Przemiany

Przemiany

Bez uprzedzeń

Bóg zaktualizowany. Słyszało się cośkolwiek o tym, że poglądy na temat Boga i jego atrybutów zmieniają się czasem. Wydaje się jednak, że o. Wacław Oszajca, jezuita, chciałby wstrząsnąć dotychczasową wiarą w Boga z powodu niewystarczającego. Powiedział „Gazecie Wyborczej”, że po 11 września „trzeba na nowo postawić pytanie również o Boga, o to, jaki ten Bóg jest. 11 września kończy nurt myślenia o Bogu sprawiedliwym, ale bez miłosierdzia. Po 11 września nie wystarczy mówić, że jest się wierzącym. Trzeba zadać sobie pytanie, w jakiego Boga się wierzy”. Wolter ogłosił, że panujące dotąd wyobrażenie o Bogu nie da się utrzymać po trzęsieniu ziemi w Lizbonie. Rolnik, któremu gradobicie zniszczyło uprawy, a ubezpieczyć się zapomniał, sądzi, że Bóg jest niemiłosierny, ale sprawiedliwy, bo spuścił grad także na pole sąsiada. Pierwsza wojna światowa przeszła niezauważona przez teologów. Po drugiej już rozważano temat „Bóg po Oświęcimiu”, ale stary Bóg wyszedł z tego obronną ręką. Dopadli go znowu teologowie po 11 września. Myślę, że i tym razem się wybroni, ale to pełne uprzedzeń i podejrzliwości lustrowanie Boga budujące dla wiernych nie jest. „Już nie wiem, które przykazania mnie obowiązują, a które nie, był przeciek z Watykanu, że połowa dekalogu ma być zmieniona”. Kościół się demokratyzuje, a tym samym też upolitycznia. Widzimy, że na swój sposób włącza się do walki z terroryzmem. Historię świecką włącza do historii świętej. W Polsce przez dwanaście lat brał udział w dekomunizacji i do tego stopnia przyzwyczaił się do lustrowania, że i o Bogu zaczyna mówić: czy aby jest On taki, jakim się wydawał? Czy coś nie zostało ukryte? Jak to było naprawdę z tym miłosierdziem bożym?
Niebywały wzrost materialnej potęgi Kościoła w Polsce przesłania nam jego zubożenie duchowe. Promieniowanie moralne duchowieństwa jest niewidoczne, za to aspiracje polityczne – ogromne. Na czoło wysunęli się biskupi politykierzy, mistyków natomiast, takich jak kardynał Macharski, zaledwie się zauważa. Ciekawe, do czego im posłuży hasło miłosierdzia, kogo tym miłosierdziem będą zwalczać? Nie wszystkie gesty polityczne Kościoła zasługują na sceptyczne potraktowanie. Beatyfikacja arcybiskupa Felińskiego może świadczyć, że budzi się sumienie politycznego realizmu i odpowiedzialności. Feliński był wybitnym, mądrym człowiekiem, którego znakomicie zapowiadająca się misja w Warszawie została przerwana wskutek najbardziej obłąkanego z powstań. Polscy cynicy niepodległości mieli ochotę go zamordować, zaś car, który na arcybiskupstwo warszawskie go protegował, wyznaczył mu na osiedlenie Jarosław nad Wołgą, bardzo ładne miasto. Ta beatyfikacja dała satysfakcję prymasowi Glempowi, który w czasie stanu wojennego wziął sobie Felińskiego za wzór. Później, na fali rozliczeń z przeszłością, przepraszał za swoje mądre zachowanie.
Żyjemy w wolnym kraju. Gromadka rozmawiała wrzaskliwie w restauracyjnym ogródku. Co najmniej w połowie ich mowa składała się ze słów obscenicznych. Ktoś z sąsiedniego stolika stracił cierpliwość i poprosił, żeby zahamowali potok gnojówki płynącej im z ust. Na moment zamilkli ze zdziwienia, ale zaraz jeden odezwał się: „chyba żyjemy w wolnym kraju, no nie?”. I to „żyjemy w wolnym kraju” powtórzył parę razy. Jak widzimy, restauracyjna, a także podwórkowa i uliczna lumpokracja nie jest pozbawiona ideologii. Żyć w wolnym kraju! Cieszyć się nieograniczoną wolnością słowa! Pokolenia o to walczyły. W tym „Żyjemy w wolnym kraju” czuło się patos pięciu wieków walki o wolność. To dla tych wolnych w swoim kraju Giordano Bruno dał się spalić na stosie, Spinoza został wyklęty, Diderot uwięziony w Bastylii, Dostojewski zesłany na Sybir, no i wreszcie ofiary na miarę ucisku w PRL – 34 intelektualistów zaryzykowały utratę paszportów, a Leszek Kołakowski został wyrzucony z PZPR. „Żyjemy w wolnym kraju” – to nie tylko konstatacja; to manifest. To okrzyk zwycięstwa, przy którym każda rozsądna uwaga, każde zastrzeżenie brzmi jak żałosny skrzek istoty unieważnionej, przedawnionej. Kto może być przeciw takiemu „życiu w wolnym kraju”? Tylko spadkobierca inkwizycji, cenzury carskiej i komunistycznej, a także zakrystyjnego katolicyzmu.
My jesteśmy inni. Podobna do opisanej scenka rozegrała się w autobusie. Kilkoro młodych ludzi nie tyle rozmawiało, co intensywnie było ze sobą razem. Mówili, ale przede wszystkim, jak na filmie „Ogniem i mieczem”, rżeli, parskali, stękali i wydawali jakieś beki i mlaskania. Najbardziej ich bawiło prześciganie się w mówieniu o sobie niedyskrecji niesamowicie wulgarnych. Pasażerka nie wytrzymała i zwróciła im uwagę. I wtedy jeden z młodzieńców w momentalnym akcie metamorfozy przybrał postawę pełną senatorskiej godności i wyrzekł: „my jesteśmy inni”. I nic więcej. To wystarczyło, aby ustanowić między nimi a resztą pasażerów symboliczną tarczę ochronną złożoną z multikulturalizmu, awangardowych doktryn pedagogicznych i psychologicznych i całej tradycji ideowej broniącej autonomii jednostki i jej prawa do odmienności.
PS Dochodzą do mnie straszne hałasy wywołane oświadczeniem lustracyjnym Sławomira Wiatra. Te hałasy są bezmyślne. Dlaczego współpracownicy polskich służb specjalnych mieliby nie być wiarygodni jako propagatorzy przystąpienia Polski do Unii Europejskiej? Kto byłby niewiarygodny? Ci, którzy korzystali z pomocy finansowej CIA (czego ja im za złe nie mam). Ich można podejrzewać, że namawiają Polaków do przystąpienia do struktur zachodnich, ponieważ zostali przekupieni. Służby specjalne PRL nie szkoliły swoich ludzi w duchu wprowadzania Polski do Unii Europejskiej, jeśli więc Wiatr propaguje za Unią, to z własnego przekonania, a nie z polecenia czy namowy wywiadu PRL. Polacy zresztą biorący udział w referendum wypowiedzą się w większości za przystąpieniem do UE, niezależnie od tego, czy będą namawiani, czy wprost przeciwnie. Naród nie jest głupi.

 

 

Wydanie: 36/2002

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy