Na Kresach

Na Kresach

Minister Przemysław Czarnek dwoi się i troi, by przerobić polską szkołę na katolicką, patriotyczną, narodową, czystą moralnie, wolną od seksu. Niewiele tu zwojuje. Opór stawi ciało pedagogiczne, z natury tego zawodu bardzo oporne. A dzieci coraz więcej wiedzy i niewiedzy czerpią nie ze szkoły, ale z mediów elektronicznych. Świat stoi przed dziećmi otworem, nikt im go już nie zamknie.

*

Kolega, mechanik samochodowy, przerażony chamską debatą w Sejmie, śle mi słowa wybitnego malarza Wilhelma Sasnala: „Nie boję się posądzenia o antypolskość. Słowo »polskość« zostało tak przywłaszczone przez jedną stronę i zdewaluowane, że już nic nie znaczy. Z lekkim sercem oddaję je apologetom polskości, niech się nim dławią”. Kolega pisze: „Czuję dyskomfort mieszkania w Polsce, kłamstwo i obłuda tej władzy poniża mnie jako obywatela. Przeraża mnie zaściankowość i ciemnota większości narodu”.

*

Suwałki, które pamiętam z lat 70., jak każde miasto niezniszczone przez wojnę, a odnowione i odświeżone w nowym czasie, bardzo zyskały. Te niewysokie domy na centralnej ulicy, z początków XX w., stały się już zabytkami. Widzę budynek sądu. To w nim wiele czasu spędzał brat mojej matki, wujek Adam, adwokat – mieszkał przez lata w Suwałkach. W Warszawie, w latach 60., był prokuratorem. Przesłuchiwał podejrzanych w słynnej aferze mięsnej, po wyrokach śmierci, przerażony i oburzony, przekwalifikował się na adwokata. I uciekł z Warszawy na wschód. Matka zawsze się o niego martwiła, jako dziecko w czasie okupacji miał ciężkie przejścia, które zrujnowały mu zdrowie fizyczne i psychiczne, ale na prowincji w końcu doszedł do siebie i dożył umiarkowanej starości. Straszne i śmieszne rzeczy opowiadał o prowincjonalnym wymiarze sprawiedliwości, zanosząc się od śmiechu.

*

Do Wiżajn, więc nad granicą litewską, mijamy Szypliszki, te nazwy kojarzą mi się z Kresami, z Piłsudskim, z Miłoszem i Konwickim. Krajobraz faluje, małe fale zmieniają się w oceaniczne. W Wiżajnach domowa fabryczka serów, różnorodnych i niezwykle smacznych. Na polach wiele koni; piękne, ale to nie są konie pod siodło, nie wykonują też żadnej pracy, wozy konne zostały zamienione na mechaniczne. Dowiaduję się, że niestety są hodowane na mięso. W Polsce nie je się koniny, więc mięso idzie na eksport do Włoch.

*

Do Krasnogrudy, więc znowu nad granicę litewską i znowu falujące krajobrazy. Dwór, który należał do rodziny matki Miłosza, poeta bywał w nim wielokrotnie w młodości. Teraz jest tu poświęcone Miłoszowi muzeum. Ganek z czterema kolumnami pomalowany na ciemnoczerwony kolor. Tak oczywiście w przeszłości nie było, ale świetnie to wygląda. Obok ładny dom Fundacji Pogranicze. Muzeum bardzo nowoczesne, na ścianach wiersze Miłosza po polsku, po litewsku i po angielsku. Te wiersze wiszą na haczykach i można je sobie brać. Z głośników głos aktorów, którzy czytają wiersze, trochę fotografii. Moje dzieci oczywiście śmiertelnie znudzone. Czy ja jednak byłem inny? Miałem trochę więcej lat niż Antek, gdy ojciec zabrał mnie do wilii Stefana Żeromskiego w Konstancinie, na spotkanie z żoną i córką pisarza. Nie zrobiło to na mnie żadnego wrażenia, ze spotkania pamiętam tylko, że było ono na tarasie domu. Za to wszystkie swoje spotkania z Czesławem Miłoszem świetnie pamiętam, było ich co najmniej dziesięć. Są pięknie wyeksponowane w muzeum moich wspomnień.

*

Do niedalekiej wsi Wigry, nad wigierskim jeziorem. Byliśmy tu rok temu. Bardzo piękne miejsce, kościół i klasztor Kamedułów z XVII w., niedawno odrestaurowany, wieża zegarowa, domki mnichów. Wielka harmonia. W tle muzyka i śpiew kościelny. Z wieży widok na okolicę. Harmonię zakłócają dzieci, nudzi im się, narzekają, marudzą. Antoś ma 14 lat i często irytuje się, wędrując między dzieckiem a dorosłym.

*

Kajakiem Czarną Hańczą. Towarzyszą nam chmury ciemnogranatowych owadów, zdają się skrzyżowaniem ważki i motyla; czaple, łabędzie i kaczki z małymi nie płoszą się i przyglądają nam obojętnie, oswojone z kajakami.

*

Czytam nad jeziorem niedawno wydany „Słownik rodzinny” Natalii Ginzburg. Włoska pisarka, bardzo proustowska książka. Dawno nie czytałem książki w tej stylistyce, takie mogę czytać tylko na wakacjach.

*

Osada Stańczyki blisko doliny Rospudy. Są tu najwyższe mosty kolejowe w Polsce, ale już bez torów. To były jeszcze Prusy Wschodnie. Niemcy od roku 1914 budowali tę linię kolejową w celach wojskowych. Potem stała się niepotrzebna. A mosty z lanego betonu zostały, wyglądają jak rzymskie akwedukty, jakimś cudem zanurzone w słowiańskiej leśnej głuszy.

*

Nawet na Pojezierze Suwalskie dochodzą wieści, że PiS gnije.

t.jastrun@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 28/2021

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy