Szok przeszłości

KUCHNIA POLSKA

Przez ekrany Europy – a więc pewnie i nasze – już wkrótce zacznie się przetaczać amerykańska superprodukcja „Pearl Harbor”, o której komentatorzy piszą, że jest krzyżówką „Gwiezdnych wojen”, „Tora! Tora! Tora!” i „Titanica”, czymś widowiskowo i pirotechnicznie wręcz nadzwyczajnym. Film ten budzi jednak na nowo zdumienie, jak to możliwe, że Amerykanie, którzy w dodatku złamali już wtedy kody szyfrowe Japończyków, dali się tak zaskoczyć i pozwolili zatopić sobie kilka (przestarzałych wprawdzie) wielkich okrętów oraz zabić bez walki 3,5 tys. żołnierzy.
Odpowiedzią na to jest opinia, że czasy w Ameryce były wówczas pogodne i zasobne i nikt nie spodziewał się aż takiego dramatu. Obecne czasy w bogatych, a nawet średnio zamożnych krajach świata też wydają się pogodne i zasobne. Ludzie nastawiani przez reklamę zajmują się kupowaniem rozmaitych zabawnych przedmiotów, dbałością o rodzinę i przyjemnościami, a prasa staje się coraz głupsza, coraz bardziej plotkarska i kolorowa. W dodatku również uczeni starają się nas przekonywać, że w przyszłości nie czeka ludzi nic szczególnie interesującego. Pragną tym wyjaśniać obecny „szok przeszłości”, a więc istotnie niezwykłe zainteresowanie bliższymi i dalszymi wydarzeniami minionymi, czego Polska może być także niezłym przykładem. „Kiedy pytanie »dokąd właściwie idziemy?« okazuje się coraz bardziej bezpłodne – mówi w rozmowie z »Gazetą Wyborczą« amerykański historyk, Charles S. Majer z Harvardu – ludzie zaczynają je zastępować pytaniem »skąd myśmy tutaj przyszli?«”.
Otóż wydaje mi się, że profesor Charles S. Majer, a razem z nim jego rozmówca, p. Jacek Żakowski, mylą się i zachowują podobnie jak Amerykanie w przededniu Pearl Harbor, przyjmując zewnętrzne objawy za istotne treści. Co do mnie, gotów jestem raczej przyjmować ów „szok przeszłości” za wygodną wymówkę i ucieczkę od rzeczywistości niż za prawdziwy skutek sytuacji, w której, jak mówi prof. Majer, „przyszłość niknie”, w dużej zresztą mierze na skutek upadku wielkich systemów ideologicznych – przede wszystkim komunizmu – które zajęte były „budowaniem przyszłości”. Rzeczywistym natomiast powodem, dla którego ludzie starają się uciekać od przyszłości w stronę spraw pasjonujących, lecz jednak minionych, jest to, że nie bardzo wiedzą, co z tą przyszłością zrobić.
Niedawno Wydawnictwo Dolnośląskie, które z godnym szacunku uporem stara się zaopatrywać nasz rynek czytelniczy w pozycje odbiegające od infantylnego szczebiotu mediów i zmuszające do myślenia, wydało po polsku głośną książkę Jeremy’ego Rifkina z 1995 r. pt. „Koniec pracy. Schyłek siły roboczej na świecie i początek ery postrynkowej”. Rifkin pisze, że: „Światowe bezrobocie osiągnęło w połowie lat 90. swój najwyższy poziom od czasów wielkiej depresji lat 30.”, a „miliony młodych ludzi wchodzących na rynek pracy powiększają szeregi bezrobotnych”, co nie jest już i u nas żadnym odkryciem. Ważne natomiast, że, jak dowodzi, nie ma już ratunku i tak po prostu będzie w obliczu nowych technologii. Rozmaite programy walki z bezrobociem są w tej sytuacji przyklejaniem plastra na otwartą ranę, a rynek usług – dotychczas wchłaniający nadmiar siły roboczej z przemysłu i rolnictwa – skomputeryzował się i również nie potrzebuje już pracowników.
Myślę, że choćby w obliczu tego jednego faktu przyszłość wydaje się co najmniej ciekawa, ale nie mniej groźna niż Pearl Harbor, które aczkolwiek w innej, bardziej powszechnej formie, zdaje się stać za progiem, choć udajemy, że nie wiemy o nim.
Temu podstawowemu faktowi, wynikającemu z rzeczywistości opisanej przez Rifkina, towarzyszy mnóstwo drobnych faktów rozsianych, o których tym razem można się dowiedzieć nawet z kolorowej prasy. A to dwie panie z Los Angeles, lesbijki, szczęśliwie wychowują swoją córeczkę, Gabrielę, poczętą w próbówce; a to medycy stwierdzają, że nową formą uzależnienia, obok alkoholu i narkotyków, jest obecnie tak zalecany Internet, powodujący podobne objawy fizyczne co narkotyki i wóda; a to w Japonii, kraju o potężnym etosie korporacyjnym, wyrasta nowe pokolenie inteligentnych, młodych ludzi, którzy wolą sprzedawać T-shirty na chodniku, niż mieć jakichkolwiek szefów i należeć do jakiegokolwiek zawodu. Takich faktów zalewają nas codziennie setki i gdyby ktokolwiek chciał się nad nimi zastanawiać, powiedzenie, że „przyszłość niknie”, a pytanie o nią jest „coraz bardziej bezpłodne” musiałoby się znaleźć w rubryce humoru i lapsusów językowych.
Przyszłość nie niknie, tylko my unikamy przyszłości. Ogarnia nas coraz większy lęk przed nią i bezradność. Ten stan bezradności przedstawia się niekiedy w wielce optymistycznych barwach, właśnie jako symptom wyzwolenia się – nareszcie! – z wielkich systemów ideologicznych, które zawracały sobie głowę próbami planowania przyszłości, a skończyły się wojnami, zbrodniami i zniewoleniem. Jednakże, co również twierdzą komentatorzy filmu „Pearl Harbor”, część widowni ogląda go nie tylko jako wspomnienie minionej, poczciwej, widowiskowej wojny, ale jako opowieść o ludziach, którym o coś chodziło.
Tego rodzaju nastawienie wobec teraźniejszości i przyszłości uchodzi dzisiaj coraz częściej za anachroniczne i sentymentalne. Mój przyjaciel, który wykłada w szkole filmowej, powiedział mi niedawno, że najlepszy wykład, jaki wygłosił do swoich studentów, był o tym, jak mają reagować w sytuacji, kiedy po ukończeniu studiów reżyserskich nie wyreżyserują w życiu żadnego filmu. W normalnych warunkach przekazywanie adeptom sztuki reżyserskiej takich myśli powinno spowodować relegowanie wykładowcy, podcinającego gałąź, na której siedzi cała uczelnia. W świecie, w którym żyjemy naprawdę i w którym żyć będzie zwłaszcza nowe pokolenie, mógł to być rzeczywiście najbardziej pouczający wykład całego kursu.

Wydanie: 24/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy