Na czym polega problem?

Na czym polega problem?

Najważniejszy zarzut pod adresem niemieckiego serialu „Nasze matki, nasi ojcowie” jest taki, że nie ma w nim napaści na Polskę z 1939 r.

Oto pytanie wcale nie retoryczne: czy A.D. 2013, poza wielkoruskimi kręgami w Rosji, obowiązuje gdzieś jeszcze stara radziecka teza, po 1956 r. stanowczo i otwarcie odrzucana przez polskich historyków, że II wojna światowa rozpoczęła się 21 czerwca 1941 r.? Odpowiedź brzmi: tak, obowiązuje, mianowicie w Moguncji, gdzie ma siedzibę ZDF, drugi program telewizji niemieckiej.
Taki wniosek nasunął mi się po obejrzeniu w polskiej telewizji państwowej „Naszych matek, naszych ojców”. Trzyczęściowa saga o losie pięciorga młodych Niemców rozpoczyna się od momentu, w którym dwaj z nich ruszają na wojnę z ZSRR. Abstrahując od dziesiątków dziwacznych, wytłumaczalnych chyba tylko ignorancją autorów scenariusza błędów dotyczących realiów „tysiącletniej Rzeszy”, w tym Wehrmachtu i SS, czym doprawdy zajmować się nie warto, najważniejszy zarzut pod adresem tego serialu jest taki, że nie ma w nim napaści na Polskę z 1939 r. Bez choćby syntetycznego tylko ukazania początku II wojny światowej jakikolwiek film o wojnie będzie nieprawdziwy. Będzie natomiast odpowiednio zgodny z „wielką wojną ojczyźnianą”.
Aliści to, że autorzy (i konsultanci) filmu rozpoczynają opowieść od wybranego przez siebie momentu, przypadkiem nie jest. Wielka wędrowna wystawa o zbrodniach Wehrmachtu zorganizowana w Niemczech w 2002 r. także obejmuje tylko lata 1941-1944. Czytam w obszernym (prawie tysiąc stron) katalogu ekspozycji, że wybrany został taki okres, ponieważ „w odróżnieniu od działań wojennych w innych krajach wojna była nie tylko przeciw armiom drugich państw, ale także przeciw częściom ludności cywilnej”. Katalog, a więc i treść ekspozycji autoryzowane są przez liberalno-lewicowy Hamburger Institut für Sozialforschung oraz Hamburger Edition, a w radzie naukowej z prof. dr. Hansem Mommsenem jako przewodniczącym zasiadali wybitni historycy z ośmiu niemieckich uniwersytetów, rzecz jest zatem poważna; żadna tam „nacjonalistyczna heca”. I na tym polega problem.
My wiemy, że zbrodnie Wehrmachtu zaczęły się w Polsce. Z wydanej w 1961 r. książki Szymona Datnera „Zbrodnie Wehrmachtu na jeńcach wojennych w II wojnie światowej”, a także z pracy Leszka Moczulskiego o kampanii wrześniowej znamy wszystkie okrutne szczegóły. Wiemy o mordzie polskich jeńców pod Ciepielowem 8 września 1939 r., o rozstrzeliwaniu setek jeńców w Śladowie, Zakroczymiu i wielu innych miejscach. I o zabijaniu cywilów. W okresie od 1 września do 26 października 1939 r. w 764 egzekucjach przeprowadzonych także z udziałem Wehrmachtu zabito ok. 24 tys. Polek i Polaków. Jest to porównywalne z liczbą ofiar zbrodni katyńskiej. Powtarzam więc: bez przedstawienia tego, co działo się od pierwszej chwili agresji niemieckiej na Polskę, nie ma uczciwego pokazania okropności i okrucieństwa wojny.
Debata telewizyjna po emisji trzeciej części filmu jawi mi się, łagodnie mówiąc, jako nieporozumienie. Przede wszystkim, żeby tak ważną wymianę myśli poprowadzić, trzeba się na jej przedmiocie znać, a Piotr Kraśko się nie zna, bo on się zna na wszystkim. Poza Adamem Krzemińskim, który bodaj jako pierwszy podniósł zastrzeżenia do daty początku filmu, jak ośmielam się twierdzić, nikt na historii niemieckiej głębiej się nie zna. Ani wybitny specjalista od spraw okupacji niemieckiej w Polsce, prof. Tomasz Szarota, który wprawdzie pisał też o polskich i niemieckich stereotypach, co ma mało do rzeczy, bo ważne są fakty, ani wypowiadający się „spoza kadru” znawca opozycji demokratycznej prof. Jerzy Eisler, ani wszędobylski (także na łamach „Uważam Rze” i „Do Rzeczy”) i nader sympatyczny politolog Szewach Weiss. Dzięki niemu, co zrozumiałe, debata o filmie skupiła się czas dłuższy na problematyce antysemityzmu, co w bardzo rzeczowy sposób sprostował rzecznik Światowego Związku Żołnierzy AK ppłk Tadeusz Filipkowski („W AK byli antysemici, ale AK nie była antysemicka”, co całkowicie zasłoniło programowy antysemityzm NSZ). Odpór w sprawach antysemityzmu dał Piotr Semka, samozwańczy ekspert ds. niemieckich wśród „oburzonego” i „niepokornego” dziennikarstwa. Dwaj niemieccy dziennikarze mieli w tej debacie tyle do powiedzenia, ile wedle demokratycznej poprawności politycznej należało rzec, zresztą trochę mętnie.
Sądząc z czatów wyświetlanych na pasku u dołu ekranu, słuchaczom tej ponadgodzinnej debaty należy się wielki szacunek. Uznając w większości, że był to film do obejrzenia i przemyślenia, stwierdzili po prostu, że w każdym narodzie są ludzie różnie myślący i postępujący i że zależy to od tego, kto i jak nimi rządzi. Zakładając, że głosy takie zostały „dobrane”, misyjna działalność TVP 1 wypadła tym razem nie najgorzej.

Wydanie: 26/2013

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy