Świętość odpowiedzią na pedofilię?

Świętość odpowiedzią na pedofilię?

Rozum nie pozwolił abp. Gądeckiemu pójść na „Kler”. Ale tenże rozum nie przeszkodził mu krytykować filmu, którego arcybiskup – jak sam oświadczył – nie oglądał. Czy ten lub inny hierarcha obejrzy „Kler”, czy nie obejrzy, czy go skrytykuje po obejrzeniu, czy bez oglądania, problem pedofilii w Kościele istnieje i jest dostrzegany przez wiernych.

Kard. Nycz, skądinąd jeden z najsympatyczniejszych i najbardziej otwartych polskich hierarchów, powiedział, że świętość ma być odpowiedzią i reakcją na pedofilię w Kościele. Brzmi ładnie. Ale co naprawdę znaczy? Ci sami ludzie przestaną nagle być pedofilami, dręczące ich parafilie (dawniej nazywane zboczeniami) odpuszczą, wygaśnie ich popęd seksualny? Ci, którzy wbrew zakazowi celibatu zaspokajali ten popęd w rozmaity sposób, nagle staną się wstrzemięźliwi i go przezwyciężą?

Wiara w zjawiska nadprzyrodzone jest istotą każdej religii. Ale gdy ksiądz kardynał chce pilnie stanąć przed obliczem Ojca Świętego w Watykanie, nie modli się, aby go tam przenieśli aniołowie, tylko rezerwuje bilet na samolot. Wiara we wszechmoc Boga nie wyklucza przecież racjonalnych działań praktycznych. „Panu Bogu trzeba pomóc”, mawiał jeden ze znajomych księży profesorów i nie czekając, aż nagle oświeci go Duch Święty, maszerował co rano do biblioteki.

Pedofilia w Kościele katolickim, a tak naprawdę rozmaite nadużycia seksualne, to przecież nie problem pojedynczych duchownych. Afery pedofilskie w Ameryce, Irlandii, Australii, Niemczech czy Polsce pokazują jednoznacznie, że jest to problem systemowy Kościoła. Jeśli rzeczywiście chce się go rozwiązać, trzeba „Panu Bogu pomóc”. Ale najpierw trzeba ten problem dostrzec. Nie rozwiąże się go, udając, że go nie ma, że to przypadki wymyślone przez wrogów Kościoła, a jeśli nie wymyślone, to najwyżej pojedyncze, w dodatku często wątpliwe. Nie mówiąc już o bijącej rekordy głupoty i obłudy wypowiedzi, że to dzieci uwodzą księży… Nie wystarczą nabożne zaklęcia i przepraszanie. Choć nawet na to niektórzy hierarchowie nie potrafią się zdobyć.

Jeśli nadużycia seksualne są wymysłem wrogów Kościoła, dlaczego w PRL, gdzie był postrzegany jako wróg numer 1, nie słyszało się o takich przypadkach? Dlaczego nikt ich nie nagłaśniał? W dodatku w sytuacji, gdy każdemu klerykowi już w seminarium zakładano teczkę, uzupełniając jej zawartość informacjami zbieranymi przez tajnych współpracowników, raportami funkcjonariuszy, informacjami z podsłuchów, obserwacji uroczystości kościelnych przez całe życie („przez cały okres posługi kapłańskiej”, jak powiedziano by w kościelnej nowomowie). Bezpieka dobrze wiedziała o wszystkich nadużyciach seksualnych duchownych, ale nie wykorzystywano tego propagandowo. Robiono z tego cenniejszy z punktu widzenia bezpieki użytek – wykorzystywano do szantażu przy werbunku tajnego współpracownika, a później do jego ewentualnego dyscyplinowania. Szło nieźle. Szacuje się, że w latach 80. status TW miało prawie 7 tys. osób duchownych.

Problem pedofilii i innych nadużyć seksualnych w Kościele nie jest więc nowy, nie został wykreowany przez nasze czasy. Był zapewne od zawsze. Jeśli teraz ujawnia się go w różnych krajach równocześnie, to widać, że jest powszechny.

Oprócz bicia się w piersi, przeprosin i wezwań osób duchownych do świętości konieczne jest coś więcej. Każde zjawisko, także to, ma przyczyny. Bez ich poznania i wyeliminowania, lub co najmniej zminimalizowania, walka ze skutkami będzie bezcelowa. Kościół ma dostatecznie dużo możliwości zbadania tych przyczyn. W katolickich uczelniach w Polsce i na świecie jest dostatecznie dużo uczonych, socjologów, psychologów, seksuologów, którzy takie badania mogliby zrobić. Pytanie, czy Kościół rzeczywiście chce poznać te powody. Czy nie jest mu wygodniej poprzestać na przyczynach natury metafizycznej, zwekslować wszystko na słabość i grzeszność natury ludzkiej, pierwiastki zła i inne nieweryfikowalne czynniki? A może je zna, lecz woli udawać, że nie?

Wydaje się, że zjawisko nadużyć seksualnych w Kościele ma dwa zasadnicze powody. Jeden to celibat. Tysiące zdrowych mężczyzn, żyjących we względnym dobrobycie, nakazem celibatu nie może zaspokajać popędu płciowego. Jednego z najsilniejszych popędów. Niezaspokojenie go w sposób naturalny powoduje poszukiwanie surogatów. Rodzi się chorobliwe zainteresowanie seksem. Z braku stałej partnerki poszukuje się ministrantów, dziewczynek chodzących na religię, kleryków, kolegów księży.

Jak wykazują badania socjologiczne, wielu księży nie przestrzega celibatu, żyje w związkach z kobietami, ma dzieci. Władze kościelne dobrze o tym wiedzą. Wiedzą i co? Ano właśnie, tu dochodzimy do drugiej przyczyny. Od lat robią wszystko, by fakty te utrzymać w tajemnicy, a skandale seksualne z udziałem księży zatuszować. Równocześnie piętnuje się seksualność, za grzech uznaje homoseksualizm, seks pozamałżeński, używanie środków antykoncepcyjnych, bo celem współżycia ma być prokreacja. Prowadzić to musi do całkowitej anomii moralnej i jej skutku – gigantycznej obłudy. Z jednej więc strony silny popęd płciowy, którego nie można normalnie zaspokoić, z drugiej – poczucie bezkarności i solidarność wpływowej korporacji są najbardziej prawdopodobnymi przyczynami tego zjawiska.

Czas myśleć nie o formie przeprosin, o granicach odpowiedzialności finansowej za wyrządzone krzywdy, ale o poważnej dyskusji na temat sensu celibatu. Tej dyskusji Kościół najwyraźniej jednak nie chce.

Celibat tak naprawdę funkcjonuje w Kościele powszechnie dopiero od soboru trydenckiego w 1563 r., choć w różnym zakresie obowiązywał już wcześniej (biskupów, prezbiterów, niektórych diakonów, a także zakonników). W Kościołach wschodnich złączonych z Rzymem i uznających władzę papieża, np. w Cerkwi greckokatolickiej, nie obowiązuje, nie ma więc żadnego uzasadnienia dogmatycznego (te same dogmaty obowiązują w Kościołach rzymskim i unickich), a jedynie ekonomiczne. Mówiono wprawdzie, że idzie o to, by kapłan w całości mógł się poświęcić służbie bożej, ale generalnie chodziło o to, by dobra kościelne nie były dziedziczone. Czy dziś ma to takie samo znaczenie jak w czasach soboru trydenckiego? Czy warto za to płacić taką cenę?

Na to pytanie musi sobie odpowiedzieć Kościół. Tymczasem coraz to nowe nagłaśniane przypadki nadużyć seksualnych powodują jeden z najgłębszych kryzysów moralnych w Kościele, który będzie miał swoje skutki społeczne. Przyśpieszy sekularyzację społeczeństw. Także tych, w których władze państwowe z upodobaniem oddają się publicznej dewocji, a Kościół odgrywa ważną rolę polityczną.

Wydanie: 3/2019

Kategorie: Felietony, Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy