Nasi górą, obcy dołem

Nasi górą, obcy dołem

Udręczony polityką z radością oglądałem tenisowy turniej Roland Garros, chociaż puste stadiony, na widowni nieliczni ludzie w maseczkach. Taki stadion rok temu wzbudziłby zdumienie. Intryguje mnie mechanizm utożsamiania się z zawodnikiem. Najczęściej kibicujemy temu, kto jest z naszego plemienia. To solidarność stadna, czyli narodowa, ale ten mechanizm działa. Gdy natomiast grają zawodnicy z innych krajów, mamy skłonność, by kogoś wybrać na swojego faworyta, tak jak utożsamiamy się z aktorem w filmie.

Czasami ta sympatia rodzi się z błahych powodów, a czasami z politycznych. W minionej epoce nigdy nie kibicowałem zawodnikom ze Związku Radzieckiego czy z NRD. Teraz znaczenie mają wygląd, wdzięk osobisty, kibicuję w tenisie niewysokim, bo sam jestem niewysoki, a niewysocy w tenisie mają trudniej. Bardziej ładnym zawodniczkom niż brzydkim. A to małe i podłe. Ale generalnie kibicuję niefanatycznie. Fanatyzm kibiców, szczególnie piłkarskich, budzi moją odrazę. Ale fanatyzm był zawsze, w starożytności wściekłą pasją były wyścigi rydwanów, kibice nosili też na co dzień różne barwy, dochodziło do domowych wojen między zwolennikami rozmaitych drużyn.

Gram w tenisa od czasu studiów. Teraz zrobiłem sobie przerwę, bo nawala mi biodro. Wymieniałem w samochodzie niedawno łożysko z prawej strony i chce traf, szwankuje mi łożysko w prawym biodrze. Człowiek starzeje się i psuje podobnie jak samochód, wozy umierają nam w podobnym czasie jak psy i koty. A Iga Świątek wygrała finał. Wygrał więc też Kowalski i Malinowski. Nasi górą, obcy dołem. Teraz będzie wiele gadania, które ujawni, że jako naród mamy okropne kompleksy, pokrywane nieraz urojeniami wielkościowymi. A Iga Świątek przecież wygrała nie dla Polski, ale dla siebie i trochę dla taty i siostry. Na pewno nie dla Dudy, Morawieckiego ani prezesa, trudno o kogoś mniej sportowego niż prezes (kiedyś widziałem, jak kopnął piłkę i udało się, nie stracił nogi).

I zaczęło się to delektowanie się mediów, że będą teraz o Polsce pisać, zaczęło się powiewanie płachtami zagranicznych gazet, tu nas chwalą i tu, i tam, cały świat ma Świątek na ustach. Znamienne, tak się upolityczniliśmy, że kiedyś w kibicowaniu Agnieszce Radwańskiej przeszkadzało mi, że jej ojciec jest pisowcem, tu nie wiem, jak jest, ale z góry zakładam, że odwrotnie.

Mam mieć spotkanie autorskie w praskiej kawiarni Proces Kawki, zmyślna nazwa. Zgodziłem się, bo stał za tym lekarz, bliski mój kolega, po sześćdziesiątce nie mieć w Polsce znajomego lekarza to tragedia. Jego córka Ola pracuje jako menedżer w tej kawiarni. Mam wiele doświadczeń z takimi spotkaniami, złych i dobrych, wiem, że jeśli miejsce nie ma tradycji spotkań, mała jest szansa, by przyciągnąć ludzi. Szczególnie w czas zarazy.

Ładna kawiarnia z duszą, na razie pusto. Nadchodzi czas spotkania, minuty płyną nieubłaganie, nadal pusto, przy stoliku tylko dwóch starszych panów, niewyglądających na takich, co czytają książki. Z każdą nową minutą widać, że już nikt więcej nie przyjdzie. Pytam panów, czy nie pogniewają się, jeśli spotkania nie będzie. „Co proszę?! – wołają. – Słabo słyszymy”. Myślę: na dodatek przygłusi, to mi się nawet podoba. Przechodzili mimo, zobaczyli plakat, to sobie zaszli, nie mają nic przeciwko temu, by spotkanie się nie odbyło, nie mają pojęcia, jaki miał być temat i czy cokolwiek by słyszeli. Żal mi znajomego, dojechał taksówką, i jego córki, ma łzy w oczach. Przykra mi ich obawa, że może mnie jest przykro. Więc przykro mi, że im przykro.

Znam ten ból. Poczucie odpowiedzialności, lęk, czy dopisze publiczność. Przerabiałem to w Sztokholmie, kiedy byłem dyrektorem Instytutu Polskiego. Niepokój, czy na spotkaniu będzie dosyć Szwedów, Szwed, czyli tubylec, był kilkakrotnie więcej wart od polskiego emigranta. Ten niepokój wyżłobił mi głęboką bliznę. A z kolei sprzed wielu lat pamiętam, jak miałem mieć spotkanie poetyckie z ks. Twardowskim. Nie przyszedł nikt (pewnie w ogóle tego nie ogłoszono). Na szczęście ksiądz zachorzał i nie przybył, trochę dziecinny i próżny, bardzo by to przeżył.

A mnie cała ta sytuacja rozbawiła. Jak nie ma nikogo, to jest to po prostu przyrodnicza osobliwość. Najgorzej, jak są np. cztery osoby, nie wypada odwoływać, trzeba gadać, a to już nie jest śmieszne. Przytrafiło mi się to dwa lata temu. Duże miasta są fatalne na spotkania, za wiele atrakcji, ludzie zabiegani, najlepsza jest publiczność w małych miasteczkach, przychodzi miejscowa elita, na dodatek zawsze antypisowska, co krzepiące.

Wydanie: 43/2020

Kategorie: Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy