Nie wszystko widać jak na dłoni

Nie wszystko widać jak na dłoni

Proces Ratka Mladicia może być ważną lekcją moralności w polityce, ale może przeciwnie, być pokazem mściwości zwycięzców w wojnie, w której siły od początku były nierówne. Formacje wojskowe Serbów popełniły zbrodnie, ale kto pierwszy zaczął tę wojnę domową – nie jest oczywiste. Nie ulega wątpliwości, że generał Ratko Mladić nie był pospolitym przestępcą, lecz bojownikiem o prawo Serbów do samostanowienia. Mocarze polityki międzynarodowej nie przyznali im tego prawa, naród serbski w wyniku rozpadu Jugosławii został podzielony między trzy czy cztery państwa. Pragnienie Serbów życia w jednym państwie od początku było odrzucane przez „społeczność międzynarodową”, a teraz nawet świadomość, że było takie zagadnienie, prawie zanikła, w pamięci pozostały tylko nagie zbrodnie bez sensu.
Proces generała Mladicia nie będzie jednak lekcją moralności, lecz pokazem najzwyczajniejszego cynizmu silniejszych. Zostało wystarczająco wykazane, że bojownicy o niepodległość Kosowa pewną ilość schwytanych Serbów, o ile ci byli zdrowi, przeznaczali na ludzkie części zamienne, którymi handlowali. Ponieważ jednak byli po „naszej” stronie i ich przywódca jest „naszym sukinsynem”, nikt go sądził nie będzie. Aureola bohatera walki o niepodległość Ojczyzny nie będzie kosowskiemu przywódcy odebrana.
Mamy kłopot z bojownikami o niepodległość. Wszyscy oni mają na sumieniu śmierć wielu ludzi, a ilu, to już od pewnej liczby nie ma znaczenia, bo czy się zamordowało pięciuset, czy pięć tysięcy, było kwestią przypadku. We wszystkich miastach świata stoją pomniki ku czci bohaterów walki o niepodległość. Uczczeni bohaterowie robili mniej więcej to, co generał Ratko Mladić; dawali rozkazy zabijania, a niektórzy zabijali sami. Zwłaszcza w dzisiejszej Polsce ideał niepodległości został wyniesiony na tak niebotyczne wysokości, że najohydniejsze zbrodnie popełnione w jej intencji są usprawiedliwiane, jeśli nie czczone.
Jestem zwolennikiem państwa narodowego i moim zdaniem powinno być zachowane tam, gdzie nie wymaga ofiar z ludzi. Niepodległość narodowa nie odgrywa jednak obecnie takiej roli jak w okresie przechodzenia od monarchii do demokracji, czyli w XIX wieku, co nam otwiera oczy na relatywność moralną walki o niepodległość nie tylko dziś, ale także w przeszłości. Dziś trzeba wyobraźnię wysilać i moralność przystosowywać do nieuchronnej współzależności narodów. Sądzenie jednego anachronicznego herosa niepodległości, bo był naszym wrogiem, i pozostawienie u władzy drugiego, może jeszcze gorszego, bo to nasz sojusznik, jest ogniwem odwiecznego łańcucha agresji i zemsty, niczego nie uczy i od niczego nie odstrasza.

Byłem przez szereg lat zwolennikiem autonomii Śląska. Mam rodzinne powiązania z rodowitymi Ślązakami i gdy z nimi trochę pobyłem, dochodziłem do przekonania, że gdyby się sami rządzili, im byłoby lepiej i pozostałej Polsce byłoby lepiej. Nie mówię, że wniknąłem w duszę Ślązaka, nie próbowałem tego, wystarczyło mi to, co było niejako materialne i leżało na wierzchu: stateczne zachowanie (ale to byli starzy Ślązacy), większy ład w otoczeniu fizycznym, łatwiej z nimi było porozumieć się co do faktów (zarówno w Galicji, jak na Mazowszu są z tym zawsze wielkie kłopoty). Najbardziej mi się jednak podobało, że nawet inteligent prawdziwie śląski mógł wyrecytować „Litwo, ojczyzno moja…” tylko dla efektu komicznego. Myślałem więc, że Ślązacy to tacy Polacy, jakich chciałbym mieć i na Mazowszu, i na Podkarpaciu, to znaczy wolni od garbu łzawo-komedianckiego i cierpiętniczo-złośliwego „patriotyzmu”. Ci, których znałem, tacy rzeczywiście byli.
Moja od pierwszego wejrzenia sympatia do rodzącego się ruchu autonomii Śląska nie wytrzymała jednak próby zetknięcia się z deklaracjami ideowymi tego ruchu. Założenia ideowe są typowo polskie, to znaczy cierpiętnicze. Autonomiści chcą oprzeć tożsamość śląską na poczuciu krzywdy, jakiej Śląsk podobno doznał od Polski i od komunizmu. Zwolennik koncepcji „narodowości śląskiej” twierdzi w telewizji, że „my”, Polacy, ponosimy winę za krzywdy, jakie nasze państwo w obu wcieleniach – przedwojennym i powojennym – wyrządziło Ślązakom. Nie mówił, w jaki sposób mamy im to wynagrodzić. Wśród narodu, który żyje poczuciem krzywdy, ma się pojawić narodowość charakteryzująca się podwójnym poczuciem krzywdy. Istnieją poważne racje przemawiające za autonomią Śląska, Polska w ogóle jest państwem ciągle zbyt scentralizowanym, ale na Śląsku upatrzono sobie racje dla autonomii w „narodowości”, co także jest imitacją tego, co w świadomości Polaków jest kategorią najbardziej przytłaczającą. Autonomiczny Śląsk wzorowałby się na polskiej martyrologii i polskim, etnicznie pojmowanym nacjonalizmie.

Przypartyjny instytut o ambicjach badawczych przepytywał „liderów opinii publicznej” w paru miastach na temat, jaka jest ich „narracja” o swoich miastach. Słowo „narracja” można zastąpić słowem „opowieść”, ale oba te słowa znaczą teraz co innego niż w słowniku, a co mianowicie, tego trzeba się domyślać. Najtrudniej było skleić narrację liderom opinii we Wrocławiu. Wcale się nie dziwię, skoro solidarnościowy mus kazał im jakoś abstrahować od powojennej historii tego miasta. „Dopiero powódź z 1997 roku stała się zbiorowym mitem początku Wrocławia jako nowego miasta w sensie społeczno-kulturowym”. Prócz powodzi, zjawiska żywiołowego, nic aż tak godnego uwagi, nic „mitycznego” się nie zdarzyło, zdaniem liderów opinii. Odpowiedź na inne pytanie: „Wrocław jest mieszczański, przecież raptem 70 lat temu byliśmy jedną ze stolic Rzeszy”. Najważniejsze jest tu słowo „byliśmy”, my byliśmy. W jaki sposób liderzy wrocławskiej opinii publicznej doprowadzili się do wniosku, że byli jedną ze stolic Rzeszy niemieckiej? Oni mogą tego nie wiedzieć, ale powody istnieją. Polska w piastowskich granicach może się stać piastowska w swojej substancji, że tak powiem, cywilizacyjnej i politycznej, czyli przynależna do wyobrażonej Rzeszy, tak jak Polska Piastów przynależała – w ogólnym, a niekiedy ścisłym sensie tego słowa do Rzeszy realnej, czemu, jak mi się zdaje, mediewiści nie zaprzeczą. Wyrażam się może z przesadną ostrożnością, stąpam po jajkach, jak mówią Francuzi, co można mieć mi za złe. Procesowi „upiastowiania” Polski zachodniej, zwłaszcza miast, niewątpliwie sprzyja uznawanie Polski Ludowej za bezwartościowy okres w historii Polski.
Wrocławscy „liderzy opinii” z PO i PiS nie ogłaszają się „narodowością dolnośląską” i nie żądają autonomii, ale jeśli przemiany pójdą dziś dostrzegalnym torem, to będą tę autonomię mieli szybciej i w trwalszym gatunku niż Górnoślązacy.

Wydanie: 24/2011

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy