministerstwa Sprawiedliwości trafiła ona 28 stycznia, już po głosowaniu w Sejmie. Dlaczego tak późno? To nieporadność MSZ czy coś więcej?

Dla prawicowej społeczności odpowiedź brzmi: coś więcej. Pisarski jest bowiem od lutego dyrektorem Departamentu Strategii Polityki Zagranicznej, czyli jednym z zaufanych ministra Czaputowicza. A wcześniej, za czasów Radosława Sikorskiego, był zastępcą ambasadora RP w USA, Ryszarda Schnepfa. Czy więc obecny rząd może mieć zaufanie do takiego człowieka? Prawicowcy wyciągają też Pisarskiemu inne rzeczy. „Jest także wziętym publicystą w redagowanych przez Alinę Całą biuletynach Żydowskiego Instytutu Historycznego, poświęconych w całości jednemu tematowi – »Antysemityzm w Polsce; Żydowscy komuniści«. Na żydowskiej ulicy. Szkic do dziejów żydowskiej frakcji w PPR i PZPR (1945-51) – w »naukowej« publikacji pod takim tytułem wylewa łzy nad biednymi kamratami Bermana prześladowanymi przez rodziny katyńskie i żołnierzy wyklętych”. To cytat z jednego z pisemek.

Ale Pisarski nie jest sam. Jest z nim wspomniana wyżej Anna Perl, którą na początku lutego minister Czaputowicz powołał na dyrektora Departamentu Ameryki. A jej męża, Rafała Perla – na dyrektora Sekretariatu Ministra. Otóż gdy placówką w Waszyngtonie kierował Schnepf, a jego zastępcą był Pisarski, to Rafał Perl był attaché prasowym ambasady, a Anna Perl pracowała w dziale politycznym. Aha, i jak dodaje jedno z pism, Perl jest potomkiem przedwojennego komunisty.

No, mamy jaczejkę? Złapaliśmy piątą kolumnę? Mamy haka na jej patrona Jacka Czaputowicza? Tak w MSZ bawi się prawica. Tropi i ryje. Tylko to, zdaje się, potrafi.

Wydanie: 14/2018

Kategorie: Aktualne, Kronika Dobrej Zmiany

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy