My, stratedzy

My, stratedzy

Zaczyna się: w katalogach sklepów pojawiły się świąteczne motywy, w telewizji tłum Mikołajów próbuje opchnąć wszystko: telefony, telewizory, kosmetyki, biżuterię. W holach sklepów straszą choinki monumentalne jak rakiety, groźnie przeskalowane, odstrzelone jak Pałac Kultury i Nauki. Z rozstawionych na jarmarkach budek śmierdzi oscypkiem. Kup, kup, kup: „Świetny prezent dla niego”, „Świetny prezent dla niej”. Jak co roku obiecujemy sobie, że tym razem nie będziemy kupować w Wigilię tego, co jeszcze zostało – zjarchanego, wymiętoszonego, zbyt drogiego. Zachowamy się racjonalnie i przebiegle: z czułością i miłością wybrany prezent zakupimy już w listopadzie.
Szybko jednak się okazuje, że przedwczesny zakup zostaje rozdysponowany inaczej, rozkradziony i zaprzepaszczony, ot co! Czekoladki wyciągamy sami pewnego przykrego wieczoru, kiedy pada i oglądamy złe wiadomości, leżąc przed telewizorem. Zazwyczaj nie kupujemy pralinek, by nie ulegać pokusom w chwili słabości, jednak tym razem, no cóż, miały uświetnić świąteczną paczkę! O, bez przesady, jutro uzupełnimy zapasy. Następnie okazuje się, że opakowanie pełne skarpet o fantazyjnych wzorach, które udało nam się kupić dla ojca od projektanta za grosze, już zostało otwarte, a domownicy płci męskiej (obaj) radośnie noszą je na stopach. Pozostałe dwie pary chowamy więc we własnej szufladzie – i tak nam się podobały. Spokojnie, jest jeszcze dużo czasu. Pewnego wieczoru, wybierając się na teatralną premierę, gorzko myślimy o swojej garderobie jako niechlujnej i wybrakowanej. Wiadomo, nie o to chodzi, żeby lśnić jak psu jajca, lecz by nie odbiegać jednak od standardów i nie prezentować psiej sierści na czarnej bluzce, i tak zmechaconej i lekko oślinionej przez psa. Szczęśliwie przypominamy sobie, że kupiliśmy mamie cudowną broszkę w stylistyce art deco, gustowną, a niedrogą. Na pewno delikatnie można ją odpakować. Nikt się nie dowie. Otwieramy pudełko, rozwiązujemy sznureczek z ceną i przymierzamy broszkę: bosko. Blask sztucznych klejnotów odwraca uwagę od owłosionej bluzeczki. Podczas premiery wszyscy na teatralnych korytarzach chwalą broszkę. Ktoś robi zdjęcie, które ląduje w internecie. Pechowo ogląda je mama. – Jaka ładna broszka, córuniu – mówi. Reszta drobiazgów: prezenty dla dzieci, wino i książki – i tak ląduje u znajomych. Nie można przecież iść na kolację „z pustymi rękami”. Całe szczęście, że mieliśmy coś skitranego w garderobie!
W ten sposób pozbyliśmy się wszystkich prezentów przed końcem listopada. A nasz genialny plan okazał się prosty i niewykonalny. Prezenty kupimy dzień przed Wigilią, na cito, w nerwowej szarpaninie podobnych nam strategów. W „Kerfie” lub „Biedrze” załatwimy kwestię świątecznych papierów i po długim wysiłku, szamocząc się na podłodze z taśmą klejącą, wyprodukujemy dziwne konstrukcje. Wyglądają jak efekt jakiejś nerwicy? Nie szkodzi. W środku i tak są dziwne rzeczy, które w panice ściągnęliśmy z półki w jakimś sklepie. Niektórzy podczas wigilii organizują wielkie wymiany dóbr. Rozmiar L za M, brąz bluzki za czerwień sweterka. Książka o Holokauście za album ze zdjęciami seterów irlandzkich. Jeden z kremów, który otrzymała babcia, będzie krążył między domownikami przez pół roku. Dziwnie pachnie i przy byle okazji ludzie będą chcieli się go pozbyć, wręczając komu innemu, aż ostatecznie znów trafi do babci.
W książce „Argonauci zachodniego Pacyfiku” antropolog Bronisław Malinowski opisał rytuał kula, polegający na wymianie przedmiotów posiadających znaczenie symboliczno-obrzędowe. Przedmioty biorące udział w wymianie to wykonana z muszli biżuteria: naszyjniki i naramienniki. Takie naramienniki to by było coś – myślę. Powinniśmy dawać je sobie co roku jako symbol indywidualności i wiary w wolność jednostki. Zamiast skarpet.

Wydanie: 49/2015

Kategorie: Agnieszka Wolny-Hamkało

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy