Na wstecznym biegu

Jarosław Kaczyński, premier, obiecał przyspieszyć. I przyspiesza. Owocem tego są kolejne ustawy, na chybcika uchwalone przez Sejm, wśród których najwięcej protestów wzbudziła ustawa o zmianie ordynacji wyborczej do samorządów. Ustawa ta jest oczywistym trikiem politycznym, mającym dopomóc PiS w zdobyciu mandatów samorządowych i poszerzeniu jego władzy, ponieważ PiS nie potrafi niczego innego poza poszerzaniem swojej władzy i ciekawe, co będzie robiło, kiedy nie będzie już gdzie jej poszerzać.
Nie bardzo mnie wzrusza, że dzięki tej ustawie PiS zamierza się wzbogacić kosztem innych partii i że cenę za to zapłacą także jego koalicjanci, w czym nawet przebiegły zazwyczaj Lepper zorientował się po czasie. Naprawdę jednak posępne w tej aferze jest to, że pokazuje ona, jak PiS wyobraża sobie Polskę. A więc ma być ona scentralizowanym państwem, rządzonym silną ręką, wyposażoną na wszelki wypadek w powołane właśnie do życia wszechwładne Centralne Biuro Antykorupcyjne, a samorządy mają być przedłużeniem centralnej władzy partyjnej i państwowej.
Tymczasem właśnie postulat Polski samorządowej był od dawna postulatem środowisk reformatorskich, i to nawet zanim ktokolwiek jeszcze myślał o KOR, „Solidarności” itd. Dyskutowało o nim gorąco środowisko konwersatorium Doświadczenie i Przyszłość (DiP), w którym rzecznikiem idei samorządowej był zwłaszcza prof. Jerzy Regulski, późniejszy twórca ustawy o samorządach.
Do czego ówczesnym reformatorom, którzy wtenczas jeszcze posługiwali się rozumem, potrzebna była Polska samorządowa?
Oczywiście do tego, aby osłabić centralistyczny dyktat monopartii. Ale przede wszystkim do tego, aby stworzyć grunt dla społeczeństwa obywatelskiego, to znaczy takiego, w którym ludzie sami, na własną odpowiedzialność mogą decydować o swoich problemach i potrzebach, a nawet, jak pamiętam, o swoich preferencjach ideowych. Np. o tym, że powiat X mógłby preferować szkoły z krzyżami na ścianach i nauką religii w klasach, powiat Y mógłby zaś wspierać u siebie szkoły laickie. Była to wówczas utopia, ale przyświecał temu z daleka przykład przedwojennego Radomia z socjalistycznym zarządem miejskim czy też przykład Łodzi z PPS-owskim prezydentem.
Teraz jest całkowicie jasne, że Kaczyńscy Polski samorządowej nie chcą. Chcą państwa partyjnego, kierowanego przez silną władzę centralną, a także są nieufni wobec społeczeństwa obywatelskiego i inicjatyw pozarządowych, o czym Jarosław Kaczyński, jeszcze wówczas nie premier, mówił otwarcie w wywiadzie dla „Polityki”. Wspomniany zaś już prof. Regulski pisze w niedawno wydanej książce „Samorządna Polska”, że „bez silnego samorządu nie jest możliwy rozwój kraju. Centralizacja decyzji i autorytarne narzucanie obywatelom wzorów zachowań prowadzi do jego wstrzymania i do powrotu do totalitarnego ustroju”.
Nie jest więc aż tak ważne, że nowa ordynacja wyborcza ukradnie zapewne ileś tam mandatów PO i SLD i jeszcze mocniej weźmie pod PiS-owski obcas Samoobronę i LPR.
Naprawdę ważne jest to, że pod rządami Kaczyńskich oddala się szansa społecznej modernizacji Polski jako społeczeństwa wolnych ludzi, decydujących o swoim losie. Wymownym tego przykładem jest lansowanie na prezydenta Warszawy muzykanta Kaczyńskich, Kazimierza Marcinkiewicza, człowieka z partyjnego desantu, który z Warszawą nie ma nic wspólnego, ale już nią rządzi i mości sobie miejsce w ratuszu. Przykładem jest także zapowiadane wzmocnienie władzy wojewodów jako wykonawców partyjno-rządowej woli centrali.
Tymczasem zaś jest faktem, że społeczeństwo nasze właśnie powoli zaczyna się budzić do autentycznej Polski samorządowej. Nie tak dawno temu zaproszony zostałem na konferencję prasową, którą zwołało grono całkiem prywatnych osób, proponujących swoją wersję ordynacji samorządowej. W rozesłanym piśmie pan Bartłomiej Michałowski, jeden z inicjatorów tego spotkania, odpowiada też na pytanie: „Dlaczego zainteresowałem się tematem ordynacji wyborczej?” i pisze, że mieszka „na bardzo dobrze zorganizowanym osiedlu, składającym się ze 136 segmentów bliźniaków pod Warszawą”, którego mieszkańcy, przeważnie ludzie biznesu, postanowili skierować swojego przedstawiciela do lokalnej władzy samorządowej. Dalej zaś następuje opis wszystkich ustawowych przeszkód – zgłaszanie list, tworzenie komitetów wyborczych itd. – uniemożliwiających ten zamiar.
Nieważne, że wnioskiem z tego – zdaniem inicjatorów owej konferencji – są jednomandatowe okręgi wyborcze, którym osobiście jestem przeciwny. Ważne natomiast, że mieszkańcy 136 bliźniaczych segmentów naprawdę tak silnie chcą decydować o tym, co będzie się dziać z nimi i ich segmentami, że postanowili dokładnie przestudiować obowiązującą ordynację samorządową i zgłosić jej zmienioną wersję, wobec której obecna wersja Kaczyńskich jest krańcowym przeciwieństwem.
Nie są to sprawy abstrakcyjne. Rząd, Sejm można tak lub inaczej zawłaszczyć, ale w samorządach przeglądają się autentyczne ludzkie interesy. Sam mieszkam w podwarszawskiej miejscowości, rządzonej przez LPR, w której przed wyborami samorządowymi jak grzyby po deszczu rodzą się teraz lokalne pisma i ulotki dowodzące, jak nieudolne działania gminno-miejskiej władzy LPR godzą w materialne interesy mieszkańców. Istotnie bowiem przed ćwierćwieczem, kiedy się tu sprowadzałem, miała to być atrakcyjna miejscowość podwarszawska (blisko puszczy i Wisły), w której warto się osiedlić. Obecnie na skutek polityki władz lokalnych jest to miejscowość bez chodników, z rozwalonymi jezdniami, w której odrolniczone obszary przywiślane zabudowane bezplanowo upiornymi, pretensjonalnymi willami mogą być strasznym snem urbanisty, a w dodatku w powietrzu wisi perspektywa budowy blokowisk. Skutek zaś tego jest oczywisty – rynkowa cena już istniejących domów i parcel w mojej miejscowości spada na pysk i mieszkańcy nawet przez sen tracą swoje pieniądze.
To są konkrety. To właśnie znaczą naprawdę słowa, że „bez silnego samorządu nie jest możliwy rozwój kraju”.
Premier Kaczyński w exposé rządowym powściągnął nieco swój burzliwy temperament i zapowiadał, że zamiast o „układach” i „czworokątnych stolikach” mówić będzie o jutrze. Tym jutrem są dla niego autostrady i komputery. Otóż najlepsze, używane do dziś autostrady w Europie wybudowała III Rzesza, a gdyby wówczas istniały komputery, to też by je z pewnością miała. Natomiast obca jej była najlżejsza nawet myśl o lokalnej samorządności i władzy w rękach obywateli.
Dzisiaj spór w Polsce nie powinien więc dotyczyć tylko zmanipulowanej sprytnie ordynacji, ale tego, jak ma wyglądać nasze obywatelskie społeczeństwo. Europa, do której należymy, dokonała już swego wyboru, jest coraz bardziej Europą samorządnych regionów, a coraz mniej Europą srogich państw.
My zaś w państwie PiS znów jedziemy na wstecznym biegu.

Wydanie: 31/2006

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy